Gdy wchodzimy do mojego domu, Justin czuje się jak u siebie. Idzie do kuchni i nalewa nam dwie szklanki wody, zanosząc je do mojego pokoju.
A ja jestem tak wyczerpana, że nawet nie biorę jej łyka, a już padam na łóżko.
-Napij się -siada obok mnie na łóżku, podając mi szklankę, gdy unoszę się do pozycji siedzącej.
-Niedobrze mi... -mruczę, opierając głowę o jego ramię.
-To się napij..
-Pomaga? -zerkam na niego, gdy siedzimy w ciemnościach, a jedynym źródłem światła jest moja niebieska lampka nocna. Nie daje wiele światła, ale dzięki niej nie miewam już koszmarów.
-Pomaga -trzymam go za słowo i wypijam całą szklankę za jednym łykiem. Odstawiam już pustą na etażerkę i kładę się.
Jestem taka zmęczona, że nawet nie zauważam, że Justin zdejmuje moje buty i przykrywa mnie kołdrą.
Zaczyna kaszleć. Przymrużam oczy, by w ciemności zobaczyć, że wyjmuje z kieszeni jakieś tabletki i je połyka, popijając wodą.
Przestaje kaszleć. Podchodzi do mojego łóżka, a moje powieki ponownie się same zamykają. Chowa kosmyk moich włosów za ucho i łapie moją dłoń, ściskając ją delikatnie w swojej, dużej.
Puszcza moją dłoń, więc szybko ją znów chwytam.
-Nie.. -mruczę do poduszki, zbyt ogarnięta poczuciem senności. -Zostań.
I nie wiem, co teraz robi, lecz czuję, że łóżko się ugina. Kładzie się obok mnie, leżąc na drugim krańcu łóżka.
Obracam się do niego i z wciąż zamkniętymi oczami wtulam w jego bluzę. Czuję na sobie jego wzrok, gdy niepewnie i sztywno mnie obejmuje ramieniem.
I taki delikatny, lekko wyczuwalny i słodki pocałunek na moim czole, którego i tak następnego dnia nie pamiętam, a on nie zamierza mi go przypominać.
-Sophie, otwórz drzwi! -słyszę głos mojego brata. Natychmiastowo otwieram oczy. Zamykałam drzwi? Przecież nigdy ich nie zamykam.
Chcę wstać, lecz ciężar na moim brzuchu uniemożliwia mi to.
Zerkam na dół i zasycha mi w gardle.
Widzę złote kosmyki włosów, dłoń w okolicy moich ud i Justina Biebera, śpiącego na moim brzuchu.
Wpatruję się w jego twarz, wygląda tak niewinnie.
Jego twarz pogrążona w smutku, wyraża więcej emocji podczas snu, niż gdy jest przytomny.
Delikatnie głaszczę go po jego miękkich włosach, niechcący go budząc.
-Cześć -unosi głowę, a ja czerwienię się. Czuję się, jakbym została przyłapana na robieniu czegoś złego.
Czy okazywanie niewłaściwej osobie uczuć, jest czymś złym?
-Sophie! -kolejny wrzask Cody'ego sprawia, że podskakuję lekko.
-Czemu on tak drze mordę? -warczy i wstaje W SAMYCH SPODNIACH i już ma otworzyć drzwi, gdy szybko się podnoszę i chwytam jego rękę.
-Idź się gdzieś schowaj, przecież zabije mnie, jak się dowie, że tu jesteś -szepczę, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
-Nie mów mi, kurwa, co mam robić -nagle znowu staje się agresywny i chamski.
-Póki co, jestem u siebie w domu i mogę robić co chcę -również używam niemiłego tonu. Spojrzeniem ciska gromy w moją stronę, a ja odwzajemniam to. I viceversa, Bieber.
-Nie jesteś czasem zbyt pyskata? -unosi brwi, zaciskając szczękę.
-A Ty? -również unoszę brwi, starając się zachowywać cicho.
W końcu kręci głową i wzdychając, przewraca oczami. Wchodzi za szafę, a ja sprawdzam, czy go widać.
Gdy stwierdzam, że nie, otwieram drzwi Cody'emu, który zaskoczony dziwnie na mnie patrzy.
-Ktoś u Ciebie jest? -udaję ziewnięcie, gdy wchodzi do pokoju, rozglądając się.
-Co? -patrzę na niego, jak na idiotę. -Dlaczego ktoś miałby u mnie być?
-Słyszałem, jak z kimś gadasz.. -jeszcze raz rozgląda się, chyba sam zdziwiony, że "nikogo tu nie ma".
-Leila do mnie dzwoniła.. -marszczy brwi, a po chwil kręci zrezygnowany głową i ma zamiar wyjść. -A co chciałeś?
-Nic, tylko się zdziwiłem, że masz zamknięte drzwi.. -i nadal zmieszany wychodzi, a ja zamykam za nim drzwi, opierając się o nie.
-Dobra, możesz już wyjść -wzdycham, gdy wciąż nie wychodzi zza szafy. -Jesteś taki zabawny..
Podchodzę do szafy i się lekko wychylam, by zobaczyć, że za nią nie ma już Justin'a.
-Przestań sobie żartować.. -otwieram ją, ale tam też go nie ma. Rozglądam się po pokoju i wchodzę do łazienki. Tam też!
Zaczynam się niepokoić. Przecież nie mógł wyjść..
Dzwoni mój telefon, więc odbieram połączenie i słyszę jego rozbawiony głos.
-Nie wiem czego tak szukasz, ale mnie tam na pewno nie ma.. -jego cichy śmiech wprowadza mnie w zakłopotanie.
Marszczę brwi i podskakuję w miejscu, gdy słyszę pukanie obok. Odwracam się, a Justin stoi z głupawym uśmiechem na moim balkonie.
Cicho chichoczę, wiedząc, że między nami już okej i podchodzę do szyby, gdy on podchodzi do barierki i rzucając mi ostatnie spojrzenie, wyskakuje za barierkę.
Gwałtownie łapię powietrze i wybiegam na balkon. Przecież to jest drugie piętro!
Rozglądam się po trawie, a gdy go nie widzę, serce wali mi jak młotem.
Po sekundzie jednak zauważam go, jak biegnie do swojego motoru i na niego wsiada.
Z piskiem opon odjeżdża, a ja kręcę głową sama do siebie.
Wracam do środka, rozmyślając, jakie może mieć problemy.
Na pewno ma problemy z agresją..
A może jest to czymś spowodowane?
Jest niedziela, więc idę do szpitala, do babci, jak zawsze co tydzień. Tym razem znowu nie ma ze mną Cody'ego, ani rodziców.
-Dzień dobry.. - witam się z pielęgniarką, która właśnie wychodzi z sali. Ta jedynie kiwa głową.
-Sophie? -słaby głos mojej babci mnie wzrusza. Zasiadam na krześle tuż obok łóżka, chwytając w dwie dłonie jej jedną.
-Tak, babciu? -uważnie czekam na jej słowa, całując wierzch jej pomarszczonej skóry na dłoni.
-Mam nową książkę -szepcze mi do ucha, jakby to była wielka tajemnica.
-Tak? -uśmiecham się serdecznie, stwierdzając, że jest urocza. -To super, o czym ona jest?
-To spis różnych wierszy, cytatów, przemyśleń.. -wymienia, nadal szepcząc. -Chcę, abyś mi poczytała.
-Umm.. no dobrze.
-To ułoży się.. z czasem.. oswoją się oczy.. z ciemnością.. -zerkam na babcię i uświadamiam sobie, że zasnęła. Dokańczam więc ten cytat cichym szeptem. -I zatańczysz.
Wstaję i łagodnie całuję ją w czoło.
Ponownie serce mi mi się kraja, widząc ją w takim stanie Odkładam książkę na etażerkę i wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
-Dobranoc, babuniu -szepczę przed wyjściem.
I w momencie, gdy wychodzę ze szpitala, dostaję wiadomość "za tydzień w piątek o 18:00 szkolny bal".
sobota, 27 czerwca 2015
sobota, 20 czerwca 2015
15. Tylko czemu jest zły na mnie?
Unoszę głowę i wzrok, napotykając jego brązowe tęczówki, oświetlone jedynie niebieskim reflektorem.
Jest taki piękny..
Pochyla się delikatnie nade mną i zbliża swoje usta do moich, a ja doskonale czuję jego oddech i mogę tylko sobie wyobrażać smak i dotyk jego ust.
Przymrużam delikatnie oczy.. wreszcie się to zdarzy.
-Sophie! -słyszę nagle krzyk Sierry niedaleko. Justin klnie pod nosem i się ode mnie odsuwa, patrząc z wyrzutem na Sierrę, która go ignoruje, chichocząc co chwilę. -Tu Cię znalazłam!
-Sierra, Ty.. -Justin się w nią wpatruje z rozbawieniem. -Znów jesteś zjarana?
-Noo! -krzyczy, podskakując. Chichoczę pod nosem z jej głupoty. Nagle jestem śpiąca i opieram głowę o ramię szatyna, kiwając się delikatnie na boki. -Drake nam dał!
-Nam, to znaczy? -marszczy brwi, zagryzając wargę. Chcę jej zatkać buzię, lecz jest za późno.
-Mi i Sophie! -wybucha śmiechem, a ja chwytam się jego ramienia, ponieważ statek zaczyna się ponownie kręcić. A woda znów szumi..
Nagle jego dłoń mocno zaciska się na moim ramieniu, a ja zdezorientowana się w niego wpatruję nieprzytomnym wzrokiem.
-Jesteś zjarana? -wpatruje się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wściekłość? Zdziwienie? Troska? -Sophie, kurwa, odpowiadaj.
Nie jestem w stanie nic wydusić, gdy słyszę jego wark. Jestem taka śpiąca.. rozszerza mi oczy i przeklina pod nosem.
-Masz całe przekrwione oczy, do chuja! -a ja jedynie się go przytrzymuję, by zachować równowagę. -Ja pierdole.. brałyście z dopalaczami, prawda?
Ciągnie mnie w stronę wyjścia, lecz ja upadam.. nie czuję nóg i nagle mi tak zimno, że zaczynam drżeć. Zamykam oczy i widzę jakieś przerażające twarze.. nie wiem co się dzieje, są straszne, więc próbuję znów je otworzyć.
-Sophie, kurwa! -widzę jak mały tłum ludzi się zbiera wokół nas, a reszta dalej tańczy.
Sierra się obściskuje z jakąś brunetką, barman flirtuje z klientką, facet, który wcześniej ze mną tańczył, teraz całuje inną, a Justin klęczy nade mną, co chwilę przeklinając pod nosem.
I biały sufit wygląda jak niebo pełne gwiazd..
I ponownie, zanim zobaczę ciemność obraz jest zamazany, a jedynym wyraźnym źródłem są brązowe, zmartwione oczy, wpatrujące się w moje.
-Stary, luz.. znalazłem ją niedaleko kina, była z jakąś koleżanką -słyszę jego głos, lecz nie słyszę jego dalszych słów. Potrafi kłamać.. pewnie rozmawia z Cody'm.
Nawet nie zastanawiam się, gdzie jestem. Od razu rozpoznaję sypialnię Justina.
Co dziwne, nie boli mnie głowa. Która godzina?
I nagle znów chce mi się śmiać i płakać jednocześnie.
Czy ten narkotyk nadal działa?
Przeciągam się i ziewam, a w tym samym momencie Justin się rozłącza i odkłada komórkę na komodę.
Siada po boku łożka, wpatrując się we mnie.
-Co Ci jest, Sophie? -marszczę brwi. Nie rozumiem jego pytania.. co mi jest? Czy to miało być obraźliwe? -Znowu zemdlałaś..
Aa! O to mu chodzi!
W sumie, ma rację. Dawno nie mdlałam. Od dzieciństwa, gdy się czymś bardzo stresowałam, mdlałam. Moi rodzice się przyzwyczaili i przestali na to zwracać uwagę po czwartym razie, gdy badania w szpitalu nic nie wykazały.
Woleli po prostu to ignorować, by nie martwić się o moje zdrowie.
-Od zawsze tak mam, po prostu to ignoruj, jak moi rodzice -bełkoczę, jeszcze nie w pełni trzeźwa i sztucznie się uśmiecham. Po chwili jednak zdaję sobie sprawę, że zabrzmiało to ostrzej niż w mojej głowie. Chichoczę więc. Nie wiem, czy dla rozluźnienia atmosfery, czy coś mnie śmieszy.. po prostu sobie chichoczę, a co! On jednak nadal ma ten sam, troskliwy wyraz twarzy. Gdy się w niego wpatruję, w sekundę zmienia swoje zachowanie.
Chowa emocje i jedyne, co teraz widnieje na jego twarzy, to pustka.
Czemu kryje swoje uczucia?
-Cody kazał mi Cię zawieźć do domu -oznajmia, wstając z łóżka.
-Zamierzasz go posłuchać? -pytam niepewnie, również wstając, choć troszkę się chwieję. Jestem trochę zawiedziona. Chciałam z nim jeszcze chwilkę posiedzieć!
-Nie, odwożę Cię nie dlatego, że mi kazał, tylko dlatego, że ledwo się trzymasz na nogach -oznajmia, chwytając mój nadgarstek i wyprowadzając mnie z jego domu.
Na zewnątrz jest zimno, a ja nie mam kurtki. Gdzie moja torebka? Przecież mam tam krasnoludki!
Znaczy się kluczyki. Chodziło mi o kluczyki!
-Torebka! -jęczę, wystawiając rękę. Dawaj mi torebkę, gościu! Śmieję się na głos z głosu w mojej głowie.
-Tu ją masz -podaje mi ją, patrząc na mnie jak na chorą psychicznie. Wystawiam mu więc język, a on jedynie kręci głową z małym uśmiechem formującym się na jego cudnej twarzy.
I kierujemy się do jego motoru, a ja dosłownie przed nim padam na ziemię, a moja spódnica podwija się w taki sposób, że widać połowę moich majtek!
Szybko, choć chwiejnie, wstaję i poprawiam spódniczkę, ignorując wzrok szatyna. Mam nadzieję, że jednak tam nie patrzył i nie widział moich gatek, bo byłby wstyd..
-Nie komentuj tego -wystawiam palec, bełkocząc. On z kolei unosi obronnie ręce i pozwala mi wsiąść okrakiem na jego motocykl. -Mm, ale fajny materiał.
Mruczę, ocierając się o materiał siedzenia. Naprawdę jest przyjemny w dotyku, a ja mam dziwnym sposobem nieprzyzwoite myśli. Nagle mam ochotę być niegrzeczna.. posyłam zalotne spojrzenie spod rzęs szatynowi, ocierając się o siedzenie motoru.
-Boże.. -szepcze pod nosem, myśląc, że nie słyszę. Lecz ja wszystko słyszę! I ignoruję to, że stara się na mnie nie patrzeć i trzyma się za krocze.
Dalej się ocieram o fotel, mrucząc pod nosem. Na pewno wyglądam na psychicznie chorą, ewentualnie napaloną sukę, ale ja po prostu chcę zrobić coś szalonego. To znaczy podobać mu się.
Chcę, żebyś mnie pragnął, Justin.
I gdy wypowiadam to zdanie w swojej głowie, on odwraca się w moją stronę z widocznym szokiem na twarzy. Ups, czyżbym wypowiedziała to na głos? Kręci do siebie głową, patrząc na mnie, jakbym co najmniej oszalała.
-Przecież ja kurwa oszaleję na Twoim punkcie, dziewczyno -wzdycha, a po chwili szepcze pod nosem odwracając się do mnie plecami, lecz ja słyszę -Nie wiem, czy przypadkiem już nie oszalałem..
Gdy parkujemy z piskiem opon pod moim domem, najpierw zsiada Justin, a potem ja. Podaje mi dłoń, którą odpycham.
Przecież dam sobie radę, nie jestem aż tak..
Au!
Ląduję dłońmi na szorstkim betonie. Justin się śmieje, a ja nie wiem czy brechtać, czy płakać.. To tak strasznie piecze!
Opieram mniej zranioną dłoń o zadrapane kolano i wstaję, w momencie, gdy zauważam jakąś parę, parę metrów od NAS.
I to nie JAKĄŚ TAM parę, tylko Natana i Leilę!
Idą, śmiejąc się w głos i idą tak blisko siebie, że wiem, iż w myślach na pewno się już rozbierają! Jeśli ma to jakikolwiek sens..
A niech to! Justin również ich zauważa i cicho się śmieje pod nosem.
I w momencie, gdy Natan mnie zauważa, Justin wysuwa się przede mnie i podchodzi do nich.
Nie rozumiem co się dzieje, więc podbiegam do nich, ledwo trzymając się na nogach.
Justin, nie rób mu krzywdy! Błagam w myślach..
Wtedy on zerka na mnie i jego spojrzenie ulega zmianie. Z agresywnego, płonącego, staje się takie.. delikatne, łagodne.. takie milusie i widzę w jego oczach krztę rozbawienia.
-Dzięki Sophie, że nas wystawiłaś i poszłaś nie wiadomo gdzie, by pić alkohol z takim.. -Nate patrzy ze zniesmaczeniem na Justina, a ten widocznie powstrzymuje się od przyłożenia mu. Spokojnie, Justin. -Towarzystwem.
-Ja Was wystawiłam? -krzyczę, tupiąc nogą. -Ja Was!
Zaczynam bełkotać sama nie wiem o czym, ale pamiętam, że jest w tej przemowie coś o tygrysach i jednorożcach.. a potem zaczynam wyzywać Natana i Leilę, robić scenę zazdrości, a Justin stoi z boku i ze śmiechem słucha moich słów.
Nawet nie wiem co mówię, zabawne, no nie?
I na tę myśl wybucham śmiechem i dalej się śmiejąc, wykrzykuję
-Ty fałszywa d.. -pragnę dokończyć, lecz Justin zatyka mi usta dłonią.
Nate wypina klatkę piersiową i unosi brodę, a ja wybucham śmiechem.
Jak on może mi się podobać? Jaki ja mam okropny gust, matko..
I podczas, gdy nikt nie zwraca na mnie uwagi, ja brechtam pod nosem.
A Justin mierzy Natana tak ostrym spojrzeniem, że na jego miejscu bym chyba się popłakała.
A Nate udaje twardziela, lecz widać po nim, że trzęsie się jak galareta.
A propo!
Leila ma na sobie marynarkę Nate'a! Co to ma znaczyć, się pytam!
-Dziwka..
I starcza tylko jedno słowo Leili, by w Justinie włączył się tryb agresora.
Widać to po jego rozszerzonych oczach, płytkim oddechu i wściekłej minie.
Nawet ja się przerażam, a co dopiero Leila, w którą się właśnie wpatruje tym wzrokiem.
-Mam nadzieję, że to było Twoje przedstawienie się, a nie obraza Sophii.
Jej przerażone oczy wręcz błagają mnie, bym coś powiedziała Justinowi.
Lecz ja stoję w tym momencie wtulona w umięśnione ramię Justina.
-Natan, chodźmy już.. -Leila chwyta Nate'a za rękę i ciągnie go w kierunku jego domu. A Justin kręci głową i szybko do mnie podchodzi, chwytając mocno mój nadgarstek i pociągając do góry.
Mam wrażenie, że chce mi złamać kości. Ściska go tak mocno, że łzy zbierają się w moich oczach.
-To boli.. -szepczę i próbuję wyrwać nadgarstek z jego uścisku. Widzę, że jest wściekły.
Tylko czemu jest wściekły na mnie?
Jest taki piękny..
Pochyla się delikatnie nade mną i zbliża swoje usta do moich, a ja doskonale czuję jego oddech i mogę tylko sobie wyobrażać smak i dotyk jego ust.
Przymrużam delikatnie oczy.. wreszcie się to zdarzy.
-Sophie! -słyszę nagle krzyk Sierry niedaleko. Justin klnie pod nosem i się ode mnie odsuwa, patrząc z wyrzutem na Sierrę, która go ignoruje, chichocząc co chwilę. -Tu Cię znalazłam!
-Sierra, Ty.. -Justin się w nią wpatruje z rozbawieniem. -Znów jesteś zjarana?
-Noo! -krzyczy, podskakując. Chichoczę pod nosem z jej głupoty. Nagle jestem śpiąca i opieram głowę o ramię szatyna, kiwając się delikatnie na boki. -Drake nam dał!
-Nam, to znaczy? -marszczy brwi, zagryzając wargę. Chcę jej zatkać buzię, lecz jest za późno.
-Mi i Sophie! -wybucha śmiechem, a ja chwytam się jego ramienia, ponieważ statek zaczyna się ponownie kręcić. A woda znów szumi..
Nagle jego dłoń mocno zaciska się na moim ramieniu, a ja zdezorientowana się w niego wpatruję nieprzytomnym wzrokiem.
-Jesteś zjarana? -wpatruje się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wściekłość? Zdziwienie? Troska? -Sophie, kurwa, odpowiadaj.
Nie jestem w stanie nic wydusić, gdy słyszę jego wark. Jestem taka śpiąca.. rozszerza mi oczy i przeklina pod nosem.
-Masz całe przekrwione oczy, do chuja! -a ja jedynie się go przytrzymuję, by zachować równowagę. -Ja pierdole.. brałyście z dopalaczami, prawda?
Ciągnie mnie w stronę wyjścia, lecz ja upadam.. nie czuję nóg i nagle mi tak zimno, że zaczynam drżeć. Zamykam oczy i widzę jakieś przerażające twarze.. nie wiem co się dzieje, są straszne, więc próbuję znów je otworzyć.
-Sophie, kurwa! -widzę jak mały tłum ludzi się zbiera wokół nas, a reszta dalej tańczy.
Sierra się obściskuje z jakąś brunetką, barman flirtuje z klientką, facet, który wcześniej ze mną tańczył, teraz całuje inną, a Justin klęczy nade mną, co chwilę przeklinając pod nosem.
I biały sufit wygląda jak niebo pełne gwiazd..
I ponownie, zanim zobaczę ciemność obraz jest zamazany, a jedynym wyraźnym źródłem są brązowe, zmartwione oczy, wpatrujące się w moje.
-Stary, luz.. znalazłem ją niedaleko kina, była z jakąś koleżanką -słyszę jego głos, lecz nie słyszę jego dalszych słów. Potrafi kłamać.. pewnie rozmawia z Cody'm.
Nawet nie zastanawiam się, gdzie jestem. Od razu rozpoznaję sypialnię Justina.
Co dziwne, nie boli mnie głowa. Która godzina?
I nagle znów chce mi się śmiać i płakać jednocześnie.
Czy ten narkotyk nadal działa?
Przeciągam się i ziewam, a w tym samym momencie Justin się rozłącza i odkłada komórkę na komodę.
Siada po boku łożka, wpatrując się we mnie.
-Co Ci jest, Sophie? -marszczę brwi. Nie rozumiem jego pytania.. co mi jest? Czy to miało być obraźliwe? -Znowu zemdlałaś..
Aa! O to mu chodzi!
W sumie, ma rację. Dawno nie mdlałam. Od dzieciństwa, gdy się czymś bardzo stresowałam, mdlałam. Moi rodzice się przyzwyczaili i przestali na to zwracać uwagę po czwartym razie, gdy badania w szpitalu nic nie wykazały.
Woleli po prostu to ignorować, by nie martwić się o moje zdrowie.
-Od zawsze tak mam, po prostu to ignoruj, jak moi rodzice -bełkoczę, jeszcze nie w pełni trzeźwa i sztucznie się uśmiecham. Po chwili jednak zdaję sobie sprawę, że zabrzmiało to ostrzej niż w mojej głowie. Chichoczę więc. Nie wiem, czy dla rozluźnienia atmosfery, czy coś mnie śmieszy.. po prostu sobie chichoczę, a co! On jednak nadal ma ten sam, troskliwy wyraz twarzy. Gdy się w niego wpatruję, w sekundę zmienia swoje zachowanie.
Chowa emocje i jedyne, co teraz widnieje na jego twarzy, to pustka.
Czemu kryje swoje uczucia?
-Cody kazał mi Cię zawieźć do domu -oznajmia, wstając z łóżka.
-Zamierzasz go posłuchać? -pytam niepewnie, również wstając, choć troszkę się chwieję. Jestem trochę zawiedziona. Chciałam z nim jeszcze chwilkę posiedzieć!
-Nie, odwożę Cię nie dlatego, że mi kazał, tylko dlatego, że ledwo się trzymasz na nogach -oznajmia, chwytając mój nadgarstek i wyprowadzając mnie z jego domu.
Na zewnątrz jest zimno, a ja nie mam kurtki. Gdzie moja torebka? Przecież mam tam krasnoludki!
Znaczy się kluczyki. Chodziło mi o kluczyki!
-Torebka! -jęczę, wystawiając rękę. Dawaj mi torebkę, gościu! Śmieję się na głos z głosu w mojej głowie.
-Tu ją masz -podaje mi ją, patrząc na mnie jak na chorą psychicznie. Wystawiam mu więc język, a on jedynie kręci głową z małym uśmiechem formującym się na jego cudnej twarzy.
I kierujemy się do jego motoru, a ja dosłownie przed nim padam na ziemię, a moja spódnica podwija się w taki sposób, że widać połowę moich majtek!
Szybko, choć chwiejnie, wstaję i poprawiam spódniczkę, ignorując wzrok szatyna. Mam nadzieję, że jednak tam nie patrzył i nie widział moich gatek, bo byłby wstyd..
-Nie komentuj tego -wystawiam palec, bełkocząc. On z kolei unosi obronnie ręce i pozwala mi wsiąść okrakiem na jego motocykl. -Mm, ale fajny materiał.
Mruczę, ocierając się o materiał siedzenia. Naprawdę jest przyjemny w dotyku, a ja mam dziwnym sposobem nieprzyzwoite myśli. Nagle mam ochotę być niegrzeczna.. posyłam zalotne spojrzenie spod rzęs szatynowi, ocierając się o siedzenie motoru.
-Boże.. -szepcze pod nosem, myśląc, że nie słyszę. Lecz ja wszystko słyszę! I ignoruję to, że stara się na mnie nie patrzeć i trzyma się za krocze.
Dalej się ocieram o fotel, mrucząc pod nosem. Na pewno wyglądam na psychicznie chorą, ewentualnie napaloną sukę, ale ja po prostu chcę zrobić coś szalonego. To znaczy podobać mu się.
Chcę, żebyś mnie pragnął, Justin.
I gdy wypowiadam to zdanie w swojej głowie, on odwraca się w moją stronę z widocznym szokiem na twarzy. Ups, czyżbym wypowiedziała to na głos? Kręci do siebie głową, patrząc na mnie, jakbym co najmniej oszalała.
-Przecież ja kurwa oszaleję na Twoim punkcie, dziewczyno -wzdycha, a po chwili szepcze pod nosem odwracając się do mnie plecami, lecz ja słyszę -Nie wiem, czy przypadkiem już nie oszalałem..
Gdy parkujemy z piskiem opon pod moim domem, najpierw zsiada Justin, a potem ja. Podaje mi dłoń, którą odpycham.
Przecież dam sobie radę, nie jestem aż tak..
Au!
Ląduję dłońmi na szorstkim betonie. Justin się śmieje, a ja nie wiem czy brechtać, czy płakać.. To tak strasznie piecze!
Opieram mniej zranioną dłoń o zadrapane kolano i wstaję, w momencie, gdy zauważam jakąś parę, parę metrów od NAS.
I to nie JAKĄŚ TAM parę, tylko Natana i Leilę!
Idą, śmiejąc się w głos i idą tak blisko siebie, że wiem, iż w myślach na pewno się już rozbierają! Jeśli ma to jakikolwiek sens..
A niech to! Justin również ich zauważa i cicho się śmieje pod nosem.
I w momencie, gdy Natan mnie zauważa, Justin wysuwa się przede mnie i podchodzi do nich.
Nie rozumiem co się dzieje, więc podbiegam do nich, ledwo trzymając się na nogach.
Justin, nie rób mu krzywdy! Błagam w myślach..
Wtedy on zerka na mnie i jego spojrzenie ulega zmianie. Z agresywnego, płonącego, staje się takie.. delikatne, łagodne.. takie milusie i widzę w jego oczach krztę rozbawienia.
-Dzięki Sophie, że nas wystawiłaś i poszłaś nie wiadomo gdzie, by pić alkohol z takim.. -Nate patrzy ze zniesmaczeniem na Justina, a ten widocznie powstrzymuje się od przyłożenia mu. Spokojnie, Justin. -Towarzystwem.
-Ja Was wystawiłam? -krzyczę, tupiąc nogą. -Ja Was!
Zaczynam bełkotać sama nie wiem o czym, ale pamiętam, że jest w tej przemowie coś o tygrysach i jednorożcach.. a potem zaczynam wyzywać Natana i Leilę, robić scenę zazdrości, a Justin stoi z boku i ze śmiechem słucha moich słów.
Nawet nie wiem co mówię, zabawne, no nie?
I na tę myśl wybucham śmiechem i dalej się śmiejąc, wykrzykuję
-Ty fałszywa d.. -pragnę dokończyć, lecz Justin zatyka mi usta dłonią.
Nate wypina klatkę piersiową i unosi brodę, a ja wybucham śmiechem.
Jak on może mi się podobać? Jaki ja mam okropny gust, matko..
I podczas, gdy nikt nie zwraca na mnie uwagi, ja brechtam pod nosem.
A Justin mierzy Natana tak ostrym spojrzeniem, że na jego miejscu bym chyba się popłakała.
A Nate udaje twardziela, lecz widać po nim, że trzęsie się jak galareta.
A propo!
Leila ma na sobie marynarkę Nate'a! Co to ma znaczyć, się pytam!
-Dziwka..
I starcza tylko jedno słowo Leili, by w Justinie włączył się tryb agresora.
Widać to po jego rozszerzonych oczach, płytkim oddechu i wściekłej minie.
Nawet ja się przerażam, a co dopiero Leila, w którą się właśnie wpatruje tym wzrokiem.
-Mam nadzieję, że to było Twoje przedstawienie się, a nie obraza Sophii.
Jej przerażone oczy wręcz błagają mnie, bym coś powiedziała Justinowi.
Lecz ja stoję w tym momencie wtulona w umięśnione ramię Justina.
-Natan, chodźmy już.. -Leila chwyta Nate'a za rękę i ciągnie go w kierunku jego domu. A Justin kręci głową i szybko do mnie podchodzi, chwytając mocno mój nadgarstek i pociągając do góry.
Mam wrażenie, że chce mi złamać kości. Ściska go tak mocno, że łzy zbierają się w moich oczach.
-To boli.. -szepczę i próbuję wyrwać nadgarstek z jego uścisku. Widzę, że jest wściekły.
Tylko czemu jest wściekły na mnie?
14. Goni mnie
Gdy budzę się rano, słyszę głos Cody' ego, pochodzący z jego pokoju.
Wstaję, przeciągając się i przecieram oczy. Podczas, gdy ziewnięcie wyrywa mi się z gardła, zatykam usta dłonią.
Kieruję się do łazienki i załatwiam potrzeby fizjologiczne.
Wzdycham i biorę orzeźwiający, godzinny prysznic.
Wycieram się białym ręcznikiem, rozmyślając, gdzie Justin planuje mnie zabrać.
Suszę włosy i ubrana w szarą spódniczkę i białą koszulkę, zastanawiam się, czy ta spódnica nie jest za krótka, z racji tego, że mam okres.
Z drugiej strony.. Justin powiedział, żebym ubrała się seksownie..
Trochę się wstydzę być przy nim w tak króciutkiej spódniczce, która jest do połowy ud, znając jego myśli.
Gdzie mnie może zabrać?
Oglądam się w wielkim lustrze, po czym stwierdzam, że wyglądam w porządku.
Zadowolona wychodzę z łazienki i kieruję się na dół, do kuchni.
Stoi tam Cody, jedzący naleśniki.
-Wow, byłeś na noc w domu.. -sarkastycznie się uśmiecham. Nagle jestem na niego zła. Nie chcę się wtrącać w jego życie, ale z racji, że jest to mój brat bliźniak, jestem do tego zmuszona.
-Masz okres, czy coś? -prycham.
Wyjmuję z lodówki mleko i płatki, nakładając je do białej miski.
-Rodzice śpią? -pytam, wyjmując łyżkę z szuflady.
-Mama śpi, bo o czternastej jedzie do pracy, a tata jeszcze nie wrócił -mówi patrząc w telefon i przeżuwając naleśniki.
-Aha, okej.. -przełykam mleko i niepewnie mówię. -Bo jak coś to dzisiaj wychodzę.. z Leilą.
-Leilą? -unosi na mnie brew i wzrok. Już zaczynam myśleć, że Justin powiedział Cody'emu, że mnie gdzieś zabiera i mam już zapytać, czy wie gdzie, lecz rozwiewa moje wątpliwości. -Spoko, ja też wychodzę, więc weź klucze.
-No, wiem.. -i wstaję od stołu, odkładając miskę do zmywarki.
A Cody dalej siedzi, wpatrując się w ekran telefonu.
Słyszę głośny ryk silnika, więc wychodzę z domu, chwytając po drodze torebkę.
Zamykam za sobą drzwi, ponieważ Cody już wyszedł, nie wiadomo gdzie.
Kieruję się w stronę Justina, naciągając lekko spódnicę.
-Cześć -lekko się uśmiecham i siadam za nim okrakiem. Już się lekko przyzwyczaiłam do jazdy na motorze. -Nadal mi nie powiesz, gdzie jedziemy, prawda?
Lekko przekrzywia głowę w moją stronę z krzywym uśmiechem i stwierdza.
-Jednak mnie znasz -cicho chichocze, a ja go delikatnie obejmuję w pasie i z piskiem opon odjeżdżamy w kierunku Braton.
Gdy Justin zatrzymuje się przed dobrze mi znanym klubem, chce mi się śmiać. Jak mogłam na to nie wpaść? To takie w jego stylu..
-Mogłam się tego po Tobie spodziewać.. -kręcę głową, wzdychając ciężko. Pierwszy zsiada z motoru i czeka aż ja zejdę.
Podnoszę jedną nogę i przekładam ją na drugą stronę i przyłapuję szatyna na wpatrywaniu się między moje nogi.
Posyłam mu ostrzegające spojrzenie, a on unosi niewinnie brwi.
-Mam tylko nadzieję, że wrócimy nad ranem, bo moi rodzice wracają rano -od razu mu ogłaszam, a on kiwa głową i ciągnie mnie do środka.
Po drodze wymienia uściski z paroma facetami i prowadzi mnie do baru.
Głośna muzyka dudni w naszych uszach, gdy nagle ktoś łapie mnie za ramiona, a ja przerażona szybko się odwracam.
-Siema, laska -głos i widok Sierry mnie uspokaja. -Jak tam życie?
Opiera się o bar, patrząc na mnie. Justin gdzieś poszedł, zostawiając mnie sam na sam z nią. Ale nie narzekam, lubię Sierrę.
-Nawet nie pytaj.. -wzdycham, gdy podchodzi do nas barman.
-Co podać dla pięknych pań? -pyta, uśmiechając się do nas. Jest młody i nawet przystojny. Nie widzę za dużo, gdyż panuje tu ciemność, ale pod delikatnym oświetleniem kolorowych świateł jestem w stanie zauważyć, że ma niebieskie oczy.
-Dwa tequili, proszę -uśmiecha się do niego, lecz nie prowokacyjnie, tylko z grzeczności. Przecież woli dziewczyny.. dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to dla mnie zamówiła alkohol.
-Co? Nie, ja nie piję -cicho chichoczę, dla złagodzenia napięcia. -Poproszę colę.
-No co Ty? -robi minę słodkiego szczeniaczka, a na mnie to dziwnym sposobem działa. -Chociaż jednego? Dla mnie?
Dalej patrzy na mnie maślanymi oczami, a barman się cicho śmieje pod nosem. W końcu wzdycham.
Czemu Justin mnie zostawił?
Uśmiecham się, a ona wie, że się zgadzam.
-Proszę, dla dwóch pięknych pań, dwa magiczne napoje -jego tajemniczy uśmiech przyprawia mnie o dreszcze.
Zerkam nieufnie na ciecz w kieliszku i wącham jego zawartość, niepewnie patrząc na Sierrę, która już wypiła cały swój kieliszek. Uśmiecha się do mnie zachęcająco, a ja przełykam gulę w gardle.
Zaciskam oczy i szybko połykam alkohol, który już po ułamku sekundy mnie pali niemiłosiernie w gardło.
I zanim zaczynam z powrotem oddychać, Sierra już podstawia mi pod nos kolejny kieliszek.
Najpierw kręcę przecznie głową lecz widząc jej wzrok, łamię się i tak zaczyna się kolejka następnych procentów..
Nie wiem nawet ile wypiłam, ale jeszcze nigdy się tak nie bawiłam. I chyba coś paliłam, ale nie pamiętam gdzie, kiedy i z kim. I po co?
Wszystko mnie śmieszy. I czuję się jak na statku, bo wszystko się kręci.. i słyszę szum wody..
Ale muzyka jest głośna i fajna, a ja kołyszę się w jej rytm.
-Fuuucking bitch! -nie poznaję siebie. Próbuję przekrzyczeć muzykę, śpiewając jej grzeszną treść i kręcąc biodrami w jej rytm. -She wanted my dick!
Okręcam się wokół własnej osi, śmiejąc w głos.
Czuję dłonie na swojej talii, więc się odwracam i dopiero teraz orientuję się, że właśnie tańczę z jakimś dziwnie pachnącym facetem.
Zaczyna się o mnie ocierać.
Uśmiecha się do mnie, a ja nie rozumiem co on tu robi.
Jego dłonie przechodzą na mój brzuch i powoli wkłada dłonie pod spódniczkę..
Nic nie rozumiem.. co ja tu robię?
Dotyka palcem wskazującym moich majtek, a ja zamieram.
Przerażona odpycham go.
Gdzie Sierra? Gdzie.. Justin?
Przepycham się między śmiejącymi mi się w twarz ludźmi. On mnie goni! Zaczynam biec, jak najszybciej potrafię. Co chwilę wpadam na kogoś, przepraszając go.
Obracam się za siebie i z przerażeniem stwierdzam, że dalej mnie goni. Jest coraz bliżej..
Więc biegnę szybciej, aż mocno uderzam w czyjąś klatkę piersiową. Łzy zaczynają spływać po mojej twarzy. Łzy ulgi? Szczęścia? Strachu? Bezradności? Sama nie wiem, ale nagle czuję się bezpieczna, a statek przestaje się kołysać.
Woda przestaje szumieć, a tamten facet przestaje mnie gonić.
Unoszę głowę, spotykając się z TYM wzrokiem, a świat przestaje istnieć..
-Co jest? -pyta zdezorientowany, gdy mocno się wtulam w jego silne ramiona. -Stało się coś?
-On.. gonił.. -brakuje mi powietrza i zaczynam dyszeć. -Gonił mnie..
I w następnej sekundzie przypominam sobie o tym i chcę dalej biec, lecz jego ogromne ramiona i mocny uścisk uniemożliwiają mi to.
-Goni mnie! -wrzeszczę. Wszyscy mnie ignorują i dalej tańczą. Wszyscy mają to gdzieś. Oprócz niego.. -Muszę uciekać, on mnie..
Nagle mnie mocno łapie i przygniata do ściany. Jestem jeszcze bardziej przerażona, a on wtedy chyba rozumie, że ja naprawdę się boję i w panice szybko całuje mnie w czoło.
A ja się uspokajam i zamykam oczy.
Słyszę bicie jego serca i to jest najważniejsze w tym momencie. Tylko to słyszę. No i oczywiście bicie mojego.
Bicie NASZYCH serc, jakby zsynchronizowanych, aby bić w tym samym tempie.
-Kurwa, Sophie.. -wzdycha przeciągle i patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem. -Nikt Cię już nie goni, spokojnie.
A ja wpatruję się w niego z jedną myślą - chcę go pocałować.
Wstaję, przeciągając się i przecieram oczy. Podczas, gdy ziewnięcie wyrywa mi się z gardła, zatykam usta dłonią.
Kieruję się do łazienki i załatwiam potrzeby fizjologiczne.
Wzdycham i biorę orzeźwiający, godzinny prysznic.
Wycieram się białym ręcznikiem, rozmyślając, gdzie Justin planuje mnie zabrać.
Suszę włosy i ubrana w szarą spódniczkę i białą koszulkę, zastanawiam się, czy ta spódnica nie jest za krótka, z racji tego, że mam okres.
Z drugiej strony.. Justin powiedział, żebym ubrała się seksownie..
Trochę się wstydzę być przy nim w tak króciutkiej spódniczce, która jest do połowy ud, znając jego myśli.
Gdzie mnie może zabrać?
Oglądam się w wielkim lustrze, po czym stwierdzam, że wyglądam w porządku.
Zadowolona wychodzę z łazienki i kieruję się na dół, do kuchni.
Stoi tam Cody, jedzący naleśniki.
-Wow, byłeś na noc w domu.. -sarkastycznie się uśmiecham. Nagle jestem na niego zła. Nie chcę się wtrącać w jego życie, ale z racji, że jest to mój brat bliźniak, jestem do tego zmuszona.
-Masz okres, czy coś? -prycham.
Wyjmuję z lodówki mleko i płatki, nakładając je do białej miski.
-Rodzice śpią? -pytam, wyjmując łyżkę z szuflady.
-Mama śpi, bo o czternastej jedzie do pracy, a tata jeszcze nie wrócił -mówi patrząc w telefon i przeżuwając naleśniki.
-Aha, okej.. -przełykam mleko i niepewnie mówię. -Bo jak coś to dzisiaj wychodzę.. z Leilą.
-Leilą? -unosi na mnie brew i wzrok. Już zaczynam myśleć, że Justin powiedział Cody'emu, że mnie gdzieś zabiera i mam już zapytać, czy wie gdzie, lecz rozwiewa moje wątpliwości. -Spoko, ja też wychodzę, więc weź klucze.
-No, wiem.. -i wstaję od stołu, odkładając miskę do zmywarki.
A Cody dalej siedzi, wpatrując się w ekran telefonu.
Słyszę głośny ryk silnika, więc wychodzę z domu, chwytając po drodze torebkę.
Zamykam za sobą drzwi, ponieważ Cody już wyszedł, nie wiadomo gdzie.
Kieruję się w stronę Justina, naciągając lekko spódnicę.
-Cześć -lekko się uśmiecham i siadam za nim okrakiem. Już się lekko przyzwyczaiłam do jazdy na motorze. -Nadal mi nie powiesz, gdzie jedziemy, prawda?
Lekko przekrzywia głowę w moją stronę z krzywym uśmiechem i stwierdza.
-Jednak mnie znasz -cicho chichocze, a ja go delikatnie obejmuję w pasie i z piskiem opon odjeżdżamy w kierunku Braton.
Gdy Justin zatrzymuje się przed dobrze mi znanym klubem, chce mi się śmiać. Jak mogłam na to nie wpaść? To takie w jego stylu..
-Mogłam się tego po Tobie spodziewać.. -kręcę głową, wzdychając ciężko. Pierwszy zsiada z motoru i czeka aż ja zejdę.
Podnoszę jedną nogę i przekładam ją na drugą stronę i przyłapuję szatyna na wpatrywaniu się między moje nogi.
Posyłam mu ostrzegające spojrzenie, a on unosi niewinnie brwi.
-Mam tylko nadzieję, że wrócimy nad ranem, bo moi rodzice wracają rano -od razu mu ogłaszam, a on kiwa głową i ciągnie mnie do środka.
Po drodze wymienia uściski z paroma facetami i prowadzi mnie do baru.
Głośna muzyka dudni w naszych uszach, gdy nagle ktoś łapie mnie za ramiona, a ja przerażona szybko się odwracam.
-Siema, laska -głos i widok Sierry mnie uspokaja. -Jak tam życie?
Opiera się o bar, patrząc na mnie. Justin gdzieś poszedł, zostawiając mnie sam na sam z nią. Ale nie narzekam, lubię Sierrę.
-Nawet nie pytaj.. -wzdycham, gdy podchodzi do nas barman.
-Co podać dla pięknych pań? -pyta, uśmiechając się do nas. Jest młody i nawet przystojny. Nie widzę za dużo, gdyż panuje tu ciemność, ale pod delikatnym oświetleniem kolorowych świateł jestem w stanie zauważyć, że ma niebieskie oczy.
-Dwa tequili, proszę -uśmiecha się do niego, lecz nie prowokacyjnie, tylko z grzeczności. Przecież woli dziewczyny.. dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to dla mnie zamówiła alkohol.
-Co? Nie, ja nie piję -cicho chichoczę, dla złagodzenia napięcia. -Poproszę colę.
-No co Ty? -robi minę słodkiego szczeniaczka, a na mnie to dziwnym sposobem działa. -Chociaż jednego? Dla mnie?
Dalej patrzy na mnie maślanymi oczami, a barman się cicho śmieje pod nosem. W końcu wzdycham.
Czemu Justin mnie zostawił?
Uśmiecham się, a ona wie, że się zgadzam.
-Proszę, dla dwóch pięknych pań, dwa magiczne napoje -jego tajemniczy uśmiech przyprawia mnie o dreszcze.
Zerkam nieufnie na ciecz w kieliszku i wącham jego zawartość, niepewnie patrząc na Sierrę, która już wypiła cały swój kieliszek. Uśmiecha się do mnie zachęcająco, a ja przełykam gulę w gardle.
Zaciskam oczy i szybko połykam alkohol, który już po ułamku sekundy mnie pali niemiłosiernie w gardło.
I zanim zaczynam z powrotem oddychać, Sierra już podstawia mi pod nos kolejny kieliszek.
Najpierw kręcę przecznie głową lecz widząc jej wzrok, łamię się i tak zaczyna się kolejka następnych procentów..
Nie wiem nawet ile wypiłam, ale jeszcze nigdy się tak nie bawiłam. I chyba coś paliłam, ale nie pamiętam gdzie, kiedy i z kim. I po co?
Wszystko mnie śmieszy. I czuję się jak na statku, bo wszystko się kręci.. i słyszę szum wody..
Ale muzyka jest głośna i fajna, a ja kołyszę się w jej rytm.
-Fuuucking bitch! -nie poznaję siebie. Próbuję przekrzyczeć muzykę, śpiewając jej grzeszną treść i kręcąc biodrami w jej rytm. -She wanted my dick!
Okręcam się wokół własnej osi, śmiejąc w głos.
Czuję dłonie na swojej talii, więc się odwracam i dopiero teraz orientuję się, że właśnie tańczę z jakimś dziwnie pachnącym facetem.
Zaczyna się o mnie ocierać.
Uśmiecha się do mnie, a ja nie rozumiem co on tu robi.
Jego dłonie przechodzą na mój brzuch i powoli wkłada dłonie pod spódniczkę..
Nic nie rozumiem.. co ja tu robię?
Dotyka palcem wskazującym moich majtek, a ja zamieram.
Przerażona odpycham go.
Gdzie Sierra? Gdzie.. Justin?
Przepycham się między śmiejącymi mi się w twarz ludźmi. On mnie goni! Zaczynam biec, jak najszybciej potrafię. Co chwilę wpadam na kogoś, przepraszając go.
Obracam się za siebie i z przerażeniem stwierdzam, że dalej mnie goni. Jest coraz bliżej..
Więc biegnę szybciej, aż mocno uderzam w czyjąś klatkę piersiową. Łzy zaczynają spływać po mojej twarzy. Łzy ulgi? Szczęścia? Strachu? Bezradności? Sama nie wiem, ale nagle czuję się bezpieczna, a statek przestaje się kołysać.
Woda przestaje szumieć, a tamten facet przestaje mnie gonić.
Unoszę głowę, spotykając się z TYM wzrokiem, a świat przestaje istnieć..
-Co jest? -pyta zdezorientowany, gdy mocno się wtulam w jego silne ramiona. -Stało się coś?
-On.. gonił.. -brakuje mi powietrza i zaczynam dyszeć. -Gonił mnie..
I w następnej sekundzie przypominam sobie o tym i chcę dalej biec, lecz jego ogromne ramiona i mocny uścisk uniemożliwiają mi to.
-Goni mnie! -wrzeszczę. Wszyscy mnie ignorują i dalej tańczą. Wszyscy mają to gdzieś. Oprócz niego.. -Muszę uciekać, on mnie..
Nagle mnie mocno łapie i przygniata do ściany. Jestem jeszcze bardziej przerażona, a on wtedy chyba rozumie, że ja naprawdę się boję i w panice szybko całuje mnie w czoło.
A ja się uspokajam i zamykam oczy.
Słyszę bicie jego serca i to jest najważniejsze w tym momencie. Tylko to słyszę. No i oczywiście bicie mojego.
Bicie NASZYCH serc, jakby zsynchronizowanych, aby bić w tym samym tempie.
-Kurwa, Sophie.. -wzdycha przeciągle i patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem. -Nikt Cię już nie goni, spokojnie.
A ja wpatruję się w niego z jedną myślą - chcę go pocałować.
13. Niewinna?
Gdy zeskakuję z jego motoru, nadal przed oczami mam sceny z teatru. Przeklinam moment, w którym mnie nie pocałował.
Mam nadzieję, że Justin również wstanie z motoru i odprowadzi mnie pod same drzwi, bo ja nie chcę się z nim rozstawać. W myślach więc proszę go o to.
-Co robisz jutro? -pyta, opierając łokieć o kierownicę motoru. Staram się sobie przypomnieć jakieś moje plany na sobotę, aż przypominam sobie, że mam iść do kina z Leilą i Natanem. Gdy długo nie odpowiadam, wzdycha. -Jutro jest sobota.
-Chyba nic -chociaż wiem, że się już umówiłam z nimi do kina, nie potrafię mu tego powiedzieć.
-To zabiorę Cię gdzieś -oznajmia. Nawet mnie nie pyta o zdanie, ale nie narzekam. I tak wiem, że zgodziłabym się. Kiwam niepewnie głową. -Narazie.
I z piskiem opon odjeżdża spod mojego domu, a ja żałuję, że się wtedy z nimi umówiłam.
Leila raczej nie będzie zirytowana, ale Nate na pewno się obrazi.
Wchodzę do środka, rozmyślając, gdzie Justin mógłby mnie zabrać. I jak powiem to Leili i Natanowi..
Po dwudziestu minutach leżenia na łóżku i zastanawiania się, czy zadzwonić do Natana, w końcu się przełamuję i wykręcam jego numer.
-Halo? -słyszę jego głos po drugiej stronie słuchawki.
-Cześć, Nate.. -szepczę. -Posłuchaj, umm..
-A właśnie, miałem zapytać.. na jaki film idziemy? -pyta z entuzjazmem, a ja mam ochotę uderzyć się w twarz. Muszę mu teraz powiedzieć. Przecież zrozumie, że nie chcę iść. Lub powiem, że nie mogę.
-Nie wiem, chciałam..
-Możemy iść na romans, ale wtedy Leila by była samotna, prawda? -proponuje. Ignoruję jego pytanie, muszę mu to powiedzieć. W końcu zbieram się na odwagę i mu przerywam.
-Nate, ja nie idę z Wami do kina. -wzdycham, gdy słyszę głuchą ciszę.
-Jak to.. nie idziesz? -szok w jego głosie mnie dziwi, lecz mogłam sie tego po nim spodziewać.
-Normalnie.. przepraszam, muszę jechać do szpitala, do babci.. -nie chcę jej w to mieszać, ale to jest najbardziej wiarygodna wymówka.
-Umm.. no dobra, ale mogłaś powiedzieć to wcześniej, wiesz? -jego oskarżycielski ton mnie irytuje, więc przewracam oczami, wiedząc, że i tak mnie teraz nie widzi. -Nie chce mi się z Tobą gadać.
I bez słowa więcej rozłącza się, a ja mam ochotę w coś uderzyć, więc chwytam poduszkę i mam już zatopić w niej swoją pięść, gdy nagle rozbrzmiewa mój dzwonek.
Szybko podnoszę telefon i odbieram połączenie, nie patrząc na wyświetlacz.
-Co chcesz? -wzdycham, przewracając oczami. Najpierw mówi, że nie chce mu się ze mną gadać, a teraz do mnie dzwoni..
-Też się cieszę, że Cię słyszę -słyszę ten chrapliwy głos i sarkastyczny ton Justina. Zamieram. -Co znowu zjebałem?
-Myślałam, że Ty to Nate.. -niepewnie szepczę, ignorując jego przekleństwa. Uśmiecham się sama do siebie, gdyż nagle ta sytuacja zaczyna mnie bawić.
-Nie obrażaj mnie, błagam -jego prychnięcie powoduje mój chichot. Naprawdę nie chcę, ale się śmieję.
-Nie przesadzaj.. Nate nie jest taki zły..
-Ta, zwłaszcza, gdy płacze na babskich filmach.. -powstrzymuje śmiech, a ja kręcę głową do siebie.
-Skąd Ty o tym.. -nagle sobie przypominam nagłe wtargnięcie Cody'ego do mojego pokoju, gdy Nate płakał. -Cody Ci powiedział?
Wybucha śmiechem, a dla mnie to taki piękny dźwięk, że uśmiecham się sama do siebie, zagryzając wargę.
-Skończyłeś? -przestaje się śmiać, a ja mam ochotę przyłożyć sobie w twarz. Mogłam tego nie mówić.. -A tak poza tym.. jak mam się jutro ubrać?
-No.. -słyszę, jak się zastanawia. -Normalnie.. seksownie.
-Seksownie? -cicho chichoczę. -A gdzie mnie zabierasz?
-I tak Ci nie powiem.
-Mogę zgadywać? -pytam z nadzieją w głosie. Czuję się jak mała dziewczynka.
-Nie.
-Zabierasz mnie na plażę? -słyszę jego westchnięcie i cichy chichot.
-Nie?
-Do wesołego miasteczka!
-Nie.
-Na piknik?
-Nie?
-Do kina?
-Nie!
-Do lasu żeby mnie zgwałcić i zabić? -pytam histerycznie, po czym nagle słyszę, jak wybucha śmiechem.
-Nie!
-Na basen?
-Ty chyba sama nie wierzysz, że zabrałbym Cię na basen.
-Masz rację.. -stukam się w podbródek, rozmyślając. -Do parku? Na koncert? Do restauracji? Na jakieś przyjęcie?
-To nie są moje bajki, mała -ah, no tak.. Zapomniałam. Jego chrapliwy głos przyprawia mnie o ciarki. -Zmień temat.
Przez długą chwilę waham się, ale w końcu zbieram na odwagę i niepewnie pytam go.
-Co to dzisiaj było? W teatrze..
-Co miało być?
-No wiesz.. no dziś.
-No Ty śpiewałaś, a ja przyszedłem posłuchać.. -niewinnie mówi.
-Chodzi mi.. o to przy fortepianie. -wzdycha, wiedząc do czego zmierzam. Niepewnie pytam, tak cicho, że boję się, żę nie dosłyszał -Dlaczego.. mnie nie pocałowałeś?
Przełykam ślinę, gdy nie odpowiada. W końcu, gdy już z zażenowania postanawiam się rozłączyć, słyszę jego niski, ochrypły, erotyczny szept.
-Chciałaś, abym Cię pocałował? -zagryzam mocno wargę, powstrzymując słowa cisnące mi się na język. -Ja po prostu.. nie potrafiłem..
-Czego nie potrafiłeś?
-Za seksownie wtedy wyglądałaś..zwłaszcza, kiedy ta sukienka Ci się podwinęła.. -wzdycha, a pod koniec zdania słyszę jego cichy jęk, który powoduje, że zachłystuję się powietrzem. -Tak cudownie rozkraczona..
-O Boże, co za wstyd.. -potajemnie wyobrażam sobie co by było, gdyby mnie wtedy pocałował..
-Wstyd? -cicho się śmieje. -To raczej ja powinienem się wstydzić, bo się wtedy podnieciłem. Dlatego nie chciałem Cię całować.
Po jego słowach czuję dziwne łaskotanie w podbrzuszu. Zagryzam wargę tak mocno, że niemal czuję posmak krwi.
Nadal jednak rozmawianie o takich rzeczach wprowadza mnie w zakłopotanie, więc rumienię się i przełykam gulę w gardle.
-Wystraszyłem Cię? -jego rozbawiony ton wprowadza mnie w jeszcze większe zakłopotanie. -Sory, jesteś po prostu.. taka niewinna.
-Niewinna?
-No.. niewinna. -jestem pewna, że teraz moje policzki są tak czerwone, że gdyby je porównać do pomidorów byłyby bardziej czerwone. Aż mi gorąco, więc sięgam po szklankę zimnej wody i popijam łyk.-Nigdy nie piłaś, nie paliłaś, jesteś grzeczna, dziewica..
Wypluwam napój z buzi i krztuszę się. Dziewica? A skąd on to może wiedzieć?
-Skąd Ty o tym wiesz? -oskarżycielsko pytam. Kurczę, trochę wstyd. Pomyśli, że jestem dziecinna, czy coś.. zanim zastanawiam się nad tym, co mówię, głośno mu ogłaszam.
-Już nie jestem dziewicą!
-Tak, tak.. -cichutko chichocze, a ja przewracam oczami, wzdychając z irytacji. -Wmawiaj to sobie!
-Nie będę z Tobą o tym rozmawiać.. -kręcę głową, sama do siebie. -Dobranoc.
-Narazie.
Rozłączam się, a następnie stwierdzam, że ma chyba dobry dzień.
To znaczy dobry wieczór, bo wcześniej był wściekły.
Ale chyba jeszcze nigdy nie rozmawiało mi się z nim tak dobrze..
Mam nadzieję, że Justin również wstanie z motoru i odprowadzi mnie pod same drzwi, bo ja nie chcę się z nim rozstawać. W myślach więc proszę go o to.
-Co robisz jutro? -pyta, opierając łokieć o kierownicę motoru. Staram się sobie przypomnieć jakieś moje plany na sobotę, aż przypominam sobie, że mam iść do kina z Leilą i Natanem. Gdy długo nie odpowiadam, wzdycha. -Jutro jest sobota.
-Chyba nic -chociaż wiem, że się już umówiłam z nimi do kina, nie potrafię mu tego powiedzieć.
-To zabiorę Cię gdzieś -oznajmia. Nawet mnie nie pyta o zdanie, ale nie narzekam. I tak wiem, że zgodziłabym się. Kiwam niepewnie głową. -Narazie.
I z piskiem opon odjeżdża spod mojego domu, a ja żałuję, że się wtedy z nimi umówiłam.
Leila raczej nie będzie zirytowana, ale Nate na pewno się obrazi.
Wchodzę do środka, rozmyślając, gdzie Justin mógłby mnie zabrać. I jak powiem to Leili i Natanowi..
Po dwudziestu minutach leżenia na łóżku i zastanawiania się, czy zadzwonić do Natana, w końcu się przełamuję i wykręcam jego numer.
-Halo? -słyszę jego głos po drugiej stronie słuchawki.
-Cześć, Nate.. -szepczę. -Posłuchaj, umm..
-A właśnie, miałem zapytać.. na jaki film idziemy? -pyta z entuzjazmem, a ja mam ochotę uderzyć się w twarz. Muszę mu teraz powiedzieć. Przecież zrozumie, że nie chcę iść. Lub powiem, że nie mogę.
-Nie wiem, chciałam..
-Możemy iść na romans, ale wtedy Leila by była samotna, prawda? -proponuje. Ignoruję jego pytanie, muszę mu to powiedzieć. W końcu zbieram się na odwagę i mu przerywam.
-Nate, ja nie idę z Wami do kina. -wzdycham, gdy słyszę głuchą ciszę.
-Jak to.. nie idziesz? -szok w jego głosie mnie dziwi, lecz mogłam sie tego po nim spodziewać.
-Normalnie.. przepraszam, muszę jechać do szpitala, do babci.. -nie chcę jej w to mieszać, ale to jest najbardziej wiarygodna wymówka.
-Umm.. no dobra, ale mogłaś powiedzieć to wcześniej, wiesz? -jego oskarżycielski ton mnie irytuje, więc przewracam oczami, wiedząc, że i tak mnie teraz nie widzi. -Nie chce mi się z Tobą gadać.
I bez słowa więcej rozłącza się, a ja mam ochotę w coś uderzyć, więc chwytam poduszkę i mam już zatopić w niej swoją pięść, gdy nagle rozbrzmiewa mój dzwonek.
Szybko podnoszę telefon i odbieram połączenie, nie patrząc na wyświetlacz.
-Co chcesz? -wzdycham, przewracając oczami. Najpierw mówi, że nie chce mu się ze mną gadać, a teraz do mnie dzwoni..
-Też się cieszę, że Cię słyszę -słyszę ten chrapliwy głos i sarkastyczny ton Justina. Zamieram. -Co znowu zjebałem?
-Myślałam, że Ty to Nate.. -niepewnie szepczę, ignorując jego przekleństwa. Uśmiecham się sama do siebie, gdyż nagle ta sytuacja zaczyna mnie bawić.
-Nie obrażaj mnie, błagam -jego prychnięcie powoduje mój chichot. Naprawdę nie chcę, ale się śmieję.
-Nie przesadzaj.. Nate nie jest taki zły..
-Ta, zwłaszcza, gdy płacze na babskich filmach.. -powstrzymuje śmiech, a ja kręcę głową do siebie.
-Skąd Ty o tym.. -nagle sobie przypominam nagłe wtargnięcie Cody'ego do mojego pokoju, gdy Nate płakał. -Cody Ci powiedział?
Wybucha śmiechem, a dla mnie to taki piękny dźwięk, że uśmiecham się sama do siebie, zagryzając wargę.
-Skończyłeś? -przestaje się śmiać, a ja mam ochotę przyłożyć sobie w twarz. Mogłam tego nie mówić.. -A tak poza tym.. jak mam się jutro ubrać?
-No.. -słyszę, jak się zastanawia. -Normalnie.. seksownie.
-Seksownie? -cicho chichoczę. -A gdzie mnie zabierasz?
-I tak Ci nie powiem.
-Mogę zgadywać? -pytam z nadzieją w głosie. Czuję się jak mała dziewczynka.
-Nie.
-Zabierasz mnie na plażę? -słyszę jego westchnięcie i cichy chichot.
-Nie?
-Do wesołego miasteczka!
-Nie.
-Na piknik?
-Nie?
-Do kina?
-Nie!
-Do lasu żeby mnie zgwałcić i zabić? -pytam histerycznie, po czym nagle słyszę, jak wybucha śmiechem.
-Nie!
-Na basen?
-Ty chyba sama nie wierzysz, że zabrałbym Cię na basen.
-Masz rację.. -stukam się w podbródek, rozmyślając. -Do parku? Na koncert? Do restauracji? Na jakieś przyjęcie?
-To nie są moje bajki, mała -ah, no tak.. Zapomniałam. Jego chrapliwy głos przyprawia mnie o ciarki. -Zmień temat.
Przez długą chwilę waham się, ale w końcu zbieram na odwagę i niepewnie pytam go.
-Co to dzisiaj było? W teatrze..
-Co miało być?
-No wiesz.. no dziś.
-No Ty śpiewałaś, a ja przyszedłem posłuchać.. -niewinnie mówi.
-Chodzi mi.. o to przy fortepianie. -wzdycha, wiedząc do czego zmierzam. Niepewnie pytam, tak cicho, że boję się, żę nie dosłyszał -Dlaczego.. mnie nie pocałowałeś?
Przełykam ślinę, gdy nie odpowiada. W końcu, gdy już z zażenowania postanawiam się rozłączyć, słyszę jego niski, ochrypły, erotyczny szept.
-Chciałaś, abym Cię pocałował? -zagryzam mocno wargę, powstrzymując słowa cisnące mi się na język. -Ja po prostu.. nie potrafiłem..
-Czego nie potrafiłeś?
-Za seksownie wtedy wyglądałaś..zwłaszcza, kiedy ta sukienka Ci się podwinęła.. -wzdycha, a pod koniec zdania słyszę jego cichy jęk, który powoduje, że zachłystuję się powietrzem. -Tak cudownie rozkraczona..
-O Boże, co za wstyd.. -potajemnie wyobrażam sobie co by było, gdyby mnie wtedy pocałował..
-Wstyd? -cicho się śmieje. -To raczej ja powinienem się wstydzić, bo się wtedy podnieciłem. Dlatego nie chciałem Cię całować.
Po jego słowach czuję dziwne łaskotanie w podbrzuszu. Zagryzam wargę tak mocno, że niemal czuję posmak krwi.
Nadal jednak rozmawianie o takich rzeczach wprowadza mnie w zakłopotanie, więc rumienię się i przełykam gulę w gardle.
-Wystraszyłem Cię? -jego rozbawiony ton wprowadza mnie w jeszcze większe zakłopotanie. -Sory, jesteś po prostu.. taka niewinna.
-Niewinna?
-No.. niewinna. -jestem pewna, że teraz moje policzki są tak czerwone, że gdyby je porównać do pomidorów byłyby bardziej czerwone. Aż mi gorąco, więc sięgam po szklankę zimnej wody i popijam łyk.-Nigdy nie piłaś, nie paliłaś, jesteś grzeczna, dziewica..
Wypluwam napój z buzi i krztuszę się. Dziewica? A skąd on to może wiedzieć?
-Skąd Ty o tym wiesz? -oskarżycielsko pytam. Kurczę, trochę wstyd. Pomyśli, że jestem dziecinna, czy coś.. zanim zastanawiam się nad tym, co mówię, głośno mu ogłaszam.
-Już nie jestem dziewicą!
-Tak, tak.. -cichutko chichocze, a ja przewracam oczami, wzdychając z irytacji. -Wmawiaj to sobie!
-Nie będę z Tobą o tym rozmawiać.. -kręcę głową, sama do siebie. -Dobranoc.
-Narazie.
Rozłączam się, a następnie stwierdzam, że ma chyba dobry dzień.
To znaczy dobry wieczór, bo wcześniej był wściekły.
Ale chyba jeszcze nigdy nie rozmawiało mi się z nim tak dobrze..
niedziela, 14 czerwca 2015
12. Naprawdę chciałam go pocałować
12
"Posłuchaj, nie możesz wyłączyć uczuć na zdarzenia, których wspomnienia bolą.. nie masz przycisku, który za jednym kliknięciem mógłby przerwać Twoje cierpienie.."
Podczas, gdy Natan ma łzy w oczach, ja cichutko łkam w jego ramię. Moje usta przylegają do jego swetra, a on co chwilę trzęsie ramionami, chlipiąc pod nosem.
Ten film jest taki.. smutny i wzruszający. Piękny.
"Ale masz mnie, a ja.. postaram się być najlepszym starszym braciszkiem na świecie, dla mojej małej siostrzyczki, dobrze?"
Główny aktor pociąga nosem, powstrzymując łzy i ściskając dłoń dziewczynki, będącej świadkiem śmierci jej matki. Dziewczynka kiwa głową, a słona substancja spływa po jej gładziutkiej skórze, niczym wodospad.
Nate zaczyna w tym momencie wyć, a ja wiem, że sama za niedługo pęknę.
"Tylko błagam.. nie płacz już więcej, bo łamiesz mi tym serce."
Brat dziewczynki wtula się w nią jeszcze mocniej i zanosi się głośnym płaczem.
Boże.. chyba jeszcze nigdy tak nie płakałam. Wiem, że od teraz będzie to mój ulubiony film. Duszę się, a Natan krztusi łzami. To jest takie słodkie, że nie wstydzi się swojej wrażliwości i pozwala emocjom wyjść na wierzch.
Film się kończy, więc minimalizuję go, gdy nagle drzwi od mojego pokoju otwierają się, a w ich progu staje Cody.
-Sophie, chcia.. -przerywa w połowie zdania, patrząc uważnie na nasze twarze. Na pewno są czerwone i spuchnięte. Jego wyraża szok i rozbawienie. -Nate, Ty.. płakałeś?
Cicho chichocze, ale widząc mój wzrok, gdy pociągam nosem, zamyka buzię.
-Oglądaliśmy film.. -wzdycham, tłumacząc mu. Gdy zerkam, Nate pisze coś na swoim telefonie. -Chciałem Cię tylko przeprosić za.. no wiesz co..
-Za zachowanie Justina? -unoszę brew, pociągając nosem. -Okej..
-Ta.. cóż.. -wzdycha, lecz po chwili marszczy brwi. -Czekaj, Ty.. znasz.. jego imię?
Zerkam podejrzliwie na Nate'a, a następnie na swojego brata.
-Tak, co w tym dziwnego? -jednak po sekundzie uświadamiam sobie, że Cody nie wie o tym, że nocowałam u Justina. -Słyszałam kiedyś tam.. jego umm..imię.
-Aha -nadal zdziwiony wychodzi z mojego pokoju, drapiąc się po głowie i mrucząc pod nosem. -Dziwne...
-Wybaczasz mu? -słyszę głos Natana, więc nie mam nawet czasu na przemyślenie całej tej sytuacji z Bieber'em.
-Nic nie poradzę na to, że to kolega mojego brata. Po prostu.. nie będę zwracać uwagi na niego i tyle.. -wzruszam ramionami, a on wstaje z mojego łóżka. -Więc tak, wybaczam mu.
-Temu.. biedakowi? Który najpierw zarywał do Ciebie, a potem chciał Cię uderzyć?
Odwracam się do niego.
-Biedakowi? -kręcę głową z niedowierzania. -Słyszysz Ty siebie? Czyli jeśli jest biedny, to jest gorszy? Skąd w ogóle wiesz, że nie ma pieniędzy?
-To widać.. -wzrusza ramionami. -Z tamtej dzielnicy wszyscy są biedni.
-Tak? -unoszę brwi, zaciskając szczękę. Wkurzył mnie. I to bardzo. Chyba pierwszy raz mam go dość. -A z tej wszyscy są nadęci i próżni.
-Sophia.. -wzdycha. -Przepraszam.. nie wiem czemu tak powiedziałem..
-Wyjdź, proszę.. -spuszczam wzrok na swoje stopy. Czuję, że muszę to wszystko przemyśleć.
-No dobrze.. -i całuje wierzch mojej dłoni, a następnie wychodzi.
Czemu, widząc mnie w takim stanie, nie został? Przecież powinien wiedzieć, że potrzebuję ciepła.
Postanawiam nie zamartwiać się tym. Zerkam na zegarek, który wskazuje siedemnastą dwanaście.
I udaję się tam, gdzie zawsze mogę wszystko przemyśleć.
-Dzień dobry, Panno Brown -mówi Pani Bennett, gdy widzi, jak wchodzę do teatru. Rozglądam się i widzę puste miejsca, sprzątających pracowników i dużą scenę, na której gra Paolo, pianista. -Widzę, że przyszłaś poćwiczyć?
-Tak, umm..-Wiem, że jej mogę się zwierzyć ze wszystkiego. Jest dla mnie jak druga matka. Ta lepsza. -Występ już za niedługo, a ja jestem troszkę zestresowana..
-To cudownie, skarbie. Im więcej stresu, tym lepiej wypadasz w oczach widzów. -uśmiecha się i wchodzi za kurtynę.
Wchodzę na scenę i kładę dłoń na ramieniu Paola. Jest to blondyn z niebieskimi oczami i opaloną skórą. Jest przystojny, ma dziewiętnaście lat i odwraca się do mnie, przestając grać. Wstaje i szybko mnie ściska, całując wierzch mojej dłoni.
-Witaj, Sophia. -uśmiecha się lekko, a ja odwzajemniam jego uśmiech. -Przyszłaś poćwiczyć?
-Tak, grasz jeszcze? -niepewnie pytam, robiąc minę szczeniaczka.
-Dla Ciebie? -pyta, a ja kiwam głową, stępując z nogi na nogę. -Zawsze.
Z uśmiechem podchodzę do mikrofonu i gdy słyszę pierwsze nuty piosenki, zamykam oczy i zaczynam śpiewać.
I believe, I believe there's love in you,
Gridlocked on the dusty avenues,
Inside your heart, just afraid to go.
I am more, I am more than innocent,
But just take a chance and let me in,
And I'll show you ways that you don't know.
Don't complicate it,
Don't let the past dictate.
Yeaaah,
I'have been patient, but slowly I'm losing faith.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
I believe, I believe you could love me,
But you're lost on a road to misery.
And what I gave to you,
I can never get back!
Don't complicate it,
Don't drive yourself insane.
Yeaaah,
Say what you will but I know that you want to stay!
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
Chemicals rushing in,
I know it's you that I belong to.
I'm burning like a cannonball in the air,
Crushing into who I belong to.
Uuuuh uh, uuuuh uuuuh uh.
I have been patient, but slowly I'm losing faith.
Please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
The shadows of your heart
Are hanging in the sweet, sweet air.
I know you baby.
The secrets that you hide,
control us and it's just not fair.
I know you baby.
Gdy piosenka się kończy, otwieram oczy i przejeżdżam wzrokiem po pustych siedzeniach. Jednak nie wszystkie są puste.. w ciemnym rogu, u samej góry siedzi jakiś zakapturzony chłopak, a ja nawet nie muszę zgadywać, by wiedzieć, że to Justin Bieber.
Przez chwilę widzę jego nieodgadniony wyraz oczu, więc odchrząkuję, czując się niezręcznie.
Dziękuję Paolu, który jak zawsze chwali mój głos, poprawiam swoją kwiecistą sukienkę. Paolo wychodzi za kurtynę, żegnając się ze mną.
Zerkam na Justina, który wstaje z krzesła i z krzywym uśmiechem się do mnie zbliża.
Niezręcznie stoję, gdy wchodzi już na scenę, a wokół nie ma nikogo, oprócz nas.
-Więc twierdzisz, że mnie znasz? -cicho się śmieje pod nosem.
-Ta piosenka nie jest o Tobie. -prycham, przewracając oczami. Działa mi już na nerwy.. -Co Ty tu robisz?
-Tylko się droczę, wyluzuj.. -tym razem to on przewraca oczami. -Przyszedłem posłuchać Twojego głosu. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście tak ładnie śpiewasz, jak mówią.
Automatycznie się lekko rumienię.Przecież już słyszał mój głos.. wtedy, w klubie. Unoszę nieśmiało brew, a on z naprawdę mało zauważalnym uśmiechem wzrusza ramionami.
-Może być.
-Dzięki. -Sarkastycznie dziękuję i żartobliwie uderzam go w ramię.
-Nie ma za co -cicho chichocze, a ja wiem, że moja złość na niego już minęła. -Gdzie nauczyłaś się tak śpiewać?
Nagle jego głos zmienia się. Jest niski i.. taki chrapliwy. Powoli idzie w moją stronę, a ja cofam się wpadając na fortepian.
-Nie wiem.. chyb-ba tak już m-mam.. -jąkam się, wpatrując w jego usta. Nagle przyciągają mój wzrok. Są takie pełne i..
-Nauczysz mnie tak śpiewać? -jego niski głos przyprawia mnie o ciarki, gdy podnosi mnie za biodra i sadza na fortepianie, przez co instrument wydaje niemiły dźwięk.
Zaczynam się śmiać. Już sama nie wiem co mam robić, jest tak blisko..
Chichoczę, lecz on się nie śmieje. Jedynie się lekko uśmiecha, wpatrując we mnie. Mój śmiech odbija się w całym pomieszczeniu, ale widząc, że on się nie śmieje, milknę.
Przybliża się do mnie jeszcze bardziej, kładąc dłonie na moich odsłoniętych udach. Rozszerza moje nogi, zerkając w dół, a ja spalam się ze wstydu.
Kwiecista sukienka podwija się, a ja siedzę jak sparaliżowana. Dyszę, a moje serce bije tak szybko, że martwię się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Justin pochyla się nade mną, a pod wpływem emocji zamykam oczy i delikatnie rozszerzam usta.
Lecz pocałunek nie nadchodzi. A ja nadal czuję jego oddech na ustach.
-Chodź, odwiozę Cię do domu -szepcze, oddalając się.
Otwieram szybko oczy, zrezygnowana idąc za nim.
Rozmyślam o jego cieple i o tym, że ma takie piękne usta..
A najbardziej przeraża mnie to, że ja naprawdę chciałam go pocałować.
"Posłuchaj, nie możesz wyłączyć uczuć na zdarzenia, których wspomnienia bolą.. nie masz przycisku, który za jednym kliknięciem mógłby przerwać Twoje cierpienie.."
Podczas, gdy Natan ma łzy w oczach, ja cichutko łkam w jego ramię. Moje usta przylegają do jego swetra, a on co chwilę trzęsie ramionami, chlipiąc pod nosem.
Ten film jest taki.. smutny i wzruszający. Piękny.
"Ale masz mnie, a ja.. postaram się być najlepszym starszym braciszkiem na świecie, dla mojej małej siostrzyczki, dobrze?"
Główny aktor pociąga nosem, powstrzymując łzy i ściskając dłoń dziewczynki, będącej świadkiem śmierci jej matki. Dziewczynka kiwa głową, a słona substancja spływa po jej gładziutkiej skórze, niczym wodospad.
Nate zaczyna w tym momencie wyć, a ja wiem, że sama za niedługo pęknę.
"Tylko błagam.. nie płacz już więcej, bo łamiesz mi tym serce."
Brat dziewczynki wtula się w nią jeszcze mocniej i zanosi się głośnym płaczem.
Boże.. chyba jeszcze nigdy tak nie płakałam. Wiem, że od teraz będzie to mój ulubiony film. Duszę się, a Natan krztusi łzami. To jest takie słodkie, że nie wstydzi się swojej wrażliwości i pozwala emocjom wyjść na wierzch.
Film się kończy, więc minimalizuję go, gdy nagle drzwi od mojego pokoju otwierają się, a w ich progu staje Cody.
-Sophie, chcia.. -przerywa w połowie zdania, patrząc uważnie na nasze twarze. Na pewno są czerwone i spuchnięte. Jego wyraża szok i rozbawienie. -Nate, Ty.. płakałeś?
Cicho chichocze, ale widząc mój wzrok, gdy pociągam nosem, zamyka buzię.
-Oglądaliśmy film.. -wzdycham, tłumacząc mu. Gdy zerkam, Nate pisze coś na swoim telefonie. -Chciałem Cię tylko przeprosić za.. no wiesz co..
-Za zachowanie Justina? -unoszę brew, pociągając nosem. -Okej..
-Ta.. cóż.. -wzdycha, lecz po chwili marszczy brwi. -Czekaj, Ty.. znasz.. jego imię?
Zerkam podejrzliwie na Nate'a, a następnie na swojego brata.
-Tak, co w tym dziwnego? -jednak po sekundzie uświadamiam sobie, że Cody nie wie o tym, że nocowałam u Justina. -Słyszałam kiedyś tam.. jego umm..imię.
-Aha -nadal zdziwiony wychodzi z mojego pokoju, drapiąc się po głowie i mrucząc pod nosem. -Dziwne...
-Wybaczasz mu? -słyszę głos Natana, więc nie mam nawet czasu na przemyślenie całej tej sytuacji z Bieber'em.
-Nic nie poradzę na to, że to kolega mojego brata. Po prostu.. nie będę zwracać uwagi na niego i tyle.. -wzruszam ramionami, a on wstaje z mojego łóżka. -Więc tak, wybaczam mu.
-Temu.. biedakowi? Który najpierw zarywał do Ciebie, a potem chciał Cię uderzyć?
Odwracam się do niego.
-Biedakowi? -kręcę głową z niedowierzania. -Słyszysz Ty siebie? Czyli jeśli jest biedny, to jest gorszy? Skąd w ogóle wiesz, że nie ma pieniędzy?
-To widać.. -wzrusza ramionami. -Z tamtej dzielnicy wszyscy są biedni.
-Tak? -unoszę brwi, zaciskając szczękę. Wkurzył mnie. I to bardzo. Chyba pierwszy raz mam go dość. -A z tej wszyscy są nadęci i próżni.
-Sophia.. -wzdycha. -Przepraszam.. nie wiem czemu tak powiedziałem..
-Wyjdź, proszę.. -spuszczam wzrok na swoje stopy. Czuję, że muszę to wszystko przemyśleć.
-No dobrze.. -i całuje wierzch mojej dłoni, a następnie wychodzi.
Czemu, widząc mnie w takim stanie, nie został? Przecież powinien wiedzieć, że potrzebuję ciepła.
Postanawiam nie zamartwiać się tym. Zerkam na zegarek, który wskazuje siedemnastą dwanaście.
I udaję się tam, gdzie zawsze mogę wszystko przemyśleć.
-Dzień dobry, Panno Brown -mówi Pani Bennett, gdy widzi, jak wchodzę do teatru. Rozglądam się i widzę puste miejsca, sprzątających pracowników i dużą scenę, na której gra Paolo, pianista. -Widzę, że przyszłaś poćwiczyć?
-Tak, umm..-Wiem, że jej mogę się zwierzyć ze wszystkiego. Jest dla mnie jak druga matka. Ta lepsza. -Występ już za niedługo, a ja jestem troszkę zestresowana..
-To cudownie, skarbie. Im więcej stresu, tym lepiej wypadasz w oczach widzów. -uśmiecha się i wchodzi za kurtynę.
Wchodzę na scenę i kładę dłoń na ramieniu Paola. Jest to blondyn z niebieskimi oczami i opaloną skórą. Jest przystojny, ma dziewiętnaście lat i odwraca się do mnie, przestając grać. Wstaje i szybko mnie ściska, całując wierzch mojej dłoni.
-Witaj, Sophia. -uśmiecha się lekko, a ja odwzajemniam jego uśmiech. -Przyszłaś poćwiczyć?
-Tak, grasz jeszcze? -niepewnie pytam, robiąc minę szczeniaczka.
-Dla Ciebie? -pyta, a ja kiwam głową, stępując z nogi na nogę. -Zawsze.
Z uśmiechem podchodzę do mikrofonu i gdy słyszę pierwsze nuty piosenki, zamykam oczy i zaczynam śpiewać.
I believe, I believe there's love in you,
Gridlocked on the dusty avenues,
Inside your heart, just afraid to go.
I am more, I am more than innocent,
But just take a chance and let me in,
And I'll show you ways that you don't know.
Don't complicate it,
Don't let the past dictate.
Yeaaah,
I'have been patient, but slowly I'm losing faith.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
I believe, I believe you could love me,
But you're lost on a road to misery.
And what I gave to you,
I can never get back!
Don't complicate it,
Don't drive yourself insane.
Yeaaah,
Say what you will but I know that you want to stay!
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
Chemicals rushing in,
I know it's you that I belong to.
I'm burning like a cannonball in the air,
Crushing into who I belong to.
Uuuuh uh, uuuuh uuuuh uh.
I have been patient, but slowly I'm losing faith.
Please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
So please, I know you baby,
I know you baby.
The shadows of your heart
Are hanging in the sweet, sweet air.
I know you baby.
The secrets that you hide,
control us and it's just not fair.
I know you baby.
Gdy piosenka się kończy, otwieram oczy i przejeżdżam wzrokiem po pustych siedzeniach. Jednak nie wszystkie są puste.. w ciemnym rogu, u samej góry siedzi jakiś zakapturzony chłopak, a ja nawet nie muszę zgadywać, by wiedzieć, że to Justin Bieber.
Przez chwilę widzę jego nieodgadniony wyraz oczu, więc odchrząkuję, czując się niezręcznie.
Dziękuję Paolu, który jak zawsze chwali mój głos, poprawiam swoją kwiecistą sukienkę. Paolo wychodzi za kurtynę, żegnając się ze mną.
Zerkam na Justina, który wstaje z krzesła i z krzywym uśmiechem się do mnie zbliża.
Niezręcznie stoję, gdy wchodzi już na scenę, a wokół nie ma nikogo, oprócz nas.
-Więc twierdzisz, że mnie znasz? -cicho się śmieje pod nosem.
-Ta piosenka nie jest o Tobie. -prycham, przewracając oczami. Działa mi już na nerwy.. -Co Ty tu robisz?
-Tylko się droczę, wyluzuj.. -tym razem to on przewraca oczami. -Przyszedłem posłuchać Twojego głosu. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście tak ładnie śpiewasz, jak mówią.
Automatycznie się lekko rumienię.Przecież już słyszał mój głos.. wtedy, w klubie. Unoszę nieśmiało brew, a on z naprawdę mało zauważalnym uśmiechem wzrusza ramionami.
-Może być.
-Dzięki. -Sarkastycznie dziękuję i żartobliwie uderzam go w ramię.
-Nie ma za co -cicho chichocze, a ja wiem, że moja złość na niego już minęła. -Gdzie nauczyłaś się tak śpiewać?
Nagle jego głos zmienia się. Jest niski i.. taki chrapliwy. Powoli idzie w moją stronę, a ja cofam się wpadając na fortepian.
-Nie wiem.. chyb-ba tak już m-mam.. -jąkam się, wpatrując w jego usta. Nagle przyciągają mój wzrok. Są takie pełne i..
-Nauczysz mnie tak śpiewać? -jego niski głos przyprawia mnie o ciarki, gdy podnosi mnie za biodra i sadza na fortepianie, przez co instrument wydaje niemiły dźwięk.
Zaczynam się śmiać. Już sama nie wiem co mam robić, jest tak blisko..
Chichoczę, lecz on się nie śmieje. Jedynie się lekko uśmiecha, wpatrując we mnie. Mój śmiech odbija się w całym pomieszczeniu, ale widząc, że on się nie śmieje, milknę.
Przybliża się do mnie jeszcze bardziej, kładąc dłonie na moich odsłoniętych udach. Rozszerza moje nogi, zerkając w dół, a ja spalam się ze wstydu.
Kwiecista sukienka podwija się, a ja siedzę jak sparaliżowana. Dyszę, a moje serce bije tak szybko, że martwię się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Justin pochyla się nade mną, a pod wpływem emocji zamykam oczy i delikatnie rozszerzam usta.
Lecz pocałunek nie nadchodzi. A ja nadal czuję jego oddech na ustach.
-Chodź, odwiozę Cię do domu -szepcze, oddalając się.
Otwieram szybko oczy, zrezygnowana idąc za nim.
Rozmyślam o jego cieple i o tym, że ma takie piękne usta..
A najbardziej przeraża mnie to, że ja naprawdę chciałam go pocałować.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)