-Ale na pewno dasz radę wrócić do domu? -pyta troskliwie Leila. -Nic sobie nie zrobisz?
-Tak, już dobrze.. -pociągam nosem. Jeszcze raz przytula mnie sztywno, a po chwili zamyka mi drzwi przed nosem.
Wzdycham i kieruję się do domu. Jest ciemno, zimno, a ja jedynie mam na sobie bluzę. Zimna herbata Leili wcale mnie nie rozgrzała.
Zastanawiam się, co robi teraz mój brat. Jest mu przykro? Może mnie szuka?
Jest w ogóle w domu? Czy znów gdzieś łazi na Braton i zażywa narkotyki?
A może on jest wplątany w jakieś przestępstwo? A może.. nie.
Muszę przestać się tak tym zadręczać! Przecież by mi powiedział, że grozi mu bezpieczeństwo.. Chociaż..
Głowa zaczyna mnie boleć, od nadmiaru myśli i sprzecznych uczuć. Nawet nie zauważam, gdy stoję już przed drzwiami naszego domu. Chcę otworzyć drzwi, gdy okazuje się, że są zamknięte. No tak! Mogłam się tego spodziewać.. Kurde no!
Mam ochotę krzyczeć, przeklinać i bić, lecz jedyne co jestem w stanie zrobić to pozwolić, by słone łzy ciekły strumieniami po mojej twarzy. Już mam nawet gdzieś to, jak wyglądam. Muszę mu przemówić do rozsądku! I wydaje mi się, że wiem gdzie go szukać..
Stoję przed drzwiami klubu. Tego samego, gdzie poznałam Sierrę. Tego samego, gdzie pierwszy raz zobaczyłam jego oczy. Tego samego, gdzie wszystko się zaczęło..
Po paru spokojnych oddechach wchodzę do środka, otwierając ogromne drzwi. Do moich uszu dobiega rap, nie wiem czyja to piosenka. Nie znam się na rapie..
Przeciskam się między opitymi, spoconymi ludźmi, rozglądając się w poszukiwaniu swojego brata. Jak na złość nie ma go tam, gdzie był ostatnio z tym psycholem!
Nie poddaję się. Szybciej się przemieszczam, niemal popychając ludzi, którzy stoją mi na przeszkodzie. W końcu staję w miejscu, w środku klubu, wzdychając z frustracji. Gdzie indziej mógłby być? Gdzie go szukać?
Obracam się gwałtownie, wpadając na czyjąś twardą klatkę piersiową. Zaciskam oczy.
Boję się ich otworzyć. Dotykam umięśnionego brzucha mężczyzny, podczas gdy w moim brzuchu pojawiają się motylki. Albo może to komary wysysające krew?
W końcu, drżąc niczym galareta, unoszę głowę i spotykam się z tym samym spojrzeniem, co zawsze.
Łapie mnie w biodrach, zbliżając usta do mej szyi.. zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje. A najbardziej zastanawia mnie to, jak znalazłam się w jego ramionach..
Po jakby się mogło wydawać godzinach, dotyka wargą płatka mojego ucha. Przełykam głośno ślinę, gdy słyszę jego ochrypły głos.
-Nie przychodź tu, szukając swojego braciszka.. nawet on nie radzi sobie z naszym życiem, a co dopiero Ty -każde jego słowo przesiąka jadem.. ale podoba mi się to. Zdaję sobie sprawę, że moje serce bije szybciej i głośniej, niż basy w głośnikach. Myślę, że nawet zaraz wyskoczy mi z piersi. -To nie miejsce dla Was, a zwłaszcza dla Ciebie..
Kolejny raz przełykam ślinę. Błagam, przestań.. jego usta palą moją skórę. Nie, nie przestawaj! To takie miłe..
Zbieram się na odwagę i odpycham go, lecz delikatnie, bo mam wrażenie, że jest w stanie zrobić mi krzywdę. Chociaż..
-Gdzie mój brat? -mój głos jest cichy i słaby, nie poznaję go.. więc odchrząkam i tym razem krzyczę, by przekrzyczeć muzykę. -Zaprowadź mnie do niego!
On jedynie zaciska szczękę i się patrzy na mnie. Po chwili kiwa głową do siebie i łapie mnie mocno za nadgarstek. Szybko mu się wyrywam, marszcząc brwi. Ten, pochylając się nade mną, szepcze mi do ucha
-To żebyś mi się nie zgubiła
Chwyta go jeszcze raz, a ja tym razem posłusznie idę za nim, czując jak rozluźnił uścisk.
Kierujemy się na tyły klubu, wychodząc na świeże powietrze. Skręca w bok, więc ja też skręcam. Wtedy to widzę..
Cody palący coś, co na pewno nie jest zwykłym papierosem.. chwieje się i co chwilę chichocze, chociaż wcale nie ma do tego żadnych powodów. Nawet nie wiem o tym, ale zaciskam palce z całej siły na dłoni.. a właśnie.. jak on się nazywa? Nie ważne, nie mam do tego teraz głowy.. Puszczam ją, idąc ku Cody'emu.
Nagle czuję krople deszczu.. chmury zaczynają stawać się ciemniejsze i jest ich.. więcej. Powietrze jest rześkie, a ja drżę. Przecież boję się burzy.. Myślę, gdy słyszę grzmot.
Odwraca się do mnie, śmiejąc pod nosem.
-O, moja siostu-uru-runia! -krzyczy, próbując iść w moją stronę. Wyciąga dłoń w moją stronę, lecz ja go odpycham. Czuję, jak ponownie tego dnia łzy zaczynają wędrówkę wzdłuż moich polików. -Po-opatrz! Tam jest Betty, zaliczy-yłem ją dzisia-aj sto ra-azy! I wiesz co?
On mówi do mnie, śmiejąc się, a ja pochylam się nad chodnikiem. Boli mnie brzuch, a łzy nie przestają płynąć, tak samo jak deszcz. Nie wiem czy moje policzka są mokre od łez, czy od deszczu, ale widzę błysk. Kulę się.
-Zapomniała się ogolić! -wybucha śmiechem, a ja mam ochotę zwymiotować.
Nie kontroluje swoim ciałem i spada na mnie, wisząc na moich ramionach. Nie mam siły go dźwigać, ale chcę mu pomóc. Chwytam go pod pachami i ciągnę w górę. Obok niego pojawia się on i pomaga mu stać prosto.
-Udajesz taką porzą-ądnisię, a w rzeczy-czywistości pewnie dajesz każ-kademu dupy na ulicy! -jego śmiech zaczyna mnie przytłaczać. Mam już go dość. Chcę go zostawić, lecz myśl o tym, że nie da sobie rady.. przecież to mój brat!
Robi mi się słabo.. i świat wiruje.. a zamazany obraz spowodowany łzami wcale tego nie ułatwia.. tak samo jak i burza. Znów widzę błysk piorunu.
-I po chu-uja w ogóle chodzisz do tej pierdo-dolonej babci! -unoszę na niego wzrok. Wszystko jest zamazane, zwłaszcza Cody.. -I tak w końcu szma-ata umrze..
I kolejny raz słyszę jego szyderczy śmiech.
I kolejny błysk na niebie.
I jeszcze jaśniejszy błysk w jego oczach, gdy padam na ziemię..
I to zmartwienie, jakie pojawia się w tych tęczówkach.
Zaczynam płakać. Naprawdę płakać. To już nie tylko łzy, ja.. krzyczę. Niemal wrzeszczę. Wtedy..
Wtedy on odwraca Cody'ego do siebie i go uderza w twarz. Mocno. Aż ja to czuję..
Ale już mnie on nie obchodzi.. niech cierpi tak, jak ja cierpię teraz..
-To za to, że jesteś takim chujem, skurwielu -słyszę wark w oddali, a przecież szatyn stoi obok mnie.. i echo.. kaszel.. krzyki..
On podnosi mnie z ziemi, ulokowując swoje duże, ciepłe dłonie po obu stronach mojej twarzy. Wyciera kciukami łzy, by po chwili deszcz ponownie ją zmoczył.
I kolejny błysk na niebie, który sprawia, że szlocham.
-Zabierz mnie stąd.. -szepczę. Dyszę. -Proszę..
I wystarczy sekunda, by on zabrał mnie na ręce. Otula mnie swoją bluzą. A ja otulam go sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz