Idę za nim już z piętnaście minut, a czuję się jakby upłynęła godzina. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie wiem gdzie jesteśmy.
Widzę... ciemne zaułki, a w oddali ten sam klub nocny, co ostatnio.
Czyli jesteśmy na Braton..
Wchodzi tam, a ja podążam za nim.
Przepycham się przez tłumy ludzi, by dogonić Cody'ego, gdy zdaję sobie sprawę, że go zgubiłam. Rozglądam się wkoło, lecz nigdzie go nie widzę.
Już mam zawrócić, gdy jego sylwetka porusza się przy drzwiach wejściowych. Poznaję go. Wciąż za nim idę, śledząc każdy jego krok.
Nagle moja noga zaplątuje się o krzak i padam na kolana. Próbuję być cicho, by mnie nie usłyszał. Wstaję i otrzepuję kolana z błota. Szczypie mnie to. Długa stróżka krwi cieknie z niego. Olewam to i chcę dalej za nim iść, gdy... ughh!! Musiałam się potknąć! I gdzie on mógł pójść?
Idę wielkimi krokami, rozglądając się na boki. Nagle widzę ciemność i czuję ogromną dłoń na swoich ustach. Wyrywam się, czując na tych dłoniach włosy.
-Uspokój się, dziwko! -stary głos przyprawia mnie o ciarki. Widzę jak wyciąga nóż i zamachuje się.. to już mój koniec!
Zaciskam oczy, kuląc się.
Gdy nagle..
-Zostaw ją -ten głos przyprawia mnie o jeszcze większe ciarki. I wydaje mi się, że wiem do kogo należy.
Tamten mnie puszcza a ja od razu padam na beton, bardziej raniąc swoje kolana. Czuję się słabo i kręci mi się w głowie.
Klęczę na twardym chodniku, opierając na nim również dłonie.
Wszystko widzę podwójnie. Ten zakapturzony chłopak od dołu wygląda tak.. pięknie.
Nie widzę dokładnie jego twarzy.
Mój wybawca kopie tamtego mężczyznę w brzuch i spluwa na niego. Widzę wielką kałużę krwi pod jego twarzą, przyczepioną do betonu. Zakapturzony chłopak kopie go raz jeszcze w brzuch, a następnie w twarz.
Zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje.
-Wstań.
Unoszę na niego wzrok. Widzę jedynie jego czarne spodnie, więc podnoszę również głowę. Jego zimny i władczy ton powoduje dreszcze przebiegające po całym moim kręgosłupie. Wstaję, spuszczając wzrok.
-To nie miejsce dla Ciebie, lepiej wracaj do domu.
Ma spuszczoną głowę, jakby nie chciał, bym wiedziała jak wygląda.
-K-kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? -histerycznie pytam.
-Nikim, kogo chciałabyś znać. Ta dzielnica nie jest dla Ciebie bezpieczna.. -słucham? ja go nawet nie znam! -Ładnie to tak śledzić braciszka?
-Mógłbyś zdjąć kaptur? -ignoruję jego pytanie, czuję, że muszę go zobaczyć!
-Co?
O nie.. moja głowa pulsuje.. i on się kręci.. łapie mnie za ramię, kopiąc mnie prądem.
-Wszystko okej? -zdejmuje kaptur, ale ja nie widzę jego twarzy.. widzę zamazany obraz, a jedyne, co jest wyraźne to jego duże, brązowe, zmartwione oczy.
Budzę się z silnym bólem głowy. Przeciągam się. Coś tu nie pasuje.. zapach i łóżko.
Łóżko niby to samo, lecz jakieś.. niewygodne.
Zapach też jakiś inny.. nie pamiętam jak znalazłam się w swoim domu. Czyżby tamten zakapturzony facet, który najpierw mnie śledził, a następnie uratował, przyprowadził mnie tutaj? A może zadzwonił po mojego brata i to on się tym zajął?
Jestem zmieszana. Będę musiała z nim o tym porozmawiać.
Po tym, jak się załatwiłam, szybko się ubrałam, pomalowałam i uczesałam.
Schodzę na dół, gotowa, by iść do szkoły, gdy zatrzymuje mnie moja matka.
-Gdzie byłaś? -unosi brodę, patrząc na mnie karcąco.
-Leila mnie potrzebowała -mówię pierwsze, co mi przychodzi do głowy.
-Mogłaś chociaż zadzwonić!
-Dobrze, przepraszam..
Chciałam o tym powiedzieć Leili, lecz postanowiłam, że lepiej jeśli zachowam to dla siebie.
-Natan się cały czas na Ciebie patrzy.. -ćwierka mi do ucha na biologii. Zerkam na niego. Leila ma rację. Uśmiecham się lekko do niego.
-Czemu nie zadzwoniłaś wczoraj ? -pyta, gdy wychodzimy z sali. Wzdycham.
-Przepraszam, Nate.. nie prosiłeś, abym dzwoniła.
-Ale myślałem, że.. -marszczy brwi. -A dobra, nie ważne.
Teraz to ja marszczę brwi.
On obejmuje mnie ramieniem i tak krążymy po korytarzu.
Gdy wracam do domu, słyszę głośną muzykę z pokoju Cody'ego. Wchodzę na górę, kierując się do jego pokoju.
Zamieram.
Ten sam, zakapturzony chłopak siedzi w pokoju mojego brata, paląc sobie papierosa. Cody jest w łazience, bo słyszę go.
Rodzice wracają wieczorem, więc za ten czas przestanie śmierdzieć.
Nie wiem, czy bardziej zdumiewa mnie fakt, że Cody pozwolił mu palić w środku, fakt, że on tu jest i nie ma założonego kaptura, czy to, że miękną mi nogi.
Jest taki piękny.
Czemu się chowa?
Jest perfekcyjny. Brak mi słów. Stoję jak wryta i wpatruję się w niego, stojąc w progu.
Nagle moja noga zaczyna się lekko trząść. Jezus, muszę się uspokoić. Patrzymy na siebie. Powinnam się przywitać, do diaska!
Dobra.. już.. teraz.. no mów!
Powiedzieć cześć czy hej? niee, pomyśli, że jestem jakimś dzieckiem. Może powiem siema? Albo elo?
Nie, wyjdę na jakąś buntowniczkę, a nie znam się na tym.
Co takim chłopakom się podoba? Mam być niewinna, czy niegrzeczna?
JEZUS MARIA SOPHIE POWIEDZ COŚ!
-Cześć. -szepcze pierwszy. To ten moment? W którym powinnam również się przywitać? Czuję się speszona, sam na sam z nim. To jakiś jego kolega?
-Hej -również szepczę, lecz brzmi to tak słabo i desperacko, że zastanawiam się, co się ze mną dzieje. Usłyszał to? Nie wiem, muzyka jest głośna. -Gdzie Cody?
Nie odpowiada. Patrzy na mnie, wydmuchując dym z ust. O Boże.. Kiwa głową na łazienkę obok.
Kieruję się tam, ignorując jego wzrok na sobie. Ale żenada.
-Cody..
Myje zęby. Podskakuje, gdy słyszy mój głos. Patrzy na mnie z przerażeniem.
-Cody, kto to jest?
Pytam zbliżając się, by jego gość nie usłyszał.
-Znajomy.. -zagryza wargę.
-Cody, to jest jakiś psychol.. - szepczę. -Śledził mnie!
-Nie przejmuj się.. zajmę się tym -ściska mnie, po chwili wychodząc z łazienki. Stoję chwilę zmieszana i wracam do jego pokoju. Ich już nie ma, a w momencie, gdy sobie to uświadamiam, czuję wibrację.
Od: Nieznany
Następnym razem spróbuj mówić ciszej
Nawet ma mój numer! Co za psychol.. jak mój brat mógł dać mu mój numer? Nawet go nie znam!
Schodzę na dół, zastając Cody'ego w kuchni.
-Po co dałeś mu mój numer? -warczę. On się gwałtownie odwraca.
-Co? Komu?
-Nie udawaj.. temu Twojemu psychicznemu koledze!
-Um.. okej, po pierwsze -nie wiem o czym mówisz, a po drugie - to nie mój kolega.
-Mam gdzieś kim dla Ciebie jest, czego ode mnie chce?
-Nie panikuj tak, może sobie żartuje? -prycham. -Na razie.
-Jak to "narazie"? Przecież mamy dzisiaj jechać do babci, do szpitala!
-To pozdrów ją ode mnie. -wywraca oczami i wychodzi, trzaskając drzwiami.
-Zapomnij.. -szepczę do pustki, która mnie otacza.
Jak on może tak się zachowywać! Przecież nigdy taki nie był.. już nic nie rozumiem.
Postanawiam odpisać temu jego "nie koledze".
Do: Nieznany
Jesteś jakimś szpiegiem? Robisz sobie żarty? Nie wiem.. zakochałeś się, czy coś?
Zagryzam wargę. Nie, to głupie..po co to wysłałam!
Od: Nieznany
Kimś podobnym do szpiega.. lecz jestem jeszcze gorszy..
+ ja nigdy nie żartuję i nigdy się nie "zakochuję"
Zasycha mi w gardle.
Do: Nieznany
Trochę to brzmi jak tandetny film kryminalny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz