poniedziałek, 25 maja 2015

10. Nie sądzę, by był to dobry pomysł

Budzę się, lecz nie otwieram oczu. Nagle zdaję sobie sprawę, że się do kogoś przytulam.
Z lekkim przestrachem unoszę powoli powieki, przyswajając je do światła. Widok jest zamazany, a ja mrugam kilkakrotnie oczami. Po krótkiej chwili wszystko staje się wyraźne.
Firanka, pościel, moja dłoń.. i jego oczy, wpatrujące się we mnie.
Przełykam ślinę.
   -Cześć.. -szepczę, po długiej, cichej chwili wpatrywania się w siebie.
   -Hej.. -odszeptuje. Rumienię się. Jestem wtulona w człowieka, o którym nic nie wiem!
Choć nie chcę tego robić, odsuwam się od szatyna, podnosząc do pozycji siedzącej. Jestem spocona i rozpalona.
   -Która godzina? -pytam, poprawiając włosy. Na pewno wyglądam teraz okropnie.
   -Szósta.
   -Kurczę, um.. -wstydzę się go o to spytać, ale nie mam wyjścia. -Mogłabym u Ciebie wziąć prysznic?
   -No, okej. Ręczniki są w szafce na prawo. -mówi, po czym wstaje z łóżka. Przez ciasną koszulkę, przylegającą do jego ciała, widać mięśnie. Wychodzi z salonu. Też to robię.
Wchodzi do jakiegoś pokoju, w którym jeszcze nie byłam.
Nie wiem, czy mogę tam wejść, więc rezygnuję. Od razu kieruję się do łazienki. Załatwiam potrzeby fizjologiczne i przeglądam się w lusterku.
Boże.. wyglądam strasznie!
Przemywam zimną wodą twarz, wzdychając.
Rozbieram się i wchodzę do kabiny prysznicowej. Odkręcam kran i pozwalam, by chłodna woda spływała po moim rozgrzanym ciele. Zamykam oczy, delektując się tym uczuciem.
Chwytam szampon dla mężczyzn i wyciskam trochę na dłoń. Mam nadzieję, że Justin się nie obrazi.
Wcieram go we włosy, tworząc pianę. Oh, jak miło.
Przemywam dokładnie włosy wodą, aby nie pozostał na nich szampon.
Ściskam włosy w dłoni, by uszło z nich trochę wody. Wychodzę spod prysznica, chwytając ręcznik po prawej stronie. Wycieram się, przeglądając w lustrze.
Chwytam się dłonią za brzuch, delikatnie go gładząc. Nagle mam dziwne myśli.. przed oczami pojawia mi się obraz Justina bez koszulki, a moja dłoń kieruje się ku górze i obejmuje jedną pierś.
Szybko jednak się opamiętuję i zabieram ją stamtąd. Kręcę głową do własnego odbicia.
Ubieram się z powrotem w nieświeżą bieliznę i sukienkę z wczorajszego dnia. Poprawiam włosy i wychodzę z łazienki. Od razu lepiej..
Nagle wciągam gwałtownie powietrze, gdy przede mną staje Justin bez koszulki.
Stoję jak wryta. Jest tak blisko.. aż mam ochotę dotknąć jego brzucha..
   -Odsuniesz się? -marszczy brwi. Dlaczego nie chcesz, abym stała tak blisko, Justin? -Chcę umyć zęby.
Automatycznie się rumienię.. no jasne, że chciał skorzystać z łazienki, a co Ty myślałaś?
Odsuwam się, tak jak chciał. Wchodzi, lecz nie zamyka drzwi. Staje przez umywalką i wyciąga szczoteczkę do zębów. Nie ma w myciu zębów nic intymnego, lecz czuję, że muszę odwrócić wzrok. Więc spoglądam na swoje bose stopy i na niego.
Szoruje szczękę, a jego mięśnie poruszają się.
Po minucie wpatrywania się w niego, nie wytrzymuję i wycofuję się do sypialni, gdzie zakładam swoje baletki.
Słyszę jego głos pochodzący z salonu i kieruję się tam. Stoję w progu, za ścianą. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, ale nie mogę się powstrzymać.
   -Kurwa.. -pierwsze, co słyszę, to przekleństwo. -To go lekko przyciśnij..
Marszczę brwi.
   -No ja wiem stary, ale nie może puścić pary z ust! A zwłaszcza iść na pały. -nie wszystko dokładnie rozumiem, ale ta rozmowa wydaje się schodzić na złą ścieżkę..
   -Kurwa mać, miał zapłacić? Miał. -słyszę wściekłość w jego głosie. -To teraz nie broń skurwysyna. Jebany ćpun..
Wciągam gwałtownie powietrze. Słyszę ciszę. Już chyba nie rozmawia przez telefon. A może mnie usłyszał?
Bardzo powoli i ostrożnie wychylam głowę zza ściany...
Uderzam nosem o coś twardego. Przeklinam się w duchu. Otwieram szeroko oczy i unoszę wzrok na jego rozwścieczoną twarz. Ups?
Jednym, wielkim krokiem jest przede mną i przyciska mnie mocno do ściany.
   -Ładnie to tak, kurwa, podsłuchiwać? -warczy mi do ucha. Drżę, ale nic nie mówię. -Mówię do Ciebie.
Zaciskam oczy. Wszyscy będą mnie teraz wyzywać?
   -Ładnie to tak? -syczy, zgniatając mi nadgarstki. Auć, zabolało. -Głucha jesteś? Nie nauczyli Cię, że się nie podsłuchuje?
Nagle znajduję w sobie odwagę i odpycham go od siebie z całej siły, wyrywając mu się. Podczas jego zmieszania, ja wybiegam już z jego domu.
Wdycham świeże powietrze, a po chwili biegnę. Tylko gdzie? Zatrzymuję się. Przecież nie znam tych okolic..
Oglądam się za siebie i widzę Justina biegnącego w moim kierunku. Znów zaczynam biec, nie zatrzymując się. Nagle słyszę krzyk z drugiej strony parkingu.
   -Sophie! -nawet za siebie nie zerkam. -Twój dom jest w tamtą stronę!
Ponownie się zatrzymuję. Odwracam się do niego, widząc, jak stoi po środku parkingu.
Idę szybko w tamtą stronę, patrząc przed siebie. Przechodzę obok niego, chcąc go wyminąć, lecz on pociąga mnie za rękę w swoim kierunku.
   -Daj spokój, odwiozę Cię. -wzdycha, patrząc w moje oczy.
   -Zostaw mnie -warczę. -I nawet nie próbuj za mną biec. Wszyscy się ode mnie odwalcie!
Wyrywam mu się. Idę i zerkam na niego, sprawdzając, czy za mną nie idzie.
   -I gdzie niby pójdziesz? -wyrzuca ręce w powietrze. -Przecież nie znasz drogi!
   -Spytam.. kogoś!
Idę dalej, ignorując go. Lecz po chwili czuję, jak mnie podnosi i przerzuca sobie przez ramię. Ughh!
   -Postaw mnie na ziemię! -krzyczę, kopiąc go w brzuch, a bijąc w plecy. -Puszczaj!
   -Mogłaś być grzeczna!
Prycham.
   -Przepraszam, tatusiu -mówię z sarkazmem.
   -Oh, chciałbym byś tak do mnie częściej mówiła.
Z początku nie rozumiem, lecz po chwili zastanowienia orientuję się, w jakim znaczeniu tego słowa ma na myśli.
Przewracam oczami. Podchodzi do jakiegoś motoru i mnie sadzi na nim. Zdezorientowana obserwuję, jak zasiada przede mną, chwytając kierownicę.
   -Ty chyba nie myślisz, że ja na to..
I nie pozwala mi dokończyć, odpala to i z piskiem opon wyjeżdża z parkingu. Piszczę, szybko się go chwytając.
   -Oszalałeś! -wrzeszczę, aby mnie usłyszał. Mógłby mi przynajmniej założyć kask.
Wiatr rozwiewa moje włosy, które wpadają mi do oczu. Cała drżę z adrenaliny i zaciskam oczy, piszcząc mu do ucha.
Czy tak wygląda adrenalina?

   -Możesz już otworzyć oczy -słyszę szept przy uchu, lecz nadal ich nie otwieram. -Nie bój się..
Powoli unoszę powieki, rozglądając się wkoło.
   -Gdzie jesteśmy?
Unosi brew.
   -Na Twoim osiedlu. -jeszcze raz się rozglądam. Ach, no tak. Teraz wszystko poznaję. Schodzę z motoru, a on mi nawet ręki nie podaje..
   -Um.. dzięki. -niepewnie mówię.
   -Za?
   -Za herbatę -cicho się śmieję. -I nocleg.
Kiwa głową, wsiadając z powrotem na motor.
   -To.. nara -mówi, odpalając silnik.
   -Czekaj! -podchodzę do niego. Co mogę jeszcze powiedzieć, by zatrzymać go jedną chwilę więcej przy sobie? Sophie, szybko coś wymyśl! -Zawiózłbyś mnie do szkoły?
Marszczy brwi, drapiąc się po głowie. Nagle staje się nerwowy. To jednak był zły pomysł.. teraz mi głupio.
   -Nie sądzę, by był to dobry pomysł.
Nie rozumiem.
   -Ale.. czemu?
Nie odpowiada, tylko kręci głową. Słyszę ryk silnika, a wokół niego pojawia się dym. Odkaszluję.
Chcę go zawołać, lecz jest już po drugiej stronie ulicy, kierując się w stronę Braton.
   -No tak.. -wzdycham, sama do siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz