sobota, 28 listopada 2015

23.Dzięki Tobie taki już nie jestem

Po przeskanowaniu wszystkich faktów i wspomnień, teraz jestem pewna, że to byłam ja.
Pamiętam, gdy jakiś chłopak ciągle zerkał w moją stronę, a ja się rumieniłam za każdym razem. Był starszy, ale wyglądał jakby był w moim wieku. Był niski, miał uroczo okrągłą twarz i wysoki głos. Wciąż nie wierzę, że to był Justin.
Przecież.. przecież on wtedy był typowym, słodziutkim nastolatkiem, a teraz.. teraz jest gorącym, niegrzecznym mężczyzną.
Wtedy mogłam z nim piec ciasteczka i oglądać romantyczne filmy, aktualnie na romantycznych filmach i pieczeniu ciasteczek by się nie skończyło..
Poza tym, miałam wtedy około jedenaście lat. On w takim razie piętnaście. Ale.. skąd Cody znał Thomas'a? I skąd zna Justin'a?
Postanawiam nie zastanawiać się nad tym więcej, co ma się wyjaśnić, to się wyjaśni. Teraz skupiam się na poprawieniu swojej fryzury i przejrzeniu się w lustrze. Mam spódnicę, więc pewnie będzie mi zimno, ale nie chcę się już przebierać.
Po krótkim namyśle pociągam swą koszulkę w dół, przez co odsłaniam swój dekolt.
Tak, teraz jest super. 
Dawno nie rozmawiałam z Cody'm. Ani rodzicami. Prawie w ogóle ich nie widuję. Rzadko jestem w domu, zresztą oni też. Nie wiem, czy w ogóle ich obchodzę. Opuściłam już dwa dni w szkole. A pojutrze jest bal.. na który wciąż nie wiem z kim pójdę. Muszę przerwać to, co jest między mną, a Natanem. To znaczy.. nic między nami nie ma, więc muszę to nic przerwać.
Schodzę na dół i po ubraniu butów i płaszczu bez słowa wychodzę z domu, kierując się w stronę samotnego mężczyzny opartego o motor swojego zmarłego brata. Mam nadzieję, że dzięki mnie nie będzie już taki samotny.
Justin patrzy na mnie, jakbyśmy się bardzo dawno nie widzieli. Lekko się uśmiecha, pomimo wszystkiego. Słabo odwzajemniam uśmiech, podchodząc do niego. Kładzie dłoń na moim policzku i całuje delikatnie moje usta.
Odczuwam w tym pocałunku coś więcej, niż zwykle. Mężczyzna całuje mnie z pasją, delikatnością i czułością. Opieram dłoń o jego klatkę piersiową. Ma rozpiętą kurtkę, a dziś jest wyjątkowo zimno. Drugą dłonią ciągnę jego zamek w górę, by ją zapiąć. Uśmiecha się przez pocałunek, który po chwili kończę.
Odsuwam się i swą dłoń, by zapiąć go do końca. Zakładam kaptur na jego głowę i rozkoszuję się widokiem uroczych dołeczków w policzkach, gdy się niewinnie uśmiecha.
Przytulam się do jego piersi, wzdychając. Kładzie dłoń na dole moich pleców.
   -Dobrze wiedzieć, że znamy się dłużej, niż parę tygodni -szepcze mi do ucha, całując czubek głowy. Czuję łaskotanie w podbrzuszu, słysząc jego słowa. -Bo teraz to nie jest tak szalone, że mi też na Tobie zależy..
Nagle zamieram.
Z uśmiechem wskakuje na motor. Ja wciąż stoję w bezruchu, wpatrując się w jego twarz. On to powiedział? Na głos? 
Nie ubzdurałam sobie tego? On przyznaje się do swoich uczuć?
   -Jedziemy, mała? -otrząsam się i chcę siąść za nim, lecz on mnie ciągnie za miejsce przed sobą, tak, że trzymając odpowiednio motor otacza mnie swoimi rękoma. Czuję ciepło bijące od jego ciała. I już czuję się bezpiecznie.
   -Ponownie wyznajesz coś ważnego i nawet nie masz o tym pojęcia.. -mruczę, gdy odpala silnik.
Na szczęście tego nie słyszy. Poprawiam się i zanim ruszamy, słyszę jego ochrypły szept.
   -Ależ ja wiem, co powiedziałem.
***
Gdy wchodzimy do domu mężczyzny, jest już po pierwszej. Chloe była przez ten czas z Jasmine, więc wchodzimy do jej pokoju, by sprawdzić, czy wszystko okej.
Gdy Justin otwiera z impetem drzwi, chcę wejść, lecz on nagle mnie zatrzymuje. Jego rysy twarzy łagodnieją, gdy stara się być cicho. Wchodzi do pokoju, więc i ja mogę.
Jasmine.. śpi, a na krześle przy jej łóżku leży Chloe, która.. również śpi.
Justin ją budzi z lekkim uśmiechem.
   -Chlo -szepcze, trząsając ją ramieniem. Dziewczyna otwiera oczy i się uśmiecha do niego. -Już jestem.
   -Przysnęło mi się troszkę.. -powoli wstaje z krzesła i kieruje się do wyjścia, posyłając mi po drodze słaby uśmiech.
Justin przykrywa siostrę kocem i wychodzimy z jej pokoju. Kierujemy się do jego sypialni, gdy nagle słyszymy pukanie do drzwi. Mężczyzna posyła mi zdziwione spojrzenie, po czym podchodzi do nich i zerka przez wizjer.
Widzę, jak sięga do paska spodni, gdzie ma broń. Kto to?
Uchyla drzwi, a ja widzę młodego chłopaka z jakąś małą paczką. Widać, że jest poddenerwowany.
   -Co chcesz? -Justin się odzywa podejrzliwym głosem. Co on? Z choinki się urwał? Straszy tylko tego dzieciaka.
   -Umm, kurier.
Marszczy brwi, po czym kiwa do siebie głową, odbierając paczkę.
   -A co to? Bomba? -wywracam oczami na jego głupotę. Chłopak rozszerza swoje oczy w szoku, a Justin całkiem poważnie patrzy na pudełko. Co za idiota, Boże.
   -Nie mam pojęcia, proszę Pana.
Chłopak już wyciąga długopis, by Justin się podpisał, lecz ten zamyka mu drzwi przed nosem i odwraca się do mnie ze zdziwioną miną.
   -Dziwny jesteś -mówiąc to, kieruję się do jego sypialni. Siadamy, a on otwiera paczkę. Jest w niej zawarta jakaś kartka i płyta. Czyta kartkę, lecz nie chce mi zdradzić, co jest na niej napisane.
Wkłada płytę do odtwarzacza i najpierw widzimy pustkę. I tak przez kolejną minutę. Gdy Justin już wstaje, by wyłączyć nagranie, słyszymy szum.
Nagle widzimy szarą ścianę, a następnie... o Boże.
Jasmine na łóżku. W magazynie. Chyba wiem, co to za film...
Mężczyzna nagle nieruchomieje, wpatrując się w ekran. Widzę, jak nagle całe jego ciało się spina.
Tamten drań, to znaczy Damon, siada na łóżku i uśmiecha się do kamery. A Jas płacze. Łapie ją za nogę i ciągnie w dół, sprawiając jej tym ból. Aż mnie boli samo patrzenie na to. Co teraz siedzi w Justinie? Stoi nieruchomo i nic nie mówi. A ja się boję uczuć, które teraz ukryje.
Damon rozpina.. guzik spodni Jas, a następnie ich rozporek.
Cholera, nie mogę na to patrzeć..
Słyszę jej pisk, lecz już nie patrzę na ekran. Zerkam wszędzie, byle nie tam. Nagle Justin podchodzi do odtwarzacza i za jednym, mocnym walnięciem, płyta się wysuwa pod uderzeniem.
Siedzę, nie wiedząc, co mogę zrobić. Uspokoić go? A może dać mu się wyżyć?
Mężczyzna dyszy, ściskając tę nieszczęsną płytę. Rzuca nią przez pokój, a ja modlę się, by jej nie rozbił. Mamy dowody. Możemy iść na policję. Lecz najpierw musimy obejrzeć ją do końca, a ja wiem, że Justin nie jest na to gotowy.
Widząc, jak zaciska oczy szybko do niego podchodzę i kładę dłonie na jego policzkach, zwracając jego twarz w moją stronę. Patrzy w podłogę, wciąż dysząc.
   -Popatrz na mnie -delikatnie szepczę, gładząc jego gładki polik. Wściekle marszczy brwi, lecz gdy jego wzrok sięga moich oczu, jego rysy twarzy łagodnieją. -Uspokój się.
Mój głos jest cichy, łagodny. Uspokajający.
Zaciska oczy, lecz nie pozwalam mu na to. Musi w końcu się przede mną otworzyć. Całkowicie.
    -Nie potrafię.. -szepcze, wpatrując się w moje usta. Zaraz po tym ponownie zaciska oczy. -Nie chcę..
Bez dłuższego namysłu staję na palcach i gwałtownie go całuję. Najpierw jest w szoku i nieruchomo stoi, nie reagując, lecz kiedy łapię go za szyję, a drugą dłonią ciągnę za włosy, odnajduje się w pocałunku i odwzajemnia go, wpychając swój język do mojej buzi.
Ten pocałunek miał na celu go uspokoić, mnie też zresztą, lecz czuję, że teraz moje serce bije szybciej, niż wcześniej. Wręcz kołocze.
Dłonie mężczyzny kierują się w dół moich pleców, aż do pośladków. Podnosi mnie, a ja owijam nogi wokół jego talii, całując go z coraz większą pasją i namiętnością.
Na oślep kieruje się, do jak podejrzewam, sypialni, co jakiś czas obijając mną o ściany, które stoją nam na przeszkodzie.
Wreszcie czuję, że wokół robi się ciemno, co oznacza tylko jedno - jesteśmy w jego sypialni. Nagle rzuca mnie na łóżko, przerywając chwilowo pocałunek. To wszystko się tak szybko dzieje, że nawet nie zwracam uwagi na to, że podchodzi do drzwi i je zamyka, a już po chwili jest na mnie.
Czując jego dłonie na biodrach, zaraz po tym ciągnie za końce mojej koszulki i pod wpływem podniecenia zdejmuje ją i odrzuca na bok. Swoją również.
Wpatruje się w moje piersi, zakryte czarnym, koronkowym stanikiem. Widzę na jego twarzy skupienie i podniecenie. Zasycha mi w gardle, gdy unosi na mnie wzrok, a jego oczy ciemnieją.
    -Kurwa mać.
I zaraz po tym gwałtownie mnie całuje, ściskając mój biust. Chcę jęknąć, lecz zagryza mą wargę, powodując moje skomlenie. Dyszę, tak samo jak on. To naprawdę podniecające. Przenosi pocałunki na szczękę, aż do szyi, a ja ciągnę za jego włosy.
A ja czuję nie tyle wstyd, będąc pod nim bez koszulki, co łaskotanie w podbrzuszu. To się chyba nazywa motylki w brzuchu, czy jakoś tak.
Nie ważne. 
Ważny jest on. Bardzo. Zwłaszcza jego dłonie na moim ciele. I jego usta na mojej szyi.. i język pieszczący mą skórę. I Boże, ja naprawdę go pragnę.
Chcę mu jakoś to pokazać. Pokazać, że nie robię tego tylko po to, by go pocieszyć. Ja też tego chcę. Niepewnie lekko unoszę biodra i ocieram się o jego krocze, wywołując jego jęk. Widzę, że potrzebuje dotyku. Tylko, że ja się na tym nie znam. Nie wiem, jak sprawić mu przyjemność.
   -Po prostu.. -szepcze pomiędzy całowaniem mojej szyi i biustu -zdaj się na instynkt. Ciało Cię nie zawiedzie, kochanie.
Jego dłonie są takie ciepłe, a głos taki niski.. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej jego oczy były tak ciemne, jak w tej chwili.
Co jakiś czas kręcę biodrami, ocierając się o jego ciało. Gdy przestaje mnie obsypywać pocałunkami, unoszę lekko głowę i teraz to ja całuję jego szyję. Zasysam jego skórę, a on wzdycha, napierając swoim ciałem na moje.
Gdy się odsuwam, na jego szyi widoczna jest sina plama, w postaci malinki. Dumna z siebie zagryzam wargę, po chwili spoglądając na niego spod rzęs. Jego usta są lekko uchylone, a wzrok skupiony na mojej twarzy.
    -Oznaczyłaś mnie? -pyta, a ja nagle się rumienię i z niewinnym uśmieszkiem kiwam głową. Ze zdenerwowania przygryzam palec wskazujący, mając nadzieję, że to co zrobiłam, jest dobre. -Hmm..
Chwyta mój palec i sam go przygryza, patrząc na mnie spod rzęs, a ja po raz kolejny czuję motylki w brzuchu.
    -Więc teraz i ja powinienem oznaczyć Ciebie..
Uwodzicielsko szepcze do mojego ucha, uwalniając mój palec.
Posyłam mu kokietujące spojrzenie i kręcę biodrami.
    -Więc na co czekasz?
Jego oczy automatycznie się zaświecają, a ja zagryzam wargę, czekając na jego pocałunki.
Pochyla się, przez co czuję jego oddech. Papierosy zmieszane z gumą miętową. Kocham tę mieszankę.
Najpierw delikatnie muska moją szyję, a po chwili ją gwałtownie ssie. Przesuwam dłońmi po jego plecach, delikatnie je drapiąc. Z szyi schodzi niżej, do biustu. Jego dłoń kieruje się ku piersi, a palce za miseczkę stanika. Posyła mi pytające spojrzenie, a ja zafascynowana widokiem jego wytatuowanych rąk na moich piersiach, kiwam delikatnie głową.
Jego dłoń wchodzi pod materiał stanika i odsuwa miseczkę, uwydatniając moją pierś. A ja w tej chwili cieszę się, że w jego sypialni jest zawsze ciemno, bo w tej chwili jestem czerwona jak burak. Chociaż i tak pewnie to widzi, nie panuje tu aż taka ciemność.
Drugą miseczkę też odsuwa, a ja się zastanawiam, czemu po prostu mi nie ściągnie stanika.
Tak, Ty i te Twoje przemyślenia w takich momentach, Sophie..
Gwałtownie wciąga powietrze, widząc moje piersi w pełnej okazałości.
Jego usta przenoszą się na nie. Liże, ssie, gryzie moje sutki.
Nie wytrzymam..
Popycham go tak, że to teraz ja jestem nad nim. Siadam na nim okrakiem i całkowicie zdejmuję swój stanik, rzucając go w kąt pokoju. Ocieram się o jego krocze, gdy on mnie łapie za biodra. Całuje moje piersi, a ja biorę się za odpinanie jego rozporka.
Po sekundzie jednak mnie powstrzymuje od tego. Bierze moje ręce w swoje dłonie i patrząc na mnie od dołu zbliża swą twarz do mojej.
   -Wiem, że chcesz ze mną to zrobić..
Dysząc, próbuję się uspokoić.
To już ten moment? Stracę dziewictwo?
Kosmyk, który mi pada na twarz zakłada za moje ucho, i głaszcze mój policzek. Wtulam twarz w jego dłoń, niepewnie się uśmiechając.
    -Wiem, że chcesz.. -wzdycha, wpatrując się w moje oczy. -Ale nie musisz. Robisz to z litości. Nie chcę tego, Sophie.
Histerycznie kręcę głową, przecząc mu.
Jak on  mógł tak w ogóle pomyśleć?
    -Nie prawda. Pragnę Cię, Justin -palcami wędruję po jego mięśniach na klatce piersiowej, zarysowując jego tatuaże.
    -Ale.. -nie chcę słuchać jego wymówek. Całuję go, by przestał gadać. Sama nie jestem pewna, cz jestem gotowa, ale wiem, że jestem podniecona. -Nie musimy.. naprawdę. To.. za szybko..
Nagle przerywam pocałunek.
Za szybko? 
Rzeczywiście się może trochę zapędziłam..  
Skąd we mnie tyle odwagi i śmiałości?
Zachowałam się jak niewyżyta seksualnie dziwka.. Boże, ale wstyd. 
    -Mamy czas, okej?
Niepewnie kiwam głową i wstaję z niego. Pochylam się, po czym w pośpiechu podnoszę stanik i go szybko i zręcznie zakładam. Tak samo koszulkę.
   -Ale nie powiedziałem, że masz się ubierać -droczy się. Przepełniona nagłą nieśmiałością i zawstydzeniem wychodzę z sypialni.
Idę do kuchni, po czym wyjmuję szklankę z górnej szafki i nalewam do niej wody z kranu. Powoli popijam wodę, próbując opanować szybkie bicie serca.
Słyszę jego kroki, które są coraz bliżej. Udaję, że obserwuję coś za oknem, byleby nie musieć spojrzeć mu w oczy.
Czuję jego dłoń na talii, a drugą na brzuchu. Wzdycham, odkładając szklankę na blat. Przymykam oczy, czując jak delikatnie całuje mnie po szyi. Przyciska mnie do swojego ciała, wywołując ciepło rozchodzące się po podbrzuszu. Otwieram oczy, patrząc przez okno. Na dworze pada, a na trzepaku przed domem Justina siedzą dzieci bez kurtek, jedynie w potarganych spodniach i brudnych bluzach. Trzech z nich ma posiniaczone twarze. Wszyscy palą papierosy.
   -Ile oni mają lat? -pytam cichym głosem. Najpierw nie przestaje mnie całować, lecz po chwili unosi głowę i patrząc tam gdzie ja, marszczy brwi.
   -Oni? -kiwa głową na grupkę chłopców. -Nie wiem. Dwóch z nich ma jedenaście lat. Jest tam też brat jednego z nich, który ma dziewięć. Reszta mi wygląda na tyle samo.
   -Przecież to jeszcze dzieci..
   -Może i są dziećmi, ale nigdy nie mieli prawdziwego dzieciństwa. Tutaj nie ma czegoś takiego jak szkoła, czy przedszkole. Nie ma tu placów zabaw. Oni wszyscy są z sierocińca, znajdującego się parę kilometrów stąd. -wzdycha, wtulając się we mnie od tyłu. Boże, biedne dzieci. Nie wyobrażam sobie nie mieć w dzieciństwie zabawek, przedszkoli, placów zabaw.. to musi być straszne. -Staram się chronić Jas przed takim życiem. Nie wypuszczam jej poza dom, no chyba, że jedziemy gdzieś za miasto. To naprawdę straszne, chronić własną siostrę przed swoim stylem życia. Jestem tym, przed którymi ją ostrzegam..
   -Nie jesteś taki, Justin -kręcę głową i odwracam się w jego stronę. Obejmuję jego szyję, wpatrując się w niego z uwielbieniem. Boże, jest taki piękny. Jak ja mogę mu się podobać? -To nie prawdziwy Ty.
Stoimy nieruchomo wpatrując się w siebie nawzajem, a moje serce spowalnia swój rytm. Mogłabym się do końca życia wpatrywać w jego oczy..
Wzdycham, gdy on nagle mnie mocno przyciska do swojego ciała i wtula się we mnie. Zastygam w bezruchu, dopiero po chwili obejmując go.
Ma usta przy mojej szyi, a ja czuję jego ciepły oddech przy uchu.
   -Możliwe, że dzięki Tobie taki już nie jestem.

sobota, 14 listopada 2015

23.Przecież od jednej łyżeczeki cukru więcej w kawie nie zgnie

Wysiadam z kawiarni, po czym biegnę w stronę zamieszania. Jestem cała zadyszana, nie mogę złapać oddechu.
Przeciskam się przez tłum ludzi, którzy zaalarmowani stoją i zszokowani przypatrują się temu. 
Przepycham się między ludźmi, policjantami, strażakami i kelnerkami. Jestem przed kawiarnią do której zawsze przychodziłam z babcią i bratem, gdy byłam mała. Oni też tam przychodzili..
Odpycham ostatnią blokującą mi przejście osobę, po czym staję w samym środku zamieszania.
I nie dowierzam własnym oczom.
Wszyscy wokół wpatrują się we mnie, gdy ja tak po prostu stoję, a łzy spływają po mojej twarzy.
Próbuję się uspokoić, ale duszę się. Zamykam oczy, chcę się skupić, lecz nie pamiętam jak się oddycha.
Boże.
Otwieram oczy, gdy nagle przede mną pojawia się on. Klęka na mokrej trawie, szlochając w ramię martwego chłopaka leżącego na chodniku.
Parę metrów od nas są szczątki motoru, który prowadził.
Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jego imienia.. ale czuję, że był mi bliski. 
Boli mnie widok jego łez, również klękam. Słyszę w oddali syreny. Pociągam nosem, zwracając na siebie jego uwagę. Unosi głowę. Czuję, jakbym już kompletnie straciła powietrze. Wpatruje się we mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz. A może widzi? 
Chcę go pocieszyć. Wyciągam w jego stronę rękę. 
Marszczy brwi. Odkłada martwe ciało na trawę, po czym podaje mi swoją zakrwawioną dłoń. 
Ściskam ją mocno. Od razu jestem spokojna.
Delikatnie się uśmiecham, lecz po chwili zamienia się to w grymas. Nagle czuję jak zacieśnia swój chwyt, zadając mi ból.
Chcę piszczeć, lecz nie potrafię wydobyć z siebie żadnego głosu. Słyszę miażdżenie kości, a z moich kostek zaczyna lecieć krew. 
   -Przestań -szepczę, choć on i tak nie słyszy. Wsłuchuje się w to. Słucha, jak moje kości się łamią pod jego uściskiem. Wszyscy wokół się na to patrzą. Wsłuchują się. 
Wpatruję mu się w oczy pełne łez. 
Zamyka je.
Nie. Nie. Nie rób tego.
Otwiera je, puszcza moją dłoń,  jego oczy są puste. Suche.
A ja płaczę.

   -SOPHIE, KURWA! -słyszę wrzask, który mnie budzi z koszmaru. Jestem w szoku, nic nie widzę, ani nie czuję. 
Otwieram oczy. Nagle światło mnie razi, więc je znów zamykam.
Dyszę. Uspokajam się.
Otwieram.
Widzę spadającą łzę.
Z jego brody skapuje mi na dolną wargę. 
Leżę, a Justin pochyla się nade mną. Gdy widzi, że wciąż nie mogę złapać oddechu, pochyla się bardziej, po czym mnie całuje. A ja wciąż jestem w szoku.
Nagle wszystko się zatrzymuje, a ja tracę oddech. Odwzajemniam pocałunek. Po chwili jednak odsuwa się, patrząc mi w oczy. 
I znów normalnie oddycham.
   -Sophie.. 
Patrzę na niego przerażona, dalej nie rozumiem co się właśnie stało. 
To był.. sen?
Gdzie ja w ogóle jestem? Rozglądam się. W pokoju Justina.
Nagle kuje mnie brzuch. Zerkam w dół. Jestem w staniku, a moja zszyta rana nad brzuchem wygląda okropnie.
Rumienię się, zdając sobie sprawę z tego, że razem spaliśmy.. w bieliźnie.
   -Tak się bałem..
Słyszę cichutki szept.
Nie komentuję tego, wciąż jestem zaspana. 
   -Możesz mi coś wytłumaczyć? -marszczę brwi, gdy pyta. 
Kiwam niepewnie głową. Wzdrygam się, gdy nagle łapie mnie za rękę. 
   -Skąd znałaś mojego brata, Sophie?
Zastygam w bezruchu, nie rozumiejąc jego słów.
   -Co? -patrzę na niego, jakby postradał zmysły. -Coś Ty sobie znów ubzdurał?
Przez chwilę wydaje mi się, że jest zły. Po sekundzie jednak opanowuje się i spogląda na mnie ze zdziwieniem.
   -Przez sen wypowiedziałaś jego imię.. -co? przecież pamiętam, że w tym śnie nie znałam ani jego imienia, ani imienia jego brata. Nie rozpoznaję również jego twarzy. Jak to możliwe?
   -Justin, przysięgam, że go nie znałam -kręcę głową. On musi mi uwierzyć.
Prycha, przewracając oczyma. O co mu znów chodzi?
   -Powiedziałaś "Thomas, wracaj" -śmieje się bez humoru. Nic już nie rozumiem, do cholery. -Żartujesz sobie ze mnie? Nie leć ze mną w chuja, Sophia.
Sophia?
   -Znam wielu Thomas'ów, Justin -brzmi to trochę ostrzej, niż w mojej głowie, ale nic nie poradzę. To on ma jakieś pretensje o to, co majaczę przez sen! -Popadasz w paranoję.
Chichocze ze złośliwym uśmieszkiem. On ma jakieś problemy, Jezus.
   -I do każdego mówisz "nie zostawiaj Justina i Cody'ego"? -sarkastycznie pyta. Cody'ego? Co to ma być? Oni się znali? Może jestem jakimś prorokiem? Albo w rzeczywistości go znałam, tylko o tym nie wiem? Może go zwyczajnie nie pamiętam? Boże, mam tak wiele pytań, na które widocznie oboje nie mamy odpowiedzi.
   -Odpowiedz.
Nie rób mi tego, Justin.
   -Odwieź mnie do domu.
Patrzymy na siebie bez słowa. Trwa to ponad trzy minuty.
W końcu jego wzrok zjeżdża na moje usta.
Gdy nie odpowiada, wstaję z łóżka ignorując to, że jestem bez spodni i koszulki, a moja rana mnie strasznie kuje.
Czuję jego wzrok na swoim ciele, więc ubieram się szybko, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
Wchodzę do pokoju młodszej siostry chłopaka, a on idzie za mną.
Siadam na łóżku i chcę ją obudzić, lecz ona wcale nie śpi. Ma otwarte oczy.  czerwoną twarz. Płakała.
   -Kochanie, Justin jedzie mnie odwieźć, okej? -głaszczę ją po głowie, uśmiechając się delikatnie. -Za niedługo wróci.
Ta nie patrząc na mnie kiwa głową.
Jest mi jej tak strasznie szkoda.
Całuję ją w czoło i wstaję, obojętnie omijając Justina.
***
   -Więc wciąż nie wiesz co z Jasmine? -pytam, gdy tylko stajemy parę metrów od mojego domu. Wciąż próbuję dojść do tego, czy rzeczywiście kiedykolwiek poznałam Thomasa, lecz Justin nie porusza już tego tematu.
   -Chyba nie ma siły na tę rozmowę, Sophie -stwierdza, obejmując mnie. Opiera się o motocykl, a jego ramiona otaczają mnie. Nagle się zastanawiam, czy nie czuje niechęci do motorów po śmierci brata. -A ja nie jestem na nią jeszcze gotów..
   -Myślisz, że on.. jej coś zrobił?
Nie odpowiada. Zgaduję, że nie dopuszcza do siebie nawet takiej myśli.
Wzdycham, kręcąc głową.
    -Później przyjdę zobaczyć jak się czuje Jas.
Chcę już iść, więc odsuwam się od niego i kieruję w stronę mojego domu, gdy nagle łapie moją dłoń i odwraca mnie, po czym przyciska do swojego ciała. Jedna ręka ląduje na mojej talii, a druga łączy ze sobą nasze palce.
Czuję ukucie rany. 
Utrzymujemy kontakt wzrokowy przez trzy sekundy. Jego wzrok zjeżdża na moje usta. Moje serce bije jak oszalałe, a pomimo tego nie mam w sobie żadnej chęci pocałowania go. A gdyby rzeczywiście mi zależało, chyba ciągle bym chciała go całować, prawda? Wydaje mi się, że od wczorajszego wydarzenia mam dość. Nie potrafię patrzeć mu w oczy na dłużej.
Pochyla się nade mną i przymruża oczy.
   -Dlaczego wciąż jeździsz na motorze? -szepczę, by uniknąć pocałunku.
Wypowiedziałam pierwszą myśl, jaka mi się nasunęła.
Słyszę, jak wciąga powietrze. Zaciska oczy.
   -Dlaczego wciąż na nim jeździsz, skoro Twój brat właśnie przez to zginął?
Odsuwa się, lecz wciąż nie otwiera oczu. 
   -Przestań to robić, do cholery! -syczę, gdy po raz kolejny próbuje pozbyć się uczuć. Nie chcę, by je krył. Chcę, żeby się przede mną otworzył.
Twierdzi, że mi ufa, więc powinien chyba się nie wstydzić własnych uczuć, prawda?
Otwiera gwałtownie oczy. Mam wrażenie, że przez to, że ciągle powstrzymuje się od płaczu, właśnie dlatego tak często jego oczy wypełniają się łzami.
Na kolejne pytanie tego dnia nie odpowiada. Bierze dłoń z mojej talii, więc i ja puszczam jego drugą dłoń. Chcę już iść, odsuwam się, bo wiem, że nic nie powie. Oblizuje usta i szybko przemawia, jakby nie chciał, żebym odchodziła.
   -To był jego motor -wyznaje, po czym pociąga nosem. Stoję w szoku, odwrócona do niego plecami. -Po jego śmierci wciąż wierzyłem, że wróci. Ścieliłem jego łóżko, sprzątałem mu w pokoju, gdy jedliśmy obiad i kolację nawet rozkładałem jeden pieprzony talerz więcej. Ciągle zaglądałem do jego pokoju, jakby sprawdzając, czy wrócił.
Słucham uważnie. Nie widzę jego twarzy, ale wiem, że co chwilę zaciska oczy.
Nie rób tego. 
   -To ja go znalazłem. Przyjechał do kawiarni, w której co weekend przyjeżdżaliśmy zjeść wspólnie śniadanie. Zawsze zamawiał rogalika z czekoladą, a kawę słodził trzy łyżeczki -parska śmiechem. Jest mi tak przykro, że mam ochotę stąd odejść i nie musieć tego słuchać, ale wreszcie się przede mną otwiera. To ma dla mnie wielkie znaczenie. -Nigdy nie rozumiałem, jak może pić tak gorzką kawę. Pamiętam, że zawsze obserwował chłopca, który nic nie jadł. Przychodził ze starszą Panią i jakąś dziewczyną. Ja za to obserwowałem ją. Zawsze zamawiała herbatę i ciastka..
   -Cóż, doskonale pamiętam swoje siedemnaste urodziny. Czekałem na niego w kawiarni, już zamówiłem mu rogalika i kawę.. tylko, że kazałem mu posłodzić cztery łyżeczki. Kelnerka, która była naszą koleżanką, zdziwiła się, że nie trzy. Wiesz co powiedziałem? -prycha.
Przy kolejnym zdaniu słyszę, jak załamuje mu się głos.
   -"Przecież od jednej łyżeczki cukru więcej w kawie nie zginie". Zaraz po tym dostałem sms'a od niego "już zaraz złożę Ci życzenia, brat i mam dla Ciebie super wiadomość". Nagle usłyszałem huk.. zresztą jak każdy w kawiarni, bo ludzie nagle zaczęli wychodzić, by zobaczyć, co się dzieje. Pamiętam, że serce mi biło jak oszalałe i było mi strasznie niedobrze. Szybko wybiegłem na zewnątrz, rozglądając się po minach ludzi. Przeciskając się przez tłum, nie sądziłem, że zobaczę.. Thomas'a we krwi.
Wciągam powietrze, gdy słyszę, jak zaczyna chlipieć. Chcę się do niego odwrócić, lecz nieruchomo stoję, chłonąc każde jego słowo. Mam tę scenę przed oczami.
W głowie odtwarzam swój sen.
   -Jego motor leżał parę metrów od nas. Byłem tak załamany, że upadłem na kolana.. dosłownie przed jego ciałem. Ludzie, którzy nas znali zaczęli mnie odciągać, pocieszać, a nawet mi wmawiać, że będzie z nim wszystko okej. Wyrywałem się, krzyczałem, beczałem. Nigdy w życiu tak nie płakałem, Sophie.
Moje serce bije coraz szybciej, gdy nagle słyszę jego szloch.
Pierwszy raz Justin płacze w moim towarzystwie.
Wciąż stoję jak wryta.
Moje ciało jest sparaliżowane, odmawia mi posłuszeństwa.
   -Nagle otworzył oczy, od razu wziąłem go w ramiona i patrzyłem, jak moje łzy spływają skapują na jego zakrwawioną twarz. Każdą falę łez na jego twarzy wycierałem swoimi brudnymi dłomi.. Były brudne z jego krwi. Próbował coś powiedzieć, próbował coś mi przekazać, ale słyszałem jedynie jego dyszenie, kaszel, szum wokół, krzyki ludzi i syreny nadciągających karetek i radiowozów. Nagle ktoś klęknął po drugiej stronie jego ciała.. Spojrzałem na nią. To była ta dziewczyna z kawiarni.. Gdy na nią spojrzałem, wszystko wokół jakby ucichło.. Słyszałem jedynie, jak pociąga nosem i słowa Thomas'a. Spytał, ile łyżeczek cukru kazałem mu wsypać do kawy. Odpowiedziałem, że cztery.. Wtedy on złapał moją dłoń resztkami sił i się uśmiechnął. Powiedział "Emily jest w ciąży, zaopiekuj się nią". Rozumiesz? Podczas śmierci powiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży.. kazał mi się nią zaopiekować, do cholery. A ja nie mam z nią i ich córką kontaktów od kurwa trzech lat... -łkając pociąga co chwilę nosem. Moje serce w tym momencie jest tak rozdarte... Myślę, że już nie może powiedzieć nic więcej, co mnie może bardziej zasmucić. Lecz słyszę jego kolejne słowa.. -Zaraz po tym wyszeptał "wszystkiego najlepszego"...
W tym momencie łzy spływają po mojej twarzy.. powstrzymuję się od szlochu, by mu nie przerwać, lecz on sam zaczyna dławić się łzami. A ja wciąż stoję. Nie potrafię się ruszyć.
W końcu się uspokaja i kontynuuje słabym głosem.
   -I znów zamknął oczy.. on już nie dyszał, Sophie. Nie kaszlał. On nie oddychał.. Spojrzałem ponownie na nią, miałem nadzieję, że okaże się, że jest jakąś pieprzoną lekarką, albo czarodziejką i mu pomoże. Gdy popatrzyła mi w oczy, ponownie słyszałem wszystkie krzyki i głosy ludzi wokół. Nic nie rozumiałem. Wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałem na swoją rękę we krwi i jej ją podałem. Momentalnie się uspokoiłem, lecz w momencie gdy nasze dłonie się spotkały, jacyś ratownicy ją odciągnęli. Po chwili mnie też. Zacząłem się szarpać, co chwilę zerkałem to na nią, to na brata leżącego na trawie. Ktoś zaczął na mnie krzyczeć, ale nie słyszałem tego.
Wstrzymuję oddech, uświadamiając sobie coś.
On już nie opowiada, on plącze się w swoich wspomnieniach i słowach, szlochając. Pociąga nosem.
   -Była piękna.. i miała oczy jak.. jak Ty.
Odwracam się do niego, słysząc ostatnie zdanie.
Moje serce zatrzymuje się.
Przełykam gulę w gardle, widząc jego zaczerwienione oczy i załzawioną twarz.
   -Nie, ona nie miała oczu jak ja.. -mówię, gdy on marszczy brwi. Biorę głęboki oddech, po czym go wypuszczam, próbując się uspokoić. Moje serce ponownie bije, tyle, że dwa razy szybciej niż normalnie. -To byłam ja.
***
Zjebałam. 

piątek, 13 listopada 2015

22.Nie rób tego kolejny raz

 Jeśli czytasz, skomentuj 

Następnego dnia budzę się na łące. U mojego boku śpi Justin, tuli się do mojego brzucha.
Wzdycham, widząc jego łagodne rysy twarzy. Jest taki piękny. Przeczesuję palcami jego włosy, budząc go.
Unosi głowę i patrzy na mnie ze smutkiem w oczach.
   -Znajdziemy ją -zapewniam, uśmiechając się słabo.
Kiwa głową i unosi się do mnie, by pocałować mnie w szyję.
Leżymy w ciszy, wpatrując się w niebo. Jestem przytulona do jego ciała. Wdycham jego zapach, rozkoszując się tą chwilą.
Jednak musimy wrócić do rzeczywistości.
   -Justin?
   -Hm? -mruczy, mocniej mnie przytulając. Unoszę delikatnie głowę i widzę, że ma zamknięte oczy. Widać, że jest zmęczony.
    -Spałeś Ty w ogóle? -pytam żartem, z powrotem kładąc głowę na jego klatce piersiowej.
Ponownie zamykam oczy i uśmiecham się pod nosem, obejmując go w talii.
Jestem głodna, lecz nie chcę tak szybko wracać. Tu jest pięknie. Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale nie chcę tego na razie kończyć.
    -Nie.
Otwieram oczy.
Czuję, jak nagle brzuch zaczyna mnie boleć. 
Wpatruję się w przestrzeń przed sobą, słysząc, jak jego serce przyśpiesza rytmu.
Moje również bije szybciej.
Z powrotem je zamykam.
I spadam w objęcia Morfeusza, który nachalnie próbuje odciągnąć mnie od ramion brązowookiego mężczyzny z pustymi oczami.
***
Budzę się, noszona przez kogoś na rękach. 
Otwieram oczy, widzę zdenerwowanego Justina. Nie wiem, gdzie mnie niesie i dokąd idziemy, lecz gdy widzi, że wstałam, wyjaśnia.
   -Może i jestem skurwielem, ale nie miałem serca Cię budzić -w moim brzuchu pojawia się stado małych motylków, które próbują znaleźć drogę do bijącego serca. -Wiem, gdzie jest Jas. 
Stawia mnie na trawie, akurat gdy stajemy przy drodze. Wokół nic nie ma. Jest tu jedynie wielka łąka i ulica. No i przystanek autobusowy. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy, ale auta tu na pewno za często nie jeżdżą. 
Nagle przed nami zatrzymuje się jakieś auto. Justin mnie do niego wpycha i sam siada obok na tylnym miejscu. Nie wiem co się dzieje.
Zerkam na osoby z przodu. Po prawej stronie siedzi jakiś czarnoskóry mężczyzna, a za kierownicą kobieta o bladej cerze. Ma czarne włosy i usta pomalowane na mocny czerwony. Oboje się ubierają jak Justin - na czarno. 
   -Musisz mnie teraz posłuchać, Sophie -mężczyzna odwraca się do nas. Rozszerzam oczy w szoku. On mnie zna? -Najważniejsze jest to, żebyś zachowała spokój. Nikt nie może nas zauważyć, a co dopiero Ciebie. Musisz się poruszać szybko i ostrożnie. 
   -Pewnie nie raz coś kradłaś ze sklepu, poradzisz sobie, daj im popalić, suko -dodaje czarnowłosa. 
Patrzę na nią zszokowana. Mężczyzna po prawej również. Nawet Justin tak na nią patrzy. 
   -Taki żart -wyjaśnia, a Justin i czarnoskóry wzdychają. 
Przełykam gulę w gardle. Odwracam się do Justina, który patrzy przez okno pustym wzrokiem. Trącam go ramieniem.
Odwraca się do mnie. 
Nagle ten z przodu wkłada w mą dłoń pistolet. Patrzę na niego jak na kosmitę. Co on robi? Moja dłoń zaczyna się trząść, broń o mało co nie wypada mi z ręki. Czego oni ode mnie oczekują? 
   -Poradzisz sobie. 
Przypatruję się pistoletowi w mojej dłoni. Dziwnie się czuję z tym, że go trzymam. Przenoszę wzrok na Justina, który również się temu przygląda.
Ma skupiony wyraz twarzy, zaciska szczękę. Ilustruje pistolet, mą dłoń i twarz. Zatrzymuje się na moich ustach, po czym wreszcie patrzy mi w oczy. 
Nie potrafię odwrócić wzroku.
Jego spojrzenie jest tak intensywne, że z trudem wydobywam z siebie jakikolwiek dźwięk, w postaci szeptu.
   -Co się dzieje? -niepewnie pytam. Oblizuje wargi po czym wyjmuje pistolet z mojej dłoni i wsadza do kieszeni.
   -Nie bój się. Jedziemy po Jas, Sophie. 
Kiwam niepewnie głową. Podnoszę pistolet i przesadzam się na środek, po czym kładę broń na lewym siedzeniu. Justin otacza mnie ramieniem, a ja spoglądam przez okno. 
***
Gdy docieramy na miejsce opuszczonego magazynu, cała ich trójka trzyma pistolet w dłoni. Mi Justin nie pozwolił go wziąć. Z jednej strony jestem zła, bo zachowuje się, jakbym była dzieckiem i nie dopuszcza mnie do sprawy, a z drugiej się cieszę, bo wie, że i tak nie umiałabym tego użyć. I nie chcę. 
   -Jay, może jednak dasz coś młodej? -kobieta zwraca się do Justina, która jak się wcześniej dowiedziałam nazywa się Chloe. Jay? Młodej?
   -Zapomnij, ona nawet nigdy nie przeklinała, nie sądzę, by była w stanie choćby trzymać broń -"Jay" posyła jej wrogie spojrzenie, więc moje usta wykrzywiają się w triumfującym uśmiechu. Choć w sumie to trochę brzmi, jakby mnie nie doceniał. Ale widocznie ma rację. Pomimo tego jestem zazdrosna. Nie mam pojęcia dlaczego. Ale jestem.
Już mamy wchodzić, gdy nagle w opuszczonym budynku rozlega się pisk dziecka. W Justinie automatycznie włącza się tryb obrońcy siostry i od razu niemal biegnie do środka, kompletnie zapominając o strategii.
   -Co Ty, Jay, wracaj! -Mike woła, lecz nie na tyle głośno, by nas usłyszeli. -Nie taki był plan.
   -No właśnie, Bieber, pojebało Cię? -Chloe wywraca oczami, wkładając pistolet za kozaka. Czy tylko ja w tym gronie zwracam się do niego po imieniu?
Justin dalej idzie szybkim krokiem. Nie zwraca na nic innego uwagi. Przyśpiesza, gdy słyszymy kolejny pisk dziewczynki.
   -JUSTIN, KURWA MAĆ! -wrzeszczę, po czym się wreszcie zatrzymuje i obraca w naszą stronę. Chloe wraz z Mike'em patrzą na mnie jak na wariatkę, lecz po chwili uśmiechają się z uznaniem. Nawet Justin tak na mnie patrzy.
   -Dobra, dawaj jej tą broń -Mike chichocze pod nosem. Czarnowłosa wyciąga z bagażnika pistolet, po czym mi go podaje. Niepewnie go biorę do ręki,* choć udaję, że to dla mnie norma. W końcu trzymanie śmiercionośnej broni w dłoni nastolatki to codzienność, prawda?
Wyczujcie sarkazm.
W końcu ruszamy do środka, będąc cicho jak ninja. Justin ciągle na mnie zerka, jakby bał się, że jestem tak głupia, że trzymając broń niechcący z niej wystrzelę, czy coś. Właściwie to fajne uczucie, mieć się czym bronić.
Jestem strasznie uważna na wszystkie dźwięki i miejsca, ponieważ nie wiem, czego się spodziewać. Pierwszy raz biorę udział w czymś takim. Nie wiem nawet, kto, po co i dla kogo porwał Jasmine.
Justin jest taki tajemniczy.. coraz częściej myślę, że on nigdy się przede mną nie otworzy.
Brązowooki idzie sprawdzić górę, a ja z Chloe i Mike'em dół. Nie podoba mi się pomysł rozstania z nim i zostawienie go samego, ale moje towarzystwo zapewnia mnie ciągle, że Justin jest dobry w tym co robi.
Nie chcę słuchać, co mają więcej do powiedzenia na ten temat, więc udaję, że chyba słyszę czyiś głos. Wokół panuje pustka i rzekoma cisza, lecz wcześniej było wyraźnie słychać krzyki Jas.
Mike i Chloe spoglądają na siebie i wsłuchujemy się w ciszę.
Niby udaję, lecz zaraz po tym wszyscy słyszymy strzał, śmiechy i płacz dziecka z górnego piętra. Płacz Jasmine.
Wiedząc, że Justin od razu tam pobiegnie zaalarmowany płaczem siostry, szybko wchodzimy po schodach na górę.
Chloe pierwsza, potem ja i na końcu Mike. Stajemy za ścianą, by dowiedzieć się kto jest w środku i co się tam odbywa.
   -Wiesz, w sumie to Twój brat też ma na koncie wiele grzeszków, tak samo i Twój poprzedni brat.. -przemawia czyiś obrzydliwy głos. Nie mam pojęcia kto to mówi, ale już czuję niechęć do tej osoby. Słyszę czyjeś dyszenie i kaszel. -Znaczy się miał, zapomniałem o tym, że..
   -Zamknij się, Damon -przerywa mu głos, który bardzo dobrze znam. I orientuję się, że to Justin tak dyszy. Ma bardzo słaby głos. Aż mam ochotę tam wejść i skopać dupę człowiekowi, który skrzywdził go i jego siostrę, ale wiem, że nie mam szans.
Nagle Chloe i Mike mnie wyprzedzają i wbiegają do pomieszczenia. Ja nadal w szoku stoję za drzwiami. Lekko się pochylam i zaglądam za drzwi, co się tam dzieje. W pomieszczeniu jest Justin, jacyś trzej mężczyźni i .. Jasmine.
Leży na łóżku, ubrana jedynie w koszulkę. Ma zakrwawione łydki i uda, Justin leży na podłodze i próbuje wstać, a ten oblech stoi z kapturkiem na głowie. Na podłodze jest pełno szkła, a przed łóżkiem na którym leży dziewczynka jest kamera. Jest włączona.
Coraz trudniej mi oddychać, nogi robią mi się powoli jak z waty, a zęby zgrzytają.
Mike ma wycelowaną broń w tego owego Damona, a Chloe pomaga wstać Justinowi. Znów włącza się moja zazdrość, lecz to ignoruję, gdy zauważam, że Justin ma podbite oko.
Sięgam za pasek od spodni, by wyjąć broń i udawać, że również jestem w tym doświadczona, gdy nagle czuję czyjąś owłosioną dłoń na nadgarstku. Chcę piszczeć, lecz druga dłoń zasłania mi usta.
Czuję, jak dwie osoby ciągną mnie do pomieszczenia.
   -Szefuniu, jakaś myszka tu nam węszyła -odzywa się jeden z nich. Nagle wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Najpierw zerkam na Jas, która ponownie zaczyna płakać, gdy mnie widzi. Potem na tego Damona. Obczaja mnie wzrokiem, na tę myśl robi mi się niedobrze.
Potem zerkam na Chloe, Mike'a, pozostałych gości, którzy stoją w maskach i pistoletach wycelowanych w głowy dwóch wcześniejszych osób. Na koniec przenoszę wzrok na Justina, który zaciska oczy.
Nie, nie rób tego. 
   -Przecież kazałem Wam ją chronić -warczy na przyjaciół obok, wciąż mając zamknięte oczy. W tym momencie moje serce bije tak, że boję się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. -Kurwa mać, Sttick, puść je obie. One nic Ci nie zrobiły, skurwysynie.
Gdy otwiera oczy, widzę w nich gniew. Nieposkromiony gniew.
Posyła to spojrzenie "Damon'owi Sttick'owi".
    -I tak są gówno warte, jedną już wydmuchałem, drugiej też skosztuję. No, w sumie wtedy dopiero będą -śmieje się swoim obrzydliwym głosem. Okej, jest mi bardzo niedobrze. I chyba zaraz zwymiotuję na buty kolesia, który mnie wciąż trzyma.
    -Ty pieprzony pedofilu -prycham, a oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Łzy mi się cisną do oczu, ale nie chcę im pokazać, że jestem słaba. -To jeszcze dziecko! Wyżywasz się na niej, bo Ciebie nikt nie kocha?
Nagle słyszę strzał. Nie mam pojęcia kto i gdzie wystrzelił, lecz czuję ból.
Silny ból. Krzywię się.
Jasmine zaczyna piszczeć, dopóki któryś z podwładnych Damona jej nie zatka buzi.
Szybko zerkam na Justina, który nagle zastyga w bezruchu.
Zerkam na dół. Osoba, która mnie przytrzymuje, wbiła mi nóż w brzuch.
Boże, to tak boli. Wyciągnięcie go jeszcze bardziej.
Dotykam dłonią miejsca nad brzuchem. Unoszę rękę. I widzę krew.
Rozmazane twarze i czerwony kolor.
I nagle upadam.
Do pomieszczenia przybiega stado osób i dopiero wtedy zaczyna się akcja.
Nagle wszyscy zaczynają się bić, strzelać do siebie, krzyczeć.
A ja leżę nieruchomo na podłodze w kącie pokoju. Dysząc, kaszląc i co chwilę krztusząc się własną śliną.
Ledwo słyszę, jak ktoś woła moje imię.
Nagle przede mną klęka Justin i zaciska mi swoją bluzę na brzuchu. Umrę?
Umrę, patrząc w jego załzawione oczy?
Jezu, on jest taki piękny. Dlaczego mi go zesłałeś, Panie Boże?
Zaciska oczy w momencie, gdy zaczynam płakać. Nie rób tego. Błagam.
I w jednej chwili nie ma go obok mnie. Ktoś łapie go od tyłu, ciągnąc w stronę bitwy. Słyszę strzały, lecz oczy mam zamknięte. Nie pamiętam, kiedy je zamknęłam. 
"Przecież kazałem Wam ją chronić"
Słyszę tylko to zdanie, które nieustannie krąży mi w głowie. 
Lecz z zadumy wyrywa mnie pisk Jasmine. 
   -Sophie! Sophie! Sophiee! -otwieram oczy i zauważam ją. Jej twarzyczka jest cała zapłakana, a ciało się trzęsie. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Niezauważalnie czołgam się do łóżka. Może uda mi się odplątać jej dłonie i stopy? Może chociaż na to się jeszcze przydam?
Gdy jestem już przy łóżku, szybko i niedbale odwiązuję pierwszy słupek, uwalniając jej dłoń. Z drugą dłonią nie idzie mi jednak tak łatwo, nieumiejętnie próbuję odwiązać, gdy nagle ktoś mnie ciągnie za nogę. 
Przerażona Jasmine piszczy, gdy ja się chwytam ramy łóżka. 
Nagle dziewczynka łapie moją dłoń, którą mocno ściskam. Nie jesteśmy jednak tak silne i już prawie się rozdzielam z brązowooką, gdy słyszę kolejny strzał, a uścisk na nodze się obluźnia. Krzyczę w szoku. 
Ciało mężczyzny opada na mnie, a ja szybko wdrapuję się na łóżko. 
Czuję się brudna.
Rozglądam się z przerażeniem i widzę Chloe, która zastrzeliła tego gościa. Uśmiecha się lekko do mnie.
Zaraz po tym mój wzrok wyłapuje Justina, który słysząc mój krzyk automatycznie się na nas spojrzał. Nawiązuję z nim kontakt wzrokowy. Tyle tam ludzi, a ja widzę jedynie jego. 
Uśmiecha się słabo, a ja mu odpowiadam tym samym.
Nagle słyszę kolejny strzał, a zaraz po tym Justin rozszerza oczy. Łapie się za biodro. A moje serce zatrzymuje swoje bicie. I nie ma już tych innych ludzi w tle, jest tylko brązowooki mężczyzna, który upada z bólu.
   -JUSTIN! -piszczę i mam wrażenie, że całe miasto słyszy mój krzyk. 
Chcę mu pomóc, lecz najpierw muszę odwiązać ciało Jasmine. Zabieram się za to zatem. Mam zamazany widok przez łzy w oczach, więc utrudnia mi to odplątanie sznurków.
Odwiązuję wszystkie supły i uwalniam siostrę Justina. Przytula się do mnie mocno, a ja nie mogę nic na to poradzić, ale łzy same mi ciekną.
   -Już dobrze, skarbie -próbuję pocieszyć małą, zapłakaną Jas.
Rozglądam się i z podziwem twierdzę, że Chloe, Mike i Justin dali radę ponad dwudziestce osób.
Wszystkich... pozabijali. Próbuję nie patrzeć na martwe ciała na podłodze. I zasłaniam oczy Jas.
   -KURWA MIKE NIE MA DAMON'A -wrzeszczy Chloe. Marszczę brwi. Jak to go nie ma? Uciekł? Sadzam Jasmine na łóżku i od razu biegnę do Justina, podczas gdy Chloe i Mike są zajęci zniknięciem Sttick'a.
Zdejmuję jego bluzę ze swojego zranionego brzucha i owijam nią jego biodro. Próbuję nie płakać, ale jego stoicki spokój jeszcze bardziej mnie dołuje, niż gdyby miał płakać i ciągle kaszleć.
   -Kazałem im Cię pilnować.. -szepcze, bardzo cichutkim głosikiem. Głaszczę go po twarzy, włosach, ramionach. Histerycznie ciągle zerkam, czy przez bluzę nie przedostaje się krew, czy nie ma innych ran, czy nic go nie boli.
Nagle zaprzestaję tych czynności, gdy delikatnie łapie mnie za dłoń. 
Powoli przenoszę wzrok na jego twarz.
    -To moja wina.. -szybko kręcę głową, lecz to zły pomysł. Krzywię się z bólu. -Cierpisz przeze mnie..
Wciąż jestem słaba, lecz nie na tyle, by się nim nie zająć. Jestem silna. Tak myślę.
   -Shh.. shh.. -przykładam palec do jego ust. -Nawet tak nie mów.
   -Ja wiem, że macie tam swoje sercowe pogaduszki, ale musimy jechać -oznajmia Chloe, o którą znów jestem zazdrosna. Ale ma rację. Musimy jechać. Była tu niezła strzelanina, na pewno ktoś musiał to usłyszeć. -Teraz.
***
Po przyjechaniu do domu Justina od razu kładziemy go na łóżku, a Mike podaje mi apteczkę.  
   -No, podobno masz dobre wyniki z medycyny, działaj coś -Chloe przemawia. Przewracam oczami. 
   -Umiem zasady pierwszej pomocy, nigdy nie wyciągałam pocisku z ciała! 
Mike przewraca oczami, chichocząc. Widocznie bawi go ta sytuacja. Wzdycham.
   -Okej, dam sobie radę. Tylko.. wyjdźcie.
Chloe i Mike zabierają Jasmine, by nie musiała na to patrzeć. Wciąż jest w szoku.
Chloe obiecała, że posiedzi z Jas, więc prosiła, byśmy tam narazie nie wchodzili.
Justin również jest w szoku. Całą drogę się nie odzywał.
Biorę parę głębokich wdechów, próbując się uspokoić.
Sophie, musisz mu pomóc. 
   -Nic mi nie jest. Po prostu wyjmij mi tą kulę, a reszta się zagoi.
Prycham.
   -To nie wyglądało na nic, Justin -kręcę głową. Zdejmuję mu buty, po czym rozpinam guzik w jego spodniach.
   -Wooah, woah, skarbie -cicho chichocze, a ja posyłam mu zirytowane spojrzenie. Boże, jakiż on jest czasem dziecinny. -Spokojnie, sam mogę to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Widzę, że już pragniesz mojego.. 
   -Wiesz co? Jesteś jakiś chory. Twoja siostra właśnie została porwana, pozabijałeś dzisiaj tylu ludzi, jeden z nich uciekł, po tym jak zgwałcił Jasmine i Cię zastrzelił, zresztą mnie też, a Ty masz czelność się śmiać i traktować mnie jak.. -wzdycham, a jego mina rzednie. -Gdyby mi na Tobie nie zależało, już dawno bym stąd wyszła. 
Po swojej wypowiedzi odwracam się, by wyjąć wszystkie potrzebne rzeczy do wyjęcia kuli z biodra Justina i oczyszczenia oraz zaszycia mu rany. 
Jednak zatrzymuję się w półkroku, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
Czy ja przyznałam, że mi na nim zależy?  
Unikam jego spojrzenia, wpatruje się we mnie, zapewne w szoku. Jezus, ale wstyd.
Ściąga jeansy, bym miała lepszy dostęp do jego rany.
   -Umm.. Justin -niepewnie szepczę, odwracając się do niego. -Musisz też trochę.. um.. bokserki..
Obniża również bokserki, a mi nagle dłonie zaczynają się trząść.
Przełykam gulę w gardle i biorąc odpowiednie narzędzie w dłoń wyjmuję kulę.
   -Bałam się.. -niepewnie zaczynam. -O Ciebie.
Słyszę, jak przełyka ślinę, lecz nie podnoszę wzroku na jego twarz.
Po oczyszczeniu jego rany i zaszyciu jej, kieruję się do łazienki, by umyć dłonie i wracam do niego, by wziąć z etażerki apteczkę.
Czuję jednak, że muszę mu to wyjaśnić, żeby nie myślał, że naprawdę mi na nim zależy.
No bo.. nie zależy, prawda?
Odkładam wszystkie przybory na etażerkę przy łóżku i odwracam się w jego stronę.
Nie myliłam się. Jego oczy wywiercają dziury w mojej głowie, a ja się automatycznie rumienię.
    -A ja się bałem o Ciebie.. i Jasmine.
Moje serce spowalnia swój rytm, gdy wyciąga rękę w moim kierunku. Posyłam mu nieufne spojrzenie, po czym niepewnie podaję mu dłoń.
Jego dłoń jest ciepła i duża. Przechodzą mnie dreszcze.
Nagle mnie mocno ciągnie w swoją stronę, przez co ląduję na nim. Krzywi się z bólu.
   -Justin, Twoja rana.. -pragnę z niego zejść (tak naprawdę, to wolałabym na nim zostać), ale gdy się podnoszę, ocieram się o jego.. krocze. Dociska mnie do siebie mocniej.
   -Już nic mi nie jest -szepcze, patrząc na moje usta. Zagryzam wargę ze zdenerwowania. -Przepraszam..
   -Masz za co -sarkastycznie odpowiadam. Przewraca oczami, po czym kieruje swoje dłonie na moje pośladki. Przybliża swą głowę do mnie, a ja gram obojętną na jego dotyk. -Mogę już z Ciebie zejść? Twoja kość wbija mi się w brzuch.
Chichocze pod nosem, a tym razem ja przewracam oczami.
   -To nie kość..
CO?
Rozszerzam oczy w szoku. Nagle nieruchomieję.
Boże, ale wstyd.
Ociera się o mnie, a ja powstrzymuję się od jęku. Myślę, że teraz już wiem, co to.
Nawet nie kontroluję swoich ruchów. Widzę błysk w jego oku, więc bez namysłu również się ocieram o jego ciało.
Cholera. Jednak to nie był dobry pomysł, przypomniałam sobie o mojej ranie. Widocznie on też sobie o niej przypomniał, bo od razu się przeturlał tak, że to mnie położył na łóżku. Siedzi na moich udach tak, że ledwo się mogę ruszyć.
    -Kurwa, przecież Ty też jesteś ranna -nagle sobie to uświadamia, a ja z trudem powstrzymuję się od wywrócenia oczami.
Chłopak chwyta krańce mojej koszulki, lecz przytrzymuję jego dłonie.
   -Woah, woah, skarbie. -przedrzeźniam go, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ale on może grać głupka? Okej, to ja też mogę. -Spokojnie, mogę sama to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Masz ochotę na moje cycki, prawda?
Krzywo się uśmiecha, unosząc jedną brew do góry. Boże, on wygląda tak seksownie w tym momencie. Siedząc na mnie.. okrakiem.. bez spodni.. i trzymając krańce mojej bluzki..
Jezusie!
   -Gdybyś nie była ranna.. -zaczyna, powoli unosząc krańce koszulki. Tak mocno się skupiam na jego spojrzeniu i ciele, że nie zwracam uwagi na to, że ściąga mi top. -I gdyby mnie nie bolało biodro...
Zaczarowana unoszę się, żeby mógł mi ją całkiem ściągnąć. Odrzuca ją w kąt sypialni, a ja pozostaję w jednym miejscu, siedząc. Nagle Justin delikatnie ciągnie mnie za włosy, w taki sposób, że odchylam głowę do tyłu.
To tak strasznie podniecające.
Zbliża usta do mojej szyi i gdy przemawia, jego wargi delikatnie pieszczą moją szyję.
   -Myślę, że już dawno uprawialibyśmy baardzo słodką miłość.
Niemal czuję, jak w moim podbrzuszu roi się od motylków pędzących w dół. Zaciskam nogi, co nie uchodzi jego uwadze. Spragniona dotyku ocieram się o niego, gdy on zerka w dół, na mój biust.
    -Kurwa, Sophie -łapczywie wciągam powietrze, słysząc jego wark. Pochyla się nade mną bardziej, a ja kładę głowę na poduszce. Tuż po tym kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy, podpierając się na nich. Już chcę go pocałować, gdy on spogląda na moją ranę. Krzywi się i pozostając na mnie, sięga po apteczkę, której w końcu nie zaniosłam do łazienki.
   -Wiesz, umm.. mogę to sama zrobić -szepczę, nagle skrępowana. Dopiero sobie zdałam sprawę, że jestem pod nim w samym staniku.
   -Spokojnie, mała -"mała". "Mała". "Mała". Boże, dlaczego akurat dziś musi mnie tak sobą zachwycać? -Też mam małe doświadczenia medyczne.
Jego słowa mnie uspokajają, lecz wciąż jestem zawstydzona. Ciągle zerka na mój biust, za każdym razem uśmiechając się pod nosem.
I z każdym kolejnym czuję, jak ...coś... się wbija coraz mocniej w moje udo.
I kolejny raz ubolewam nad tym, że mnie nie pocałował. 

 ***
* ("Niepewnie biorę go do ręki") wybaczcie, ale musiałam to zaznaczyć XD