sobota, 28 listopada 2015

23.Dzięki Tobie taki już nie jestem

Po przeskanowaniu wszystkich faktów i wspomnień, teraz jestem pewna, że to byłam ja.
Pamiętam, gdy jakiś chłopak ciągle zerkał w moją stronę, a ja się rumieniłam za każdym razem. Był starszy, ale wyglądał jakby był w moim wieku. Był niski, miał uroczo okrągłą twarz i wysoki głos. Wciąż nie wierzę, że to był Justin.
Przecież.. przecież on wtedy był typowym, słodziutkim nastolatkiem, a teraz.. teraz jest gorącym, niegrzecznym mężczyzną.
Wtedy mogłam z nim piec ciasteczka i oglądać romantyczne filmy, aktualnie na romantycznych filmach i pieczeniu ciasteczek by się nie skończyło..
Poza tym, miałam wtedy około jedenaście lat. On w takim razie piętnaście. Ale.. skąd Cody znał Thomas'a? I skąd zna Justin'a?
Postanawiam nie zastanawiać się nad tym więcej, co ma się wyjaśnić, to się wyjaśni. Teraz skupiam się na poprawieniu swojej fryzury i przejrzeniu się w lustrze. Mam spódnicę, więc pewnie będzie mi zimno, ale nie chcę się już przebierać.
Po krótkim namyśle pociągam swą koszulkę w dół, przez co odsłaniam swój dekolt.
Tak, teraz jest super. 
Dawno nie rozmawiałam z Cody'm. Ani rodzicami. Prawie w ogóle ich nie widuję. Rzadko jestem w domu, zresztą oni też. Nie wiem, czy w ogóle ich obchodzę. Opuściłam już dwa dni w szkole. A pojutrze jest bal.. na który wciąż nie wiem z kim pójdę. Muszę przerwać to, co jest między mną, a Natanem. To znaczy.. nic między nami nie ma, więc muszę to nic przerwać.
Schodzę na dół i po ubraniu butów i płaszczu bez słowa wychodzę z domu, kierując się w stronę samotnego mężczyzny opartego o motor swojego zmarłego brata. Mam nadzieję, że dzięki mnie nie będzie już taki samotny.
Justin patrzy na mnie, jakbyśmy się bardzo dawno nie widzieli. Lekko się uśmiecha, pomimo wszystkiego. Słabo odwzajemniam uśmiech, podchodząc do niego. Kładzie dłoń na moim policzku i całuje delikatnie moje usta.
Odczuwam w tym pocałunku coś więcej, niż zwykle. Mężczyzna całuje mnie z pasją, delikatnością i czułością. Opieram dłoń o jego klatkę piersiową. Ma rozpiętą kurtkę, a dziś jest wyjątkowo zimno. Drugą dłonią ciągnę jego zamek w górę, by ją zapiąć. Uśmiecha się przez pocałunek, który po chwili kończę.
Odsuwam się i swą dłoń, by zapiąć go do końca. Zakładam kaptur na jego głowę i rozkoszuję się widokiem uroczych dołeczków w policzkach, gdy się niewinnie uśmiecha.
Przytulam się do jego piersi, wzdychając. Kładzie dłoń na dole moich pleców.
   -Dobrze wiedzieć, że znamy się dłużej, niż parę tygodni -szepcze mi do ucha, całując czubek głowy. Czuję łaskotanie w podbrzuszu, słysząc jego słowa. -Bo teraz to nie jest tak szalone, że mi też na Tobie zależy..
Nagle zamieram.
Z uśmiechem wskakuje na motor. Ja wciąż stoję w bezruchu, wpatrując się w jego twarz. On to powiedział? Na głos? 
Nie ubzdurałam sobie tego? On przyznaje się do swoich uczuć?
   -Jedziemy, mała? -otrząsam się i chcę siąść za nim, lecz on mnie ciągnie za miejsce przed sobą, tak, że trzymając odpowiednio motor otacza mnie swoimi rękoma. Czuję ciepło bijące od jego ciała. I już czuję się bezpiecznie.
   -Ponownie wyznajesz coś ważnego i nawet nie masz o tym pojęcia.. -mruczę, gdy odpala silnik.
Na szczęście tego nie słyszy. Poprawiam się i zanim ruszamy, słyszę jego ochrypły szept.
   -Ależ ja wiem, co powiedziałem.
***
Gdy wchodzimy do domu mężczyzny, jest już po pierwszej. Chloe była przez ten czas z Jasmine, więc wchodzimy do jej pokoju, by sprawdzić, czy wszystko okej.
Gdy Justin otwiera z impetem drzwi, chcę wejść, lecz on nagle mnie zatrzymuje. Jego rysy twarzy łagodnieją, gdy stara się być cicho. Wchodzi do pokoju, więc i ja mogę.
Jasmine.. śpi, a na krześle przy jej łóżku leży Chloe, która.. również śpi.
Justin ją budzi z lekkim uśmiechem.
   -Chlo -szepcze, trząsając ją ramieniem. Dziewczyna otwiera oczy i się uśmiecha do niego. -Już jestem.
   -Przysnęło mi się troszkę.. -powoli wstaje z krzesła i kieruje się do wyjścia, posyłając mi po drodze słaby uśmiech.
Justin przykrywa siostrę kocem i wychodzimy z jej pokoju. Kierujemy się do jego sypialni, gdy nagle słyszymy pukanie do drzwi. Mężczyzna posyła mi zdziwione spojrzenie, po czym podchodzi do nich i zerka przez wizjer.
Widzę, jak sięga do paska spodni, gdzie ma broń. Kto to?
Uchyla drzwi, a ja widzę młodego chłopaka z jakąś małą paczką. Widać, że jest poddenerwowany.
   -Co chcesz? -Justin się odzywa podejrzliwym głosem. Co on? Z choinki się urwał? Straszy tylko tego dzieciaka.
   -Umm, kurier.
Marszczy brwi, po czym kiwa do siebie głową, odbierając paczkę.
   -A co to? Bomba? -wywracam oczami na jego głupotę. Chłopak rozszerza swoje oczy w szoku, a Justin całkiem poważnie patrzy na pudełko. Co za idiota, Boże.
   -Nie mam pojęcia, proszę Pana.
Chłopak już wyciąga długopis, by Justin się podpisał, lecz ten zamyka mu drzwi przed nosem i odwraca się do mnie ze zdziwioną miną.
   -Dziwny jesteś -mówiąc to, kieruję się do jego sypialni. Siadamy, a on otwiera paczkę. Jest w niej zawarta jakaś kartka i płyta. Czyta kartkę, lecz nie chce mi zdradzić, co jest na niej napisane.
Wkłada płytę do odtwarzacza i najpierw widzimy pustkę. I tak przez kolejną minutę. Gdy Justin już wstaje, by wyłączyć nagranie, słyszymy szum.
Nagle widzimy szarą ścianę, a następnie... o Boże.
Jasmine na łóżku. W magazynie. Chyba wiem, co to za film...
Mężczyzna nagle nieruchomieje, wpatrując się w ekran. Widzę, jak nagle całe jego ciało się spina.
Tamten drań, to znaczy Damon, siada na łóżku i uśmiecha się do kamery. A Jas płacze. Łapie ją za nogę i ciągnie w dół, sprawiając jej tym ból. Aż mnie boli samo patrzenie na to. Co teraz siedzi w Justinie? Stoi nieruchomo i nic nie mówi. A ja się boję uczuć, które teraz ukryje.
Damon rozpina.. guzik spodni Jas, a następnie ich rozporek.
Cholera, nie mogę na to patrzeć..
Słyszę jej pisk, lecz już nie patrzę na ekran. Zerkam wszędzie, byle nie tam. Nagle Justin podchodzi do odtwarzacza i za jednym, mocnym walnięciem, płyta się wysuwa pod uderzeniem.
Siedzę, nie wiedząc, co mogę zrobić. Uspokoić go? A może dać mu się wyżyć?
Mężczyzna dyszy, ściskając tę nieszczęsną płytę. Rzuca nią przez pokój, a ja modlę się, by jej nie rozbił. Mamy dowody. Możemy iść na policję. Lecz najpierw musimy obejrzeć ją do końca, a ja wiem, że Justin nie jest na to gotowy.
Widząc, jak zaciska oczy szybko do niego podchodzę i kładę dłonie na jego policzkach, zwracając jego twarz w moją stronę. Patrzy w podłogę, wciąż dysząc.
   -Popatrz na mnie -delikatnie szepczę, gładząc jego gładki polik. Wściekle marszczy brwi, lecz gdy jego wzrok sięga moich oczu, jego rysy twarzy łagodnieją. -Uspokój się.
Mój głos jest cichy, łagodny. Uspokajający.
Zaciska oczy, lecz nie pozwalam mu na to. Musi w końcu się przede mną otworzyć. Całkowicie.
    -Nie potrafię.. -szepcze, wpatrując się w moje usta. Zaraz po tym ponownie zaciska oczy. -Nie chcę..
Bez dłuższego namysłu staję na palcach i gwałtownie go całuję. Najpierw jest w szoku i nieruchomo stoi, nie reagując, lecz kiedy łapię go za szyję, a drugą dłonią ciągnę za włosy, odnajduje się w pocałunku i odwzajemnia go, wpychając swój język do mojej buzi.
Ten pocałunek miał na celu go uspokoić, mnie też zresztą, lecz czuję, że teraz moje serce bije szybciej, niż wcześniej. Wręcz kołocze.
Dłonie mężczyzny kierują się w dół moich pleców, aż do pośladków. Podnosi mnie, a ja owijam nogi wokół jego talii, całując go z coraz większą pasją i namiętnością.
Na oślep kieruje się, do jak podejrzewam, sypialni, co jakiś czas obijając mną o ściany, które stoją nam na przeszkodzie.
Wreszcie czuję, że wokół robi się ciemno, co oznacza tylko jedno - jesteśmy w jego sypialni. Nagle rzuca mnie na łóżko, przerywając chwilowo pocałunek. To wszystko się tak szybko dzieje, że nawet nie zwracam uwagi na to, że podchodzi do drzwi i je zamyka, a już po chwili jest na mnie.
Czując jego dłonie na biodrach, zaraz po tym ciągnie za końce mojej koszulki i pod wpływem podniecenia zdejmuje ją i odrzuca na bok. Swoją również.
Wpatruje się w moje piersi, zakryte czarnym, koronkowym stanikiem. Widzę na jego twarzy skupienie i podniecenie. Zasycha mi w gardle, gdy unosi na mnie wzrok, a jego oczy ciemnieją.
    -Kurwa mać.
I zaraz po tym gwałtownie mnie całuje, ściskając mój biust. Chcę jęknąć, lecz zagryza mą wargę, powodując moje skomlenie. Dyszę, tak samo jak on. To naprawdę podniecające. Przenosi pocałunki na szczękę, aż do szyi, a ja ciągnę za jego włosy.
A ja czuję nie tyle wstyd, będąc pod nim bez koszulki, co łaskotanie w podbrzuszu. To się chyba nazywa motylki w brzuchu, czy jakoś tak.
Nie ważne. 
Ważny jest on. Bardzo. Zwłaszcza jego dłonie na moim ciele. I jego usta na mojej szyi.. i język pieszczący mą skórę. I Boże, ja naprawdę go pragnę.
Chcę mu jakoś to pokazać. Pokazać, że nie robię tego tylko po to, by go pocieszyć. Ja też tego chcę. Niepewnie lekko unoszę biodra i ocieram się o jego krocze, wywołując jego jęk. Widzę, że potrzebuje dotyku. Tylko, że ja się na tym nie znam. Nie wiem, jak sprawić mu przyjemność.
   -Po prostu.. -szepcze pomiędzy całowaniem mojej szyi i biustu -zdaj się na instynkt. Ciało Cię nie zawiedzie, kochanie.
Jego dłonie są takie ciepłe, a głos taki niski.. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej jego oczy były tak ciemne, jak w tej chwili.
Co jakiś czas kręcę biodrami, ocierając się o jego ciało. Gdy przestaje mnie obsypywać pocałunkami, unoszę lekko głowę i teraz to ja całuję jego szyję. Zasysam jego skórę, a on wzdycha, napierając swoim ciałem na moje.
Gdy się odsuwam, na jego szyi widoczna jest sina plama, w postaci malinki. Dumna z siebie zagryzam wargę, po chwili spoglądając na niego spod rzęs. Jego usta są lekko uchylone, a wzrok skupiony na mojej twarzy.
    -Oznaczyłaś mnie? -pyta, a ja nagle się rumienię i z niewinnym uśmieszkiem kiwam głową. Ze zdenerwowania przygryzam palec wskazujący, mając nadzieję, że to co zrobiłam, jest dobre. -Hmm..
Chwyta mój palec i sam go przygryza, patrząc na mnie spod rzęs, a ja po raz kolejny czuję motylki w brzuchu.
    -Więc teraz i ja powinienem oznaczyć Ciebie..
Uwodzicielsko szepcze do mojego ucha, uwalniając mój palec.
Posyłam mu kokietujące spojrzenie i kręcę biodrami.
    -Więc na co czekasz?
Jego oczy automatycznie się zaświecają, a ja zagryzam wargę, czekając na jego pocałunki.
Pochyla się, przez co czuję jego oddech. Papierosy zmieszane z gumą miętową. Kocham tę mieszankę.
Najpierw delikatnie muska moją szyję, a po chwili ją gwałtownie ssie. Przesuwam dłońmi po jego plecach, delikatnie je drapiąc. Z szyi schodzi niżej, do biustu. Jego dłoń kieruje się ku piersi, a palce za miseczkę stanika. Posyła mi pytające spojrzenie, a ja zafascynowana widokiem jego wytatuowanych rąk na moich piersiach, kiwam delikatnie głową.
Jego dłoń wchodzi pod materiał stanika i odsuwa miseczkę, uwydatniając moją pierś. A ja w tej chwili cieszę się, że w jego sypialni jest zawsze ciemno, bo w tej chwili jestem czerwona jak burak. Chociaż i tak pewnie to widzi, nie panuje tu aż taka ciemność.
Drugą miseczkę też odsuwa, a ja się zastanawiam, czemu po prostu mi nie ściągnie stanika.
Tak, Ty i te Twoje przemyślenia w takich momentach, Sophie..
Gwałtownie wciąga powietrze, widząc moje piersi w pełnej okazałości.
Jego usta przenoszą się na nie. Liże, ssie, gryzie moje sutki.
Nie wytrzymam..
Popycham go tak, że to teraz ja jestem nad nim. Siadam na nim okrakiem i całkowicie zdejmuję swój stanik, rzucając go w kąt pokoju. Ocieram się o jego krocze, gdy on mnie łapie za biodra. Całuje moje piersi, a ja biorę się za odpinanie jego rozporka.
Po sekundzie jednak mnie powstrzymuje od tego. Bierze moje ręce w swoje dłonie i patrząc na mnie od dołu zbliża swą twarz do mojej.
   -Wiem, że chcesz ze mną to zrobić..
Dysząc, próbuję się uspokoić.
To już ten moment? Stracę dziewictwo?
Kosmyk, który mi pada na twarz zakłada za moje ucho, i głaszcze mój policzek. Wtulam twarz w jego dłoń, niepewnie się uśmiechając.
    -Wiem, że chcesz.. -wzdycha, wpatrując się w moje oczy. -Ale nie musisz. Robisz to z litości. Nie chcę tego, Sophie.
Histerycznie kręcę głową, przecząc mu.
Jak on  mógł tak w ogóle pomyśleć?
    -Nie prawda. Pragnę Cię, Justin -palcami wędruję po jego mięśniach na klatce piersiowej, zarysowując jego tatuaże.
    -Ale.. -nie chcę słuchać jego wymówek. Całuję go, by przestał gadać. Sama nie jestem pewna, cz jestem gotowa, ale wiem, że jestem podniecona. -Nie musimy.. naprawdę. To.. za szybko..
Nagle przerywam pocałunek.
Za szybko? 
Rzeczywiście się może trochę zapędziłam..  
Skąd we mnie tyle odwagi i śmiałości?
Zachowałam się jak niewyżyta seksualnie dziwka.. Boże, ale wstyd. 
    -Mamy czas, okej?
Niepewnie kiwam głową i wstaję z niego. Pochylam się, po czym w pośpiechu podnoszę stanik i go szybko i zręcznie zakładam. Tak samo koszulkę.
   -Ale nie powiedziałem, że masz się ubierać -droczy się. Przepełniona nagłą nieśmiałością i zawstydzeniem wychodzę z sypialni.
Idę do kuchni, po czym wyjmuję szklankę z górnej szafki i nalewam do niej wody z kranu. Powoli popijam wodę, próbując opanować szybkie bicie serca.
Słyszę jego kroki, które są coraz bliżej. Udaję, że obserwuję coś za oknem, byleby nie musieć spojrzeć mu w oczy.
Czuję jego dłoń na talii, a drugą na brzuchu. Wzdycham, odkładając szklankę na blat. Przymykam oczy, czując jak delikatnie całuje mnie po szyi. Przyciska mnie do swojego ciała, wywołując ciepło rozchodzące się po podbrzuszu. Otwieram oczy, patrząc przez okno. Na dworze pada, a na trzepaku przed domem Justina siedzą dzieci bez kurtek, jedynie w potarganych spodniach i brudnych bluzach. Trzech z nich ma posiniaczone twarze. Wszyscy palą papierosy.
   -Ile oni mają lat? -pytam cichym głosem. Najpierw nie przestaje mnie całować, lecz po chwili unosi głowę i patrząc tam gdzie ja, marszczy brwi.
   -Oni? -kiwa głową na grupkę chłopców. -Nie wiem. Dwóch z nich ma jedenaście lat. Jest tam też brat jednego z nich, który ma dziewięć. Reszta mi wygląda na tyle samo.
   -Przecież to jeszcze dzieci..
   -Może i są dziećmi, ale nigdy nie mieli prawdziwego dzieciństwa. Tutaj nie ma czegoś takiego jak szkoła, czy przedszkole. Nie ma tu placów zabaw. Oni wszyscy są z sierocińca, znajdującego się parę kilometrów stąd. -wzdycha, wtulając się we mnie od tyłu. Boże, biedne dzieci. Nie wyobrażam sobie nie mieć w dzieciństwie zabawek, przedszkoli, placów zabaw.. to musi być straszne. -Staram się chronić Jas przed takim życiem. Nie wypuszczam jej poza dom, no chyba, że jedziemy gdzieś za miasto. To naprawdę straszne, chronić własną siostrę przed swoim stylem życia. Jestem tym, przed którymi ją ostrzegam..
   -Nie jesteś taki, Justin -kręcę głową i odwracam się w jego stronę. Obejmuję jego szyję, wpatrując się w niego z uwielbieniem. Boże, jest taki piękny. Jak ja mogę mu się podobać? -To nie prawdziwy Ty.
Stoimy nieruchomo wpatrując się w siebie nawzajem, a moje serce spowalnia swój rytm. Mogłabym się do końca życia wpatrywać w jego oczy..
Wzdycham, gdy on nagle mnie mocno przyciska do swojego ciała i wtula się we mnie. Zastygam w bezruchu, dopiero po chwili obejmując go.
Ma usta przy mojej szyi, a ja czuję jego ciepły oddech przy uchu.
   -Możliwe, że dzięki Tobie taki już nie jestem.

sobota, 14 listopada 2015

23.Przecież od jednej łyżeczeki cukru więcej w kawie nie zgnie

Wysiadam z kawiarni, po czym biegnę w stronę zamieszania. Jestem cała zadyszana, nie mogę złapać oddechu.
Przeciskam się przez tłum ludzi, którzy zaalarmowani stoją i zszokowani przypatrują się temu. 
Przepycham się między ludźmi, policjantami, strażakami i kelnerkami. Jestem przed kawiarnią do której zawsze przychodziłam z babcią i bratem, gdy byłam mała. Oni też tam przychodzili..
Odpycham ostatnią blokującą mi przejście osobę, po czym staję w samym środku zamieszania.
I nie dowierzam własnym oczom.
Wszyscy wokół wpatrują się we mnie, gdy ja tak po prostu stoję, a łzy spływają po mojej twarzy.
Próbuję się uspokoić, ale duszę się. Zamykam oczy, chcę się skupić, lecz nie pamiętam jak się oddycha.
Boże.
Otwieram oczy, gdy nagle przede mną pojawia się on. Klęka na mokrej trawie, szlochając w ramię martwego chłopaka leżącego na chodniku.
Parę metrów od nas są szczątki motoru, który prowadził.
Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jego imienia.. ale czuję, że był mi bliski. 
Boli mnie widok jego łez, również klękam. Słyszę w oddali syreny. Pociągam nosem, zwracając na siebie jego uwagę. Unosi głowę. Czuję, jakbym już kompletnie straciła powietrze. Wpatruje się we mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz. A może widzi? 
Chcę go pocieszyć. Wyciągam w jego stronę rękę. 
Marszczy brwi. Odkłada martwe ciało na trawę, po czym podaje mi swoją zakrwawioną dłoń. 
Ściskam ją mocno. Od razu jestem spokojna.
Delikatnie się uśmiecham, lecz po chwili zamienia się to w grymas. Nagle czuję jak zacieśnia swój chwyt, zadając mi ból.
Chcę piszczeć, lecz nie potrafię wydobyć z siebie żadnego głosu. Słyszę miażdżenie kości, a z moich kostek zaczyna lecieć krew. 
   -Przestań -szepczę, choć on i tak nie słyszy. Wsłuchuje się w to. Słucha, jak moje kości się łamią pod jego uściskiem. Wszyscy wokół się na to patrzą. Wsłuchują się. 
Wpatruję mu się w oczy pełne łez. 
Zamyka je.
Nie. Nie. Nie rób tego.
Otwiera je, puszcza moją dłoń,  jego oczy są puste. Suche.
A ja płaczę.

   -SOPHIE, KURWA! -słyszę wrzask, który mnie budzi z koszmaru. Jestem w szoku, nic nie widzę, ani nie czuję. 
Otwieram oczy. Nagle światło mnie razi, więc je znów zamykam.
Dyszę. Uspokajam się.
Otwieram.
Widzę spadającą łzę.
Z jego brody skapuje mi na dolną wargę. 
Leżę, a Justin pochyla się nade mną. Gdy widzi, że wciąż nie mogę złapać oddechu, pochyla się bardziej, po czym mnie całuje. A ja wciąż jestem w szoku.
Nagle wszystko się zatrzymuje, a ja tracę oddech. Odwzajemniam pocałunek. Po chwili jednak odsuwa się, patrząc mi w oczy. 
I znów normalnie oddycham.
   -Sophie.. 
Patrzę na niego przerażona, dalej nie rozumiem co się właśnie stało. 
To był.. sen?
Gdzie ja w ogóle jestem? Rozglądam się. W pokoju Justina.
Nagle kuje mnie brzuch. Zerkam w dół. Jestem w staniku, a moja zszyta rana nad brzuchem wygląda okropnie.
Rumienię się, zdając sobie sprawę z tego, że razem spaliśmy.. w bieliźnie.
   -Tak się bałem..
Słyszę cichutki szept.
Nie komentuję tego, wciąż jestem zaspana. 
   -Możesz mi coś wytłumaczyć? -marszczę brwi, gdy pyta. 
Kiwam niepewnie głową. Wzdrygam się, gdy nagle łapie mnie za rękę. 
   -Skąd znałaś mojego brata, Sophie?
Zastygam w bezruchu, nie rozumiejąc jego słów.
   -Co? -patrzę na niego, jakby postradał zmysły. -Coś Ty sobie znów ubzdurał?
Przez chwilę wydaje mi się, że jest zły. Po sekundzie jednak opanowuje się i spogląda na mnie ze zdziwieniem.
   -Przez sen wypowiedziałaś jego imię.. -co? przecież pamiętam, że w tym śnie nie znałam ani jego imienia, ani imienia jego brata. Nie rozpoznaję również jego twarzy. Jak to możliwe?
   -Justin, przysięgam, że go nie znałam -kręcę głową. On musi mi uwierzyć.
Prycha, przewracając oczyma. O co mu znów chodzi?
   -Powiedziałaś "Thomas, wracaj" -śmieje się bez humoru. Nic już nie rozumiem, do cholery. -Żartujesz sobie ze mnie? Nie leć ze mną w chuja, Sophia.
Sophia?
   -Znam wielu Thomas'ów, Justin -brzmi to trochę ostrzej, niż w mojej głowie, ale nic nie poradzę. To on ma jakieś pretensje o to, co majaczę przez sen! -Popadasz w paranoję.
Chichocze ze złośliwym uśmieszkiem. On ma jakieś problemy, Jezus.
   -I do każdego mówisz "nie zostawiaj Justina i Cody'ego"? -sarkastycznie pyta. Cody'ego? Co to ma być? Oni się znali? Może jestem jakimś prorokiem? Albo w rzeczywistości go znałam, tylko o tym nie wiem? Może go zwyczajnie nie pamiętam? Boże, mam tak wiele pytań, na które widocznie oboje nie mamy odpowiedzi.
   -Odpowiedz.
Nie rób mi tego, Justin.
   -Odwieź mnie do domu.
Patrzymy na siebie bez słowa. Trwa to ponad trzy minuty.
W końcu jego wzrok zjeżdża na moje usta.
Gdy nie odpowiada, wstaję z łóżka ignorując to, że jestem bez spodni i koszulki, a moja rana mnie strasznie kuje.
Czuję jego wzrok na swoim ciele, więc ubieram się szybko, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
Wchodzę do pokoju młodszej siostry chłopaka, a on idzie za mną.
Siadam na łóżku i chcę ją obudzić, lecz ona wcale nie śpi. Ma otwarte oczy.  czerwoną twarz. Płakała.
   -Kochanie, Justin jedzie mnie odwieźć, okej? -głaszczę ją po głowie, uśmiechając się delikatnie. -Za niedługo wróci.
Ta nie patrząc na mnie kiwa głową.
Jest mi jej tak strasznie szkoda.
Całuję ją w czoło i wstaję, obojętnie omijając Justina.
***
   -Więc wciąż nie wiesz co z Jasmine? -pytam, gdy tylko stajemy parę metrów od mojego domu. Wciąż próbuję dojść do tego, czy rzeczywiście kiedykolwiek poznałam Thomasa, lecz Justin nie porusza już tego tematu.
   -Chyba nie ma siły na tę rozmowę, Sophie -stwierdza, obejmując mnie. Opiera się o motocykl, a jego ramiona otaczają mnie. Nagle się zastanawiam, czy nie czuje niechęci do motorów po śmierci brata. -A ja nie jestem na nią jeszcze gotów..
   -Myślisz, że on.. jej coś zrobił?
Nie odpowiada. Zgaduję, że nie dopuszcza do siebie nawet takiej myśli.
Wzdycham, kręcąc głową.
    -Później przyjdę zobaczyć jak się czuje Jas.
Chcę już iść, więc odsuwam się od niego i kieruję w stronę mojego domu, gdy nagle łapie moją dłoń i odwraca mnie, po czym przyciska do swojego ciała. Jedna ręka ląduje na mojej talii, a druga łączy ze sobą nasze palce.
Czuję ukucie rany. 
Utrzymujemy kontakt wzrokowy przez trzy sekundy. Jego wzrok zjeżdża na moje usta. Moje serce bije jak oszalałe, a pomimo tego nie mam w sobie żadnej chęci pocałowania go. A gdyby rzeczywiście mi zależało, chyba ciągle bym chciała go całować, prawda? Wydaje mi się, że od wczorajszego wydarzenia mam dość. Nie potrafię patrzeć mu w oczy na dłużej.
Pochyla się nade mną i przymruża oczy.
   -Dlaczego wciąż jeździsz na motorze? -szepczę, by uniknąć pocałunku.
Wypowiedziałam pierwszą myśl, jaka mi się nasunęła.
Słyszę, jak wciąga powietrze. Zaciska oczy.
   -Dlaczego wciąż na nim jeździsz, skoro Twój brat właśnie przez to zginął?
Odsuwa się, lecz wciąż nie otwiera oczu. 
   -Przestań to robić, do cholery! -syczę, gdy po raz kolejny próbuje pozbyć się uczuć. Nie chcę, by je krył. Chcę, żeby się przede mną otworzył.
Twierdzi, że mi ufa, więc powinien chyba się nie wstydzić własnych uczuć, prawda?
Otwiera gwałtownie oczy. Mam wrażenie, że przez to, że ciągle powstrzymuje się od płaczu, właśnie dlatego tak często jego oczy wypełniają się łzami.
Na kolejne pytanie tego dnia nie odpowiada. Bierze dłoń z mojej talii, więc i ja puszczam jego drugą dłoń. Chcę już iść, odsuwam się, bo wiem, że nic nie powie. Oblizuje usta i szybko przemawia, jakby nie chciał, żebym odchodziła.
   -To był jego motor -wyznaje, po czym pociąga nosem. Stoję w szoku, odwrócona do niego plecami. -Po jego śmierci wciąż wierzyłem, że wróci. Ścieliłem jego łóżko, sprzątałem mu w pokoju, gdy jedliśmy obiad i kolację nawet rozkładałem jeden pieprzony talerz więcej. Ciągle zaglądałem do jego pokoju, jakby sprawdzając, czy wrócił.
Słucham uważnie. Nie widzę jego twarzy, ale wiem, że co chwilę zaciska oczy.
Nie rób tego. 
   -To ja go znalazłem. Przyjechał do kawiarni, w której co weekend przyjeżdżaliśmy zjeść wspólnie śniadanie. Zawsze zamawiał rogalika z czekoladą, a kawę słodził trzy łyżeczki -parska śmiechem. Jest mi tak przykro, że mam ochotę stąd odejść i nie musieć tego słuchać, ale wreszcie się przede mną otwiera. To ma dla mnie wielkie znaczenie. -Nigdy nie rozumiałem, jak może pić tak gorzką kawę. Pamiętam, że zawsze obserwował chłopca, który nic nie jadł. Przychodził ze starszą Panią i jakąś dziewczyną. Ja za to obserwowałem ją. Zawsze zamawiała herbatę i ciastka..
   -Cóż, doskonale pamiętam swoje siedemnaste urodziny. Czekałem na niego w kawiarni, już zamówiłem mu rogalika i kawę.. tylko, że kazałem mu posłodzić cztery łyżeczki. Kelnerka, która była naszą koleżanką, zdziwiła się, że nie trzy. Wiesz co powiedziałem? -prycha.
Przy kolejnym zdaniu słyszę, jak załamuje mu się głos.
   -"Przecież od jednej łyżeczki cukru więcej w kawie nie zginie". Zaraz po tym dostałem sms'a od niego "już zaraz złożę Ci życzenia, brat i mam dla Ciebie super wiadomość". Nagle usłyszałem huk.. zresztą jak każdy w kawiarni, bo ludzie nagle zaczęli wychodzić, by zobaczyć, co się dzieje. Pamiętam, że serce mi biło jak oszalałe i było mi strasznie niedobrze. Szybko wybiegłem na zewnątrz, rozglądając się po minach ludzi. Przeciskając się przez tłum, nie sądziłem, że zobaczę.. Thomas'a we krwi.
Wciągam powietrze, gdy słyszę, jak zaczyna chlipieć. Chcę się do niego odwrócić, lecz nieruchomo stoję, chłonąc każde jego słowo. Mam tę scenę przed oczami.
W głowie odtwarzam swój sen.
   -Jego motor leżał parę metrów od nas. Byłem tak załamany, że upadłem na kolana.. dosłownie przed jego ciałem. Ludzie, którzy nas znali zaczęli mnie odciągać, pocieszać, a nawet mi wmawiać, że będzie z nim wszystko okej. Wyrywałem się, krzyczałem, beczałem. Nigdy w życiu tak nie płakałem, Sophie.
Moje serce bije coraz szybciej, gdy nagle słyszę jego szloch.
Pierwszy raz Justin płacze w moim towarzystwie.
Wciąż stoję jak wryta.
Moje ciało jest sparaliżowane, odmawia mi posłuszeństwa.
   -Nagle otworzył oczy, od razu wziąłem go w ramiona i patrzyłem, jak moje łzy spływają skapują na jego zakrwawioną twarz. Każdą falę łez na jego twarzy wycierałem swoimi brudnymi dłomi.. Były brudne z jego krwi. Próbował coś powiedzieć, próbował coś mi przekazać, ale słyszałem jedynie jego dyszenie, kaszel, szum wokół, krzyki ludzi i syreny nadciągających karetek i radiowozów. Nagle ktoś klęknął po drugiej stronie jego ciała.. Spojrzałem na nią. To była ta dziewczyna z kawiarni.. Gdy na nią spojrzałem, wszystko wokół jakby ucichło.. Słyszałem jedynie, jak pociąga nosem i słowa Thomas'a. Spytał, ile łyżeczek cukru kazałem mu wsypać do kawy. Odpowiedziałem, że cztery.. Wtedy on złapał moją dłoń resztkami sił i się uśmiechnął. Powiedział "Emily jest w ciąży, zaopiekuj się nią". Rozumiesz? Podczas śmierci powiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży.. kazał mi się nią zaopiekować, do cholery. A ja nie mam z nią i ich córką kontaktów od kurwa trzech lat... -łkając pociąga co chwilę nosem. Moje serce w tym momencie jest tak rozdarte... Myślę, że już nie może powiedzieć nic więcej, co mnie może bardziej zasmucić. Lecz słyszę jego kolejne słowa.. -Zaraz po tym wyszeptał "wszystkiego najlepszego"...
W tym momencie łzy spływają po mojej twarzy.. powstrzymuję się od szlochu, by mu nie przerwać, lecz on sam zaczyna dławić się łzami. A ja wciąż stoję. Nie potrafię się ruszyć.
W końcu się uspokaja i kontynuuje słabym głosem.
   -I znów zamknął oczy.. on już nie dyszał, Sophie. Nie kaszlał. On nie oddychał.. Spojrzałem ponownie na nią, miałem nadzieję, że okaże się, że jest jakąś pieprzoną lekarką, albo czarodziejką i mu pomoże. Gdy popatrzyła mi w oczy, ponownie słyszałem wszystkie krzyki i głosy ludzi wokół. Nic nie rozumiałem. Wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałem na swoją rękę we krwi i jej ją podałem. Momentalnie się uspokoiłem, lecz w momencie gdy nasze dłonie się spotkały, jacyś ratownicy ją odciągnęli. Po chwili mnie też. Zacząłem się szarpać, co chwilę zerkałem to na nią, to na brata leżącego na trawie. Ktoś zaczął na mnie krzyczeć, ale nie słyszałem tego.
Wstrzymuję oddech, uświadamiając sobie coś.
On już nie opowiada, on plącze się w swoich wspomnieniach i słowach, szlochając. Pociąga nosem.
   -Była piękna.. i miała oczy jak.. jak Ty.
Odwracam się do niego, słysząc ostatnie zdanie.
Moje serce zatrzymuje się.
Przełykam gulę w gardle, widząc jego zaczerwienione oczy i załzawioną twarz.
   -Nie, ona nie miała oczu jak ja.. -mówię, gdy on marszczy brwi. Biorę głęboki oddech, po czym go wypuszczam, próbując się uspokoić. Moje serce ponownie bije, tyle, że dwa razy szybciej niż normalnie. -To byłam ja.
***
Zjebałam. 

piątek, 13 listopada 2015

22.Nie rób tego kolejny raz

 Jeśli czytasz, skomentuj 

Następnego dnia budzę się na łące. U mojego boku śpi Justin, tuli się do mojego brzucha.
Wzdycham, widząc jego łagodne rysy twarzy. Jest taki piękny. Przeczesuję palcami jego włosy, budząc go.
Unosi głowę i patrzy na mnie ze smutkiem w oczach.
   -Znajdziemy ją -zapewniam, uśmiechając się słabo.
Kiwa głową i unosi się do mnie, by pocałować mnie w szyję.
Leżymy w ciszy, wpatrując się w niebo. Jestem przytulona do jego ciała. Wdycham jego zapach, rozkoszując się tą chwilą.
Jednak musimy wrócić do rzeczywistości.
   -Justin?
   -Hm? -mruczy, mocniej mnie przytulając. Unoszę delikatnie głowę i widzę, że ma zamknięte oczy. Widać, że jest zmęczony.
    -Spałeś Ty w ogóle? -pytam żartem, z powrotem kładąc głowę na jego klatce piersiowej.
Ponownie zamykam oczy i uśmiecham się pod nosem, obejmując go w talii.
Jestem głodna, lecz nie chcę tak szybko wracać. Tu jest pięknie. Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale nie chcę tego na razie kończyć.
    -Nie.
Otwieram oczy.
Czuję, jak nagle brzuch zaczyna mnie boleć. 
Wpatruję się w przestrzeń przed sobą, słysząc, jak jego serce przyśpiesza rytmu.
Moje również bije szybciej.
Z powrotem je zamykam.
I spadam w objęcia Morfeusza, który nachalnie próbuje odciągnąć mnie od ramion brązowookiego mężczyzny z pustymi oczami.
***
Budzę się, noszona przez kogoś na rękach. 
Otwieram oczy, widzę zdenerwowanego Justina. Nie wiem, gdzie mnie niesie i dokąd idziemy, lecz gdy widzi, że wstałam, wyjaśnia.
   -Może i jestem skurwielem, ale nie miałem serca Cię budzić -w moim brzuchu pojawia się stado małych motylków, które próbują znaleźć drogę do bijącego serca. -Wiem, gdzie jest Jas. 
Stawia mnie na trawie, akurat gdy stajemy przy drodze. Wokół nic nie ma. Jest tu jedynie wielka łąka i ulica. No i przystanek autobusowy. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy, ale auta tu na pewno za często nie jeżdżą. 
Nagle przed nami zatrzymuje się jakieś auto. Justin mnie do niego wpycha i sam siada obok na tylnym miejscu. Nie wiem co się dzieje.
Zerkam na osoby z przodu. Po prawej stronie siedzi jakiś czarnoskóry mężczyzna, a za kierownicą kobieta o bladej cerze. Ma czarne włosy i usta pomalowane na mocny czerwony. Oboje się ubierają jak Justin - na czarno. 
   -Musisz mnie teraz posłuchać, Sophie -mężczyzna odwraca się do nas. Rozszerzam oczy w szoku. On mnie zna? -Najważniejsze jest to, żebyś zachowała spokój. Nikt nie może nas zauważyć, a co dopiero Ciebie. Musisz się poruszać szybko i ostrożnie. 
   -Pewnie nie raz coś kradłaś ze sklepu, poradzisz sobie, daj im popalić, suko -dodaje czarnowłosa. 
Patrzę na nią zszokowana. Mężczyzna po prawej również. Nawet Justin tak na nią patrzy. 
   -Taki żart -wyjaśnia, a Justin i czarnoskóry wzdychają. 
Przełykam gulę w gardle. Odwracam się do Justina, który patrzy przez okno pustym wzrokiem. Trącam go ramieniem.
Odwraca się do mnie. 
Nagle ten z przodu wkłada w mą dłoń pistolet. Patrzę na niego jak na kosmitę. Co on robi? Moja dłoń zaczyna się trząść, broń o mało co nie wypada mi z ręki. Czego oni ode mnie oczekują? 
   -Poradzisz sobie. 
Przypatruję się pistoletowi w mojej dłoni. Dziwnie się czuję z tym, że go trzymam. Przenoszę wzrok na Justina, który również się temu przygląda.
Ma skupiony wyraz twarzy, zaciska szczękę. Ilustruje pistolet, mą dłoń i twarz. Zatrzymuje się na moich ustach, po czym wreszcie patrzy mi w oczy. 
Nie potrafię odwrócić wzroku.
Jego spojrzenie jest tak intensywne, że z trudem wydobywam z siebie jakikolwiek dźwięk, w postaci szeptu.
   -Co się dzieje? -niepewnie pytam. Oblizuje wargi po czym wyjmuje pistolet z mojej dłoni i wsadza do kieszeni.
   -Nie bój się. Jedziemy po Jas, Sophie. 
Kiwam niepewnie głową. Podnoszę pistolet i przesadzam się na środek, po czym kładę broń na lewym siedzeniu. Justin otacza mnie ramieniem, a ja spoglądam przez okno. 
***
Gdy docieramy na miejsce opuszczonego magazynu, cała ich trójka trzyma pistolet w dłoni. Mi Justin nie pozwolił go wziąć. Z jednej strony jestem zła, bo zachowuje się, jakbym była dzieckiem i nie dopuszcza mnie do sprawy, a z drugiej się cieszę, bo wie, że i tak nie umiałabym tego użyć. I nie chcę. 
   -Jay, może jednak dasz coś młodej? -kobieta zwraca się do Justina, która jak się wcześniej dowiedziałam nazywa się Chloe. Jay? Młodej?
   -Zapomnij, ona nawet nigdy nie przeklinała, nie sądzę, by była w stanie choćby trzymać broń -"Jay" posyła jej wrogie spojrzenie, więc moje usta wykrzywiają się w triumfującym uśmiechu. Choć w sumie to trochę brzmi, jakby mnie nie doceniał. Ale widocznie ma rację. Pomimo tego jestem zazdrosna. Nie mam pojęcia dlaczego. Ale jestem.
Już mamy wchodzić, gdy nagle w opuszczonym budynku rozlega się pisk dziecka. W Justinie automatycznie włącza się tryb obrońcy siostry i od razu niemal biegnie do środka, kompletnie zapominając o strategii.
   -Co Ty, Jay, wracaj! -Mike woła, lecz nie na tyle głośno, by nas usłyszeli. -Nie taki był plan.
   -No właśnie, Bieber, pojebało Cię? -Chloe wywraca oczami, wkładając pistolet za kozaka. Czy tylko ja w tym gronie zwracam się do niego po imieniu?
Justin dalej idzie szybkim krokiem. Nie zwraca na nic innego uwagi. Przyśpiesza, gdy słyszymy kolejny pisk dziewczynki.
   -JUSTIN, KURWA MAĆ! -wrzeszczę, po czym się wreszcie zatrzymuje i obraca w naszą stronę. Chloe wraz z Mike'em patrzą na mnie jak na wariatkę, lecz po chwili uśmiechają się z uznaniem. Nawet Justin tak na mnie patrzy.
   -Dobra, dawaj jej tą broń -Mike chichocze pod nosem. Czarnowłosa wyciąga z bagażnika pistolet, po czym mi go podaje. Niepewnie go biorę do ręki,* choć udaję, że to dla mnie norma. W końcu trzymanie śmiercionośnej broni w dłoni nastolatki to codzienność, prawda?
Wyczujcie sarkazm.
W końcu ruszamy do środka, będąc cicho jak ninja. Justin ciągle na mnie zerka, jakby bał się, że jestem tak głupia, że trzymając broń niechcący z niej wystrzelę, czy coś. Właściwie to fajne uczucie, mieć się czym bronić.
Jestem strasznie uważna na wszystkie dźwięki i miejsca, ponieważ nie wiem, czego się spodziewać. Pierwszy raz biorę udział w czymś takim. Nie wiem nawet, kto, po co i dla kogo porwał Jasmine.
Justin jest taki tajemniczy.. coraz częściej myślę, że on nigdy się przede mną nie otworzy.
Brązowooki idzie sprawdzić górę, a ja z Chloe i Mike'em dół. Nie podoba mi się pomysł rozstania z nim i zostawienie go samego, ale moje towarzystwo zapewnia mnie ciągle, że Justin jest dobry w tym co robi.
Nie chcę słuchać, co mają więcej do powiedzenia na ten temat, więc udaję, że chyba słyszę czyiś głos. Wokół panuje pustka i rzekoma cisza, lecz wcześniej było wyraźnie słychać krzyki Jas.
Mike i Chloe spoglądają na siebie i wsłuchujemy się w ciszę.
Niby udaję, lecz zaraz po tym wszyscy słyszymy strzał, śmiechy i płacz dziecka z górnego piętra. Płacz Jasmine.
Wiedząc, że Justin od razu tam pobiegnie zaalarmowany płaczem siostry, szybko wchodzimy po schodach na górę.
Chloe pierwsza, potem ja i na końcu Mike. Stajemy za ścianą, by dowiedzieć się kto jest w środku i co się tam odbywa.
   -Wiesz, w sumie to Twój brat też ma na koncie wiele grzeszków, tak samo i Twój poprzedni brat.. -przemawia czyiś obrzydliwy głos. Nie mam pojęcia kto to mówi, ale już czuję niechęć do tej osoby. Słyszę czyjeś dyszenie i kaszel. -Znaczy się miał, zapomniałem o tym, że..
   -Zamknij się, Damon -przerywa mu głos, który bardzo dobrze znam. I orientuję się, że to Justin tak dyszy. Ma bardzo słaby głos. Aż mam ochotę tam wejść i skopać dupę człowiekowi, który skrzywdził go i jego siostrę, ale wiem, że nie mam szans.
Nagle Chloe i Mike mnie wyprzedzają i wbiegają do pomieszczenia. Ja nadal w szoku stoję za drzwiami. Lekko się pochylam i zaglądam za drzwi, co się tam dzieje. W pomieszczeniu jest Justin, jacyś trzej mężczyźni i .. Jasmine.
Leży na łóżku, ubrana jedynie w koszulkę. Ma zakrwawione łydki i uda, Justin leży na podłodze i próbuje wstać, a ten oblech stoi z kapturkiem na głowie. Na podłodze jest pełno szkła, a przed łóżkiem na którym leży dziewczynka jest kamera. Jest włączona.
Coraz trudniej mi oddychać, nogi robią mi się powoli jak z waty, a zęby zgrzytają.
Mike ma wycelowaną broń w tego owego Damona, a Chloe pomaga wstać Justinowi. Znów włącza się moja zazdrość, lecz to ignoruję, gdy zauważam, że Justin ma podbite oko.
Sięgam za pasek od spodni, by wyjąć broń i udawać, że również jestem w tym doświadczona, gdy nagle czuję czyjąś owłosioną dłoń na nadgarstku. Chcę piszczeć, lecz druga dłoń zasłania mi usta.
Czuję, jak dwie osoby ciągną mnie do pomieszczenia.
   -Szefuniu, jakaś myszka tu nam węszyła -odzywa się jeden z nich. Nagle wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Najpierw zerkam na Jas, która ponownie zaczyna płakać, gdy mnie widzi. Potem na tego Damona. Obczaja mnie wzrokiem, na tę myśl robi mi się niedobrze.
Potem zerkam na Chloe, Mike'a, pozostałych gości, którzy stoją w maskach i pistoletach wycelowanych w głowy dwóch wcześniejszych osób. Na koniec przenoszę wzrok na Justina, który zaciska oczy.
Nie, nie rób tego. 
   -Przecież kazałem Wam ją chronić -warczy na przyjaciół obok, wciąż mając zamknięte oczy. W tym momencie moje serce bije tak, że boję się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. -Kurwa mać, Sttick, puść je obie. One nic Ci nie zrobiły, skurwysynie.
Gdy otwiera oczy, widzę w nich gniew. Nieposkromiony gniew.
Posyła to spojrzenie "Damon'owi Sttick'owi".
    -I tak są gówno warte, jedną już wydmuchałem, drugiej też skosztuję. No, w sumie wtedy dopiero będą -śmieje się swoim obrzydliwym głosem. Okej, jest mi bardzo niedobrze. I chyba zaraz zwymiotuję na buty kolesia, który mnie wciąż trzyma.
    -Ty pieprzony pedofilu -prycham, a oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Łzy mi się cisną do oczu, ale nie chcę im pokazać, że jestem słaba. -To jeszcze dziecko! Wyżywasz się na niej, bo Ciebie nikt nie kocha?
Nagle słyszę strzał. Nie mam pojęcia kto i gdzie wystrzelił, lecz czuję ból.
Silny ból. Krzywię się.
Jasmine zaczyna piszczeć, dopóki któryś z podwładnych Damona jej nie zatka buzi.
Szybko zerkam na Justina, który nagle zastyga w bezruchu.
Zerkam na dół. Osoba, która mnie przytrzymuje, wbiła mi nóż w brzuch.
Boże, to tak boli. Wyciągnięcie go jeszcze bardziej.
Dotykam dłonią miejsca nad brzuchem. Unoszę rękę. I widzę krew.
Rozmazane twarze i czerwony kolor.
I nagle upadam.
Do pomieszczenia przybiega stado osób i dopiero wtedy zaczyna się akcja.
Nagle wszyscy zaczynają się bić, strzelać do siebie, krzyczeć.
A ja leżę nieruchomo na podłodze w kącie pokoju. Dysząc, kaszląc i co chwilę krztusząc się własną śliną.
Ledwo słyszę, jak ktoś woła moje imię.
Nagle przede mną klęka Justin i zaciska mi swoją bluzę na brzuchu. Umrę?
Umrę, patrząc w jego załzawione oczy?
Jezu, on jest taki piękny. Dlaczego mi go zesłałeś, Panie Boże?
Zaciska oczy w momencie, gdy zaczynam płakać. Nie rób tego. Błagam.
I w jednej chwili nie ma go obok mnie. Ktoś łapie go od tyłu, ciągnąc w stronę bitwy. Słyszę strzały, lecz oczy mam zamknięte. Nie pamiętam, kiedy je zamknęłam. 
"Przecież kazałem Wam ją chronić"
Słyszę tylko to zdanie, które nieustannie krąży mi w głowie. 
Lecz z zadumy wyrywa mnie pisk Jasmine. 
   -Sophie! Sophie! Sophiee! -otwieram oczy i zauważam ją. Jej twarzyczka jest cała zapłakana, a ciało się trzęsie. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Niezauważalnie czołgam się do łóżka. Może uda mi się odplątać jej dłonie i stopy? Może chociaż na to się jeszcze przydam?
Gdy jestem już przy łóżku, szybko i niedbale odwiązuję pierwszy słupek, uwalniając jej dłoń. Z drugą dłonią nie idzie mi jednak tak łatwo, nieumiejętnie próbuję odwiązać, gdy nagle ktoś mnie ciągnie za nogę. 
Przerażona Jasmine piszczy, gdy ja się chwytam ramy łóżka. 
Nagle dziewczynka łapie moją dłoń, którą mocno ściskam. Nie jesteśmy jednak tak silne i już prawie się rozdzielam z brązowooką, gdy słyszę kolejny strzał, a uścisk na nodze się obluźnia. Krzyczę w szoku. 
Ciało mężczyzny opada na mnie, a ja szybko wdrapuję się na łóżko. 
Czuję się brudna.
Rozglądam się z przerażeniem i widzę Chloe, która zastrzeliła tego gościa. Uśmiecha się lekko do mnie.
Zaraz po tym mój wzrok wyłapuje Justina, który słysząc mój krzyk automatycznie się na nas spojrzał. Nawiązuję z nim kontakt wzrokowy. Tyle tam ludzi, a ja widzę jedynie jego. 
Uśmiecha się słabo, a ja mu odpowiadam tym samym.
Nagle słyszę kolejny strzał, a zaraz po tym Justin rozszerza oczy. Łapie się za biodro. A moje serce zatrzymuje swoje bicie. I nie ma już tych innych ludzi w tle, jest tylko brązowooki mężczyzna, który upada z bólu.
   -JUSTIN! -piszczę i mam wrażenie, że całe miasto słyszy mój krzyk. 
Chcę mu pomóc, lecz najpierw muszę odwiązać ciało Jasmine. Zabieram się za to zatem. Mam zamazany widok przez łzy w oczach, więc utrudnia mi to odplątanie sznurków.
Odwiązuję wszystkie supły i uwalniam siostrę Justina. Przytula się do mnie mocno, a ja nie mogę nic na to poradzić, ale łzy same mi ciekną.
   -Już dobrze, skarbie -próbuję pocieszyć małą, zapłakaną Jas.
Rozglądam się i z podziwem twierdzę, że Chloe, Mike i Justin dali radę ponad dwudziestce osób.
Wszystkich... pozabijali. Próbuję nie patrzeć na martwe ciała na podłodze. I zasłaniam oczy Jas.
   -KURWA MIKE NIE MA DAMON'A -wrzeszczy Chloe. Marszczę brwi. Jak to go nie ma? Uciekł? Sadzam Jasmine na łóżku i od razu biegnę do Justina, podczas gdy Chloe i Mike są zajęci zniknięciem Sttick'a.
Zdejmuję jego bluzę ze swojego zranionego brzucha i owijam nią jego biodro. Próbuję nie płakać, ale jego stoicki spokój jeszcze bardziej mnie dołuje, niż gdyby miał płakać i ciągle kaszleć.
   -Kazałem im Cię pilnować.. -szepcze, bardzo cichutkim głosikiem. Głaszczę go po twarzy, włosach, ramionach. Histerycznie ciągle zerkam, czy przez bluzę nie przedostaje się krew, czy nie ma innych ran, czy nic go nie boli.
Nagle zaprzestaję tych czynności, gdy delikatnie łapie mnie za dłoń. 
Powoli przenoszę wzrok na jego twarz.
    -To moja wina.. -szybko kręcę głową, lecz to zły pomysł. Krzywię się z bólu. -Cierpisz przeze mnie..
Wciąż jestem słaba, lecz nie na tyle, by się nim nie zająć. Jestem silna. Tak myślę.
   -Shh.. shh.. -przykładam palec do jego ust. -Nawet tak nie mów.
   -Ja wiem, że macie tam swoje sercowe pogaduszki, ale musimy jechać -oznajmia Chloe, o którą znów jestem zazdrosna. Ale ma rację. Musimy jechać. Była tu niezła strzelanina, na pewno ktoś musiał to usłyszeć. -Teraz.
***
Po przyjechaniu do domu Justina od razu kładziemy go na łóżku, a Mike podaje mi apteczkę.  
   -No, podobno masz dobre wyniki z medycyny, działaj coś -Chloe przemawia. Przewracam oczami. 
   -Umiem zasady pierwszej pomocy, nigdy nie wyciągałam pocisku z ciała! 
Mike przewraca oczami, chichocząc. Widocznie bawi go ta sytuacja. Wzdycham.
   -Okej, dam sobie radę. Tylko.. wyjdźcie.
Chloe i Mike zabierają Jasmine, by nie musiała na to patrzeć. Wciąż jest w szoku.
Chloe obiecała, że posiedzi z Jas, więc prosiła, byśmy tam narazie nie wchodzili.
Justin również jest w szoku. Całą drogę się nie odzywał.
Biorę parę głębokich wdechów, próbując się uspokoić.
Sophie, musisz mu pomóc. 
   -Nic mi nie jest. Po prostu wyjmij mi tą kulę, a reszta się zagoi.
Prycham.
   -To nie wyglądało na nic, Justin -kręcę głową. Zdejmuję mu buty, po czym rozpinam guzik w jego spodniach.
   -Wooah, woah, skarbie -cicho chichocze, a ja posyłam mu zirytowane spojrzenie. Boże, jakiż on jest czasem dziecinny. -Spokojnie, sam mogę to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Widzę, że już pragniesz mojego.. 
   -Wiesz co? Jesteś jakiś chory. Twoja siostra właśnie została porwana, pozabijałeś dzisiaj tylu ludzi, jeden z nich uciekł, po tym jak zgwałcił Jasmine i Cię zastrzelił, zresztą mnie też, a Ty masz czelność się śmiać i traktować mnie jak.. -wzdycham, a jego mina rzednie. -Gdyby mi na Tobie nie zależało, już dawno bym stąd wyszła. 
Po swojej wypowiedzi odwracam się, by wyjąć wszystkie potrzebne rzeczy do wyjęcia kuli z biodra Justina i oczyszczenia oraz zaszycia mu rany. 
Jednak zatrzymuję się w półkroku, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
Czy ja przyznałam, że mi na nim zależy?  
Unikam jego spojrzenia, wpatruje się we mnie, zapewne w szoku. Jezus, ale wstyd.
Ściąga jeansy, bym miała lepszy dostęp do jego rany.
   -Umm.. Justin -niepewnie szepczę, odwracając się do niego. -Musisz też trochę.. um.. bokserki..
Obniża również bokserki, a mi nagle dłonie zaczynają się trząść.
Przełykam gulę w gardle i biorąc odpowiednie narzędzie w dłoń wyjmuję kulę.
   -Bałam się.. -niepewnie zaczynam. -O Ciebie.
Słyszę, jak przełyka ślinę, lecz nie podnoszę wzroku na jego twarz.
Po oczyszczeniu jego rany i zaszyciu jej, kieruję się do łazienki, by umyć dłonie i wracam do niego, by wziąć z etażerki apteczkę.
Czuję jednak, że muszę mu to wyjaśnić, żeby nie myślał, że naprawdę mi na nim zależy.
No bo.. nie zależy, prawda?
Odkładam wszystkie przybory na etażerkę przy łóżku i odwracam się w jego stronę.
Nie myliłam się. Jego oczy wywiercają dziury w mojej głowie, a ja się automatycznie rumienię.
    -A ja się bałem o Ciebie.. i Jasmine.
Moje serce spowalnia swój rytm, gdy wyciąga rękę w moim kierunku. Posyłam mu nieufne spojrzenie, po czym niepewnie podaję mu dłoń.
Jego dłoń jest ciepła i duża. Przechodzą mnie dreszcze.
Nagle mnie mocno ciągnie w swoją stronę, przez co ląduję na nim. Krzywi się z bólu.
   -Justin, Twoja rana.. -pragnę z niego zejść (tak naprawdę, to wolałabym na nim zostać), ale gdy się podnoszę, ocieram się o jego.. krocze. Dociska mnie do siebie mocniej.
   -Już nic mi nie jest -szepcze, patrząc na moje usta. Zagryzam wargę ze zdenerwowania. -Przepraszam..
   -Masz za co -sarkastycznie odpowiadam. Przewraca oczami, po czym kieruje swoje dłonie na moje pośladki. Przybliża swą głowę do mnie, a ja gram obojętną na jego dotyk. -Mogę już z Ciebie zejść? Twoja kość wbija mi się w brzuch.
Chichocze pod nosem, a tym razem ja przewracam oczami.
   -To nie kość..
CO?
Rozszerzam oczy w szoku. Nagle nieruchomieję.
Boże, ale wstyd.
Ociera się o mnie, a ja powstrzymuję się od jęku. Myślę, że teraz już wiem, co to.
Nawet nie kontroluję swoich ruchów. Widzę błysk w jego oku, więc bez namysłu również się ocieram o jego ciało.
Cholera. Jednak to nie był dobry pomysł, przypomniałam sobie o mojej ranie. Widocznie on też sobie o niej przypomniał, bo od razu się przeturlał tak, że to mnie położył na łóżku. Siedzi na moich udach tak, że ledwo się mogę ruszyć.
    -Kurwa, przecież Ty też jesteś ranna -nagle sobie to uświadamia, a ja z trudem powstrzymuję się od wywrócenia oczami.
Chłopak chwyta krańce mojej koszulki, lecz przytrzymuję jego dłonie.
   -Woah, woah, skarbie. -przedrzeźniam go, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ale on może grać głupka? Okej, to ja też mogę. -Spokojnie, mogę sama to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Masz ochotę na moje cycki, prawda?
Krzywo się uśmiecha, unosząc jedną brew do góry. Boże, on wygląda tak seksownie w tym momencie. Siedząc na mnie.. okrakiem.. bez spodni.. i trzymając krańce mojej bluzki..
Jezusie!
   -Gdybyś nie była ranna.. -zaczyna, powoli unosząc krańce koszulki. Tak mocno się skupiam na jego spojrzeniu i ciele, że nie zwracam uwagi na to, że ściąga mi top. -I gdyby mnie nie bolało biodro...
Zaczarowana unoszę się, żeby mógł mi ją całkiem ściągnąć. Odrzuca ją w kąt sypialni, a ja pozostaję w jednym miejscu, siedząc. Nagle Justin delikatnie ciągnie mnie za włosy, w taki sposób, że odchylam głowę do tyłu.
To tak strasznie podniecające.
Zbliża usta do mojej szyi i gdy przemawia, jego wargi delikatnie pieszczą moją szyję.
   -Myślę, że już dawno uprawialibyśmy baardzo słodką miłość.
Niemal czuję, jak w moim podbrzuszu roi się od motylków pędzących w dół. Zaciskam nogi, co nie uchodzi jego uwadze. Spragniona dotyku ocieram się o niego, gdy on zerka w dół, na mój biust.
    -Kurwa, Sophie -łapczywie wciągam powietrze, słysząc jego wark. Pochyla się nade mną bardziej, a ja kładę głowę na poduszce. Tuż po tym kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy, podpierając się na nich. Już chcę go pocałować, gdy on spogląda na moją ranę. Krzywi się i pozostając na mnie, sięga po apteczkę, której w końcu nie zaniosłam do łazienki.
   -Wiesz, umm.. mogę to sama zrobić -szepczę, nagle skrępowana. Dopiero sobie zdałam sprawę, że jestem pod nim w samym staniku.
   -Spokojnie, mała -"mała". "Mała". "Mała". Boże, dlaczego akurat dziś musi mnie tak sobą zachwycać? -Też mam małe doświadczenia medyczne.
Jego słowa mnie uspokajają, lecz wciąż jestem zawstydzona. Ciągle zerka na mój biust, za każdym razem uśmiechając się pod nosem.
I z każdym kolejnym czuję, jak ...coś... się wbija coraz mocniej w moje udo.
I kolejny raz ubolewam nad tym, że mnie nie pocałował. 

 ***
* ("Niepewnie biorę go do ręki") wybaczcie, ale musiałam to zaznaczyć XD 

wtorek, 8 września 2015

21. Justinie Bieberze, punkt dla Ciebie

Gdy wracam do domu próbuję cicho stąpać po skrzypiącej podłodze. Wiem, że moi rodzice nie śpią, ponieważ w ich sypialni świeci się lampa. Zamykam drzwi wejściowe, najciszej jak się da.
Po sprawdzeniu, czy nie ma ich w salonie, wchodzę po schodach na górę. Słyszę ich głosy docierające z sypialni.
Już mam wejść do swojego pokoju, gdy przypadkowo słyszę głos matki
   -W końcu będziesz musiał im powiedzieć -motyw tajemniczości w jej głosie sprawia, że nie pozostaje mi nic innego jak podsłuchanie dalszej rozmowy. Podchodzę po cichutku do ściany i nie wyłaniając się zza niej, próbuję usłyszeć resztę wymienianych zdań. -i tak się dowiedzą, wiesz to.
Ponure, głębokie westchnięcie ze strony taty wprowadza mnie w jeszcze większe zdezorientowanie. O kim oni mówią?
   -Jak to sobie wyobrażasz? Cody już sięga po narkotyki, jak się zachowa, gdy się o tym dowie? -jego głos jest równie tajemniczy, co matki. Jedynie bardziej przygnębiony. -Przecież wtedy już go kompletnie stracimy. Tak samo Sophie, ona się załamie.
   -Trzeba było o tym myśleć wcześniej -jedynie co po tym słyszę to pstryknięcie i tuż po tym dźwięku światła gasną.
Jestem jeszcze bardziej zdezorientowana, niż wcześniej. Nagle robi mi się słabo, muszę się przytrzymać ściany, by nie upaść. O co tu chodzi? Co się stało? Czy wszyscy muszą mieć przede mną jakieś tajemnice? Sama jesteś nie lepsza, no nie Sophie?
Dobra, przymknij się sumienie. Mam dość tych wszystkich pytań, na które nie znam odpowiedzi.
Kieruję się do swojego pokoju, po czym od razu kładę się na łóżku. Boże, jestem wyczerpana. Zamykam oczy, nawet się nie rozbierając. Nie myślę o niczym, jestem tak zmęczona, że od razu odpływam. Kręci mi się w głowie i ogólnie nie mam na nic siły. A zwłaszcza na odebranie telefonu, który nagle zaczyna dzwonić, zmuszając moje ciało do drgnięcia.
Dla spokoju podnoszę go i odbierając połączenie, przykładam do ucha.
    -Halo? -mamroczę pod nosem. Same oczy mi się zamykają. -Kimkolwiek jesteś, daj mi spać.
Słyszę, jak ktoś po drugiej stronie pociąga nosem. Nie odzywa się.
Już mam się rozłączyć, gdy nagle słyszę jego roztrzęsiony głos
    -Chyba potrzebuję Twojej pomocy.. -po przeanalizowaniu tego zdania automatycznie się otrząsam i unoszę do pozycji siedzącej. Moje serce bije o wiele szybciej niż niecałe trzy sekundy temu i nagle nie chce mi się już spać. -Natychmiast.

Wieczorny chłód nie przeszkadza mi w pokonaniu paru dzielnic prowadzących do Justina.
Gdy go widzę, od razu na mojej twarzy pojawia się mały uśmiech. Stoi do mnie tyłem, rozmawiając przez telefon. Jest ubrany w czarne dresy i szarą bluzę.
Rozłącza się, a gdy odwraca się w moją stronę automatycznie uśmieszek znika z mojej twarzy. Jego wyraz twarzy mówi mi, że jest wściekły, zagubiony, zawiedziony i.. bezradny.
   -Nigdzie jej kurwa nie ma! -wrzeszczy, ciągnąc za swoje cudowne, złote włosy. Ma przekrwione oczy, jakby płakał. -Nie ma jej u pierdolonej sąsiadki, u Mike'a, u drugiej sąsiadki, w przedszkolu.. kurwa mać, szukałem nawet na jebanym placu zabaw, a jedyne co znalazłem, to puste butelki wódki!
   -Justin, spokojnie! -próbuję go uspokoić, choć sama się trzęsę jak galareta. I to nie z zimna. Ze strachu o małą, brązowooką dziewczynkę, którą pokochałam jak własną, młodszą siostrę. -Ona się znajdzie, ale Twoje krzyki nic nie dadzą.
Nagle do mnie podchodzi i ciągnie za nadgarstki, przyciągając do swojego rozgrzanego, trzęsącego się ciała. Ostatnio często mnie przerażasz, Justin.
   -Zajmuję się rzeczami, o których nawet nie masz pojęcia. Mieszkam w miejscu, gdzie codziennie popełniane są przestępstwa. Gwałty, morderstwa, kradzieże.. Kurwa mać, znam osoby, które za jedno krzywe spojrzenie w ich stronę mogłyby Cię zgwałcić, a następnie zabić, rozumiesz? -jego wściekłe spojrzenie przebija moją duszę, lecz nie lękam się. Rozumiem go. Ma prawo być wściekły. Spluwa mi w twarz, a ja jedynie stoję i wpatruję się w niego ze współczuciem. -Nadal wierzysz, że nic jej nie jest?
Jego twarz jest niemalże centymetr od mojej i gdyby nie sytuacja w której się znaleźliśmy, miałabym ochotę go pocałować. Lecz w tej chwili jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to troska o Jasmine i o psychikę Justina.

Po półgodzinnym poszukiwaniu dziewczynki byłam jeszcze bardziej zdeterminowana niż wcześniej, by ją odszukać. Justin był za to wyczerpany. Nie fizycznie, psychicznie.
Gdy mijamy kolejne miejsce w którym mogłaby być brązowooka, roztrzęsiony chłopak pada na kolana i szepcząc coś pod nosem, zaczyna się trząść.
Orientuję się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy słyszę jego zgrzytanie zębami i głośny, niespokojny oddech. Odwracam się, od razu do niego szybko podchodząc.Wpatruje się pusto w mokrą trawę.
Całe jego ciało przechodzi dreszcz, gdy dotykam jego ramienia.
   -Justin, spokojnie.. -szepczę, próbując zapanować nad jego emocjami. Musi wziąć się w garść. Zaczyna jeszcze bardziej panikować i jeszcze głośniej oddychać. Wygląda, jakby dostał ataku. Tak, myślę, że to wygląda jak atak paniki. Cholera. -JUSTIN!
Ponownie nie reaguje. Również klękam przed nim na kolanach i unoszę jego twarz, by na mnie spojrzał. Jego spanikowany wzrok desperacko próbuje odnaleźć moje oczy, lecz zgaduję, iż łzy formułujące się w jego tęczówkach uniemożliwiają mu to. Teraz i ja panikuję. Zaciska oczy, jakby chciał pozbyć się łez.
Nawet nie wiem gdzie jesteśmy, roztrzęsiony chłopak jest moją jedyną mapą.
   -Musisz się uspokoić, okej? -ujmuję jego twarz w dłonie, przygotowana na łzy cieknące po twarzy. Zamiast tego, gdy otwiera wystraszone oczy, nie ma w nich już łez. Ponownie są beznamiętne, puste. A mi jest jeszcze bardziej go szkoda. -Dlaczego to robisz?
   -Co robię? -wreszcie się odzywa, choć bardzo cichym, trzęsącym się głosem. Kręcę głową do siebie, przytulając go. Bardzo delikatnie, by dać mu do zrozumienia, że tu jestem i może na mnie liczyć.
   -Ukrywasz emocje -szepczę mu do ucha smutnym głosem. Dlaczego się wstydzi swoich uczuć? Nie może się przede mną otworzyć? Dlaczego wypiera każdą silną emocję? -Nie rób tego więcej.
Zerka na mnie, wzdychając.
   -Uczucia są częścią świata, którego nie znam -odszeptuje, podnosząc się i idzie, zostawiając mnie sparaliżowaną w tyle.
Nieprawda. Należysz do mojego świata, Justin. A tu uczucia grają główną rolę.

    -O co chodzi? -pytam, widząc jego minę. Rozmawia przez telefon, co chwilę zmieniając wyraz swojej twarzy. Raz jest wściekły, a raz smutny, zszokowany.
Nie odpowiada mi.
    -Jeśli cokolwiek jej kurwa chuju zrobisz, przysięgam, że odetnę Ci fiuta i rzucę go na pożarcie rekinom -wściekle syczy. I wtedy już wszystko rozumiem. -Nie będę Ci nic załatwiał, skończyłem z tym, dobrze o tym wiesz..
Po chwili rozłącza się, dysząc z wściekłości. Chcę go uspokoić, lecz cofa się za każdym razem, gdy się zbliżę.
Odchodzi na parę metrów ode mnie i uderza zaciśniętą pięścią w murowaną ścianę. Nawet się nie krzywi z bólu, jedynie jeszcze bardziej się wścieka.
   -Justin..
Wzdycham, wiedząc, że mnie nawet nie słucha. Nagle zaczyna okładać ten sam mur pięśćmi, ignorując krew cieknącą z rozdartych kostek.
Podbiegam do niego, popychając w stronę muru. Nie daje to nic, jedynie zwiększa siłę, z jaką uderza w niego.
   -Słuchaj, wiem jak się czujesz, to okropne, ale musisz wziąć się w garść! -wrzeszczę, choć nie wiem kto porwał Jasmine. Ale na pewno nie jest to żaden dziwny kolega Justina. Wiem, że dzieje się coś złego. Bardzo złego. -Nie jesteś niczemu wi...
   -PIERDOLISZ GŁUPOTY! -wrzeszczy mi prosto w twarz, wprawiając mnie w zakłopotanie. Nie wiem co powiedzieć, jego spojrzenie jest zbyt intensywne. -To całe jebane gówno w jej życiu jest moją winą, okej? Rozwód rodziców, śmierć matki, wypadek mojego brata.. -kręci głową do siebie. Nagle nieruchomieję, gdy słyszę jego cichy wark. -Jebane kurwa motory..
Wpatruję się w jego twarz, próbując zrozumieć o czym mówi. Nie wiedziałam, że miał brata.
   -O czym Ty mówisz? -niepewnie pytam, gdy on ze stresu pociera swoją twarz dłońmi, wzdychając. Ma zaciśnięte oczy, gdy ciężko oddycha. Tak dużo dziś przeżył.. chcę przejąć na siebie mały kawałek jego bólu, jak w serialu Teen Wolf.
   -Nie interesuj się, okej?
Patrzę na niego jak na debila. O co mu znowu chodzi? Boże.
   -Och, więc rozumiem, że mam sobie iść? -uśmiecham się sardonicznie, pogarszając sytuację.
Automatycznie na mnie zerka, nie odpowiadając mi. Jedynie kręci głową, dając mi do zrozumienia, że nie chce ciągnąć tematu. Rusza naprzód, prawdopodobnie próbując obmyślić jakiś plan.
A ja kolejny raz się gubię w jego słowach, oczach i łzach, które kolejny raz udało mu się zatrzymać.
   -Mógłbyś mi chociaż łaskawie powiedzieć, czego się dowiedziałeś przez ten cholerny telefon? -z wyrzutem pytam, tracąc cierpliwość do tego chłopaka. -I kto Cię tak strasznie nienawidzi, że chciałby skrzywdzić Twoją jedyną rodzinę? Chcę, żebyś w końcu mi zaufał.
Zatrzymuje się, odwracając głowę w moją stronę. Wpatruje się we mnie, jakby chciał nauczyć się na pamięć każdego elementu mojej twarzy. Choć mi to sprzyja, ignoruję to. Potrzebuję mu pomóc, lecz nie zrobię tego, gdy nie będę wiedzieć co się dzieje. On musi mi w końcu zaufać.
Przełykam głośno ślinę, słysząc jego odpowiedź.
   -Jasmine jest na to zbyt dobra, Sophie. Ona nie zasługuje na to piekło -kręci głową do siebie, a ja wstrzymuję oddech, czekając, aż powie coś więcej. -Mówiłem Ci, że dużo ludzi pragnie mnie złamać. Zrobiłem kiedyś coś okropnego, nawet jak na mnie. Więcej Ci nie mogę niestety powiedzieć.
Czując szczerość i powagę w jego głosie, kiwam głową, godząc się z tym. Podchodzę do niego, a gdy jestem już na wyciągnięcie ręki, dotyka palcami mojej dłoni. Złącza nasze palce, wzdychając.
Patrzymy w niebo, kompletnie, jakbyśmy byli na spokojnym spacerku w parku wieczorem.
Tyle, że nie jesteśmy spokojni i nie jesteśmy w parku.
   -A i jeszcze jedno -nie odwracam się do niego, choć wiem, że na mnie patrzy. Wzdycha, z powrotem unosząc głowę w stronę gwiazd. Dziś zdecydowanie świecą mocniej, niż zwykle. -Nikomu nie ufam tak, jak Tobie, dziewczyno. Tylko przy Tobie pokazuję.. swoje uczucia, jeśli jeszcze nie zauważyłaś.
Automatycznie się rumienię. Obejmuje mnie niepewnie ramieniem, a ja potajemnie wciągam zapach jego odurzających i podbijających serce perfum.
   -I bardzo podoba mi się Twoja koszulka, musisz nosić ją częściej -zerkam w dół, sprawdzając jaką koszulkę mam na sobie. No tak, chodziło mu o jej szeroki dekolt. Typowy facet.  
   -Mam rozumieć, że podoba Ci się widok moich piersi? -unoszę brew, prychając. Boże, a było tak romantycznie.. no, niezależnie od sytuacji. -Wiedziałam, że chodzi Ci tylko o to.
Posyła mi zdziwione spojrzenie, jakbym postradała zmysły. Po chwili jednak uśmiecha się lekko, łagodnie, po czym sam prycha, jakbym go uraziła.
   -Chodziło mi raczej o napis na niej -ponownie sprawdzam jaką mam na sobie koszulkę.
Na samym jej centrum pisze "Today the sky is filled with stars" wielkimi, grubymi literami.
   -Twoja koszulka mówi prawdę, dziś jest tak wiele gwiazd -szepcze, po czym pochyla się, by mnie pocałować.
A ja kolejny raz tego dnia mam ochotę jednocześnie się rozpłakać z bezradności.. i jednocześnie z własnego szczęścia.
Justinie Bieberze, punkt dla Ciebie.


***
o jeju, jeju XD
ogólnie to od razu przepraszam za nieobecność, ostatnie miesiące nie były najłatwiejszymi
widzę, że istnieją osoby które to czytają i czekają na kolejny rozdział 
a więc oto on - napisany na spontanie w godzinę, więc strasznie przepraszam za błędy i zjebaną pisownię - ponownie zresztą
nie pisałam tu dłuższy czas, ponieważ właśnie planuję nowe fanfiction
ale spokojnie, jeżeli ktokolwiek chce, bym dalej prowadziła to ff, to nie zostawiam tego
po prostu mam wiele nowych pomysłów
i chciałabym spróbować z kompletnie inną fabułą :)
zainteresowani > http://forgotten-boyfriend.blogspot.com/
 
 

sobota, 25 lipca 2015

20.Dlaczego mnie nie pocałowałeś, Justin?

   -Ale po co Ci lalka, Jas? -Justin pyta siostrę, która narzeka na brak swojej lalki barbie w lodziarni. Jest taka słodka, gdy bez przerwy marudzi. -Przecież jesteśmy w lodziarni.
   -No bo chcę się pobawić! -tłumaczy, liżąc swojego truskawkowego loda dookoła. Chłopak kręci głową, śmiejąc się pod nosem.
   -W lodziarni?
   -Tak, a masz coś do tego? -pyta groźnym tonem.
Razem z Justinem posyłamy sobie rozbawione spojrzenia i chichoczemy z uroku dziewczynki. Temperament ma standardowo po szatynie.
   -Nie, nie mam, Jas.
Wpatruję się w niego nie dowierzając, że jeszcze dzień wcześniej się z nim całowałam. Jest taki piękny. Nadal czuję jego posmak w ustach, a za każdym razem, gdy na mnie zerka, wnętrzności gilgoczą mój żołądek od środka.
W tym momencie on unosi na mnie wzrok, a ja się rumienię, gdy posyła mi swój łobuzerski uśmiech. Wiem, o co mu chodzi. I nie przyznaję tego sama przed sobą, ale.. w głębi serca chciałabym znów poczuć jego dłonie na swoim ciele.

Gdy siadamy na kanapie Justina, w jego domu, tuż po tym jak wróciliśmy, Jasmine od razu biegnie w stronę swojej szafki na zabawki i wyciąga z nich lalki. Czuję się niezręcznie po wczorajszym pocałunku z chłopakiem, tym bardziej, że zaprosił mnie do siebie bym razem z nim się pobawiła z Jas.
Siada obok mnie na kanapie i pilotem włącza telewizję, niezauważalnie się do mnie przysuwając o centymetr. Głośno przełykam ślinę i zakładam nogę na nogę, poprawiając fryzurę. Przewija programy, gdy nagle słyszymy pisk jego młodszej siostrzyczki.
   -Juuuuustin! -piszczy, wbiegając do salonu. -Daj wcześniej, wcześniej!
Rozbawiony cofa o dwa kanały, a na ekranie wyświetla się bajka animowana "Toy Story 2". Od Justina dowiaduję się, że to jej ulubiona bajka, nie licząc Królewny Śnieżki i Epoki Lodowcowej.
   -Posuń się do Sophie, grubasku! -z cichutkim chichotem brązowooka uśmiecha się złośliwie, a Justin przysuwa się do mnie powoli. Kanapa jest naprawdę duża, Jasmine jest mała i nie potrzebuje dużo miejsca, a on przysunął się do mnie tak, że nasze uda i ramiona się stykają. Dziewczynka siada obok Justina, rozpromieniona przyglądając się mówiącym zabawkom w telewizji.
   -Sama jesteś grubaskiem! -ze śmiechem odpowiada, na co Jasmine wystawia mu język i ponownie wsłuchuje się w głosy narysowanych postaci.
Próbuję się skupić na bajce, ale bliskość Justina i jego zapach mnie rozpraszają. Potajemnie go obwąchuję, wzdychając z zachwytu w głowie. Jednak chyba nie robię tego w głowie, gdyż chłopak szybko na mnie zerka i w równie szybkim tempie odwraca wzrok, obracając głowę w kierunku w ciszy oglądającej siostry.
Udając ziewnięcie, oplata ramieniem moją talię i przyciąga do siebie. Powstrzymuję śmiech, nie chcąc przeszkadzać skupieniu Jas. Wtulam się w klatkę piersiową szatyna, z małym uśmieszkiem formułującym się na twarzy. Opieram niezręcznie głowę o jego ramię, a on widząc, że jest mi niewygodnie, poprawia się na siedzeniu i ustawia się tak, bym mogła się wygodnie ułożyć.
Gdy się ponownie w niego wtulam, kładzie dłoń na dole moich pleców i oddycha mi cichutko do ucha. Słyszę szybkie bicie jego serca, więc wtulam się w niego mocniej. Po dwóch minutach jego palce drugiej dłoni powoli przenoszą się na moje kolano, miziając je niepewnie. Dreszcze przechodzą mnie od tamtego miejsca aż do czubka głowy. Drapię się po policzku, a gdy chcę go ponownie przytulić, nawet nie mam pojęcia, co robię, ale moja ręka przechodzi przez jego krocze, delikatnie się o nie ocierając. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero, gdy słyszę jak gwałtownie wciąga powietrze.
Przyciąga mnie do siebie bliżej, a ja oddycham w jego szyję. Jego druga dłoń odnajduje moją i po chwilowej walce naszych kciuków złącza nasze palce razem. Moje serce bije jak oszalałe, gdy przybliża się do mnie w taki sposób, że jego klatka piersiowa styka się z moim biustem. Zerka w dół i zagryza swoją wargę, a ja zarumieniona odwracam wzrok. Mam dziś na sobie koszulkę z nie małym dekoltem, więc ma widok na część moich piersi.
Nagle unosi się razem ze mną i zerkając w stronę Jasmine, ciągnie mnie za rękę w stronę jego sypialni, a w moim brzuchu rodzi się stado oszalałych motylków pragnących jego i jego ciała. I ust. I oddechu. I szeptu, mówiącego mi, że też mnie lubi.. i pragnie.
Nie, wróć. Ja go nie lubię. Albo jednak? Sama nie wiem, czy mogę polubić kogoś takiego jak on, lecz nie mam czasu na rozmyślanie nad tym, gdyż on jest już zaraz obok mnie, a ja znów jestem uwięziona w bańce mydlanej jego odurzających perfum.
Przygniata mnie do ściany, chwytając oba nadgarstki i unosząc je do góry. Dyszy mi do ucha, liżąc rozpaloną skórę na szyi. Kieruje swoje pocałunki z szyi do moich ust, a ja mam ochotę piszczeć z podniecenia, gdy po raz drugi nasze języki spotykają się w namiętnej walce. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, by mu ulec. Jest zbyt blisko, bym grała niedostępną.
Gdy jego cichy wark do mnie dociera, nagle odnajduję w sobie siłę i wyrywam mu swoje nadgarstki, by ulokować dłonie na jego szyi, przyciągając do siebie najbliżej, jak się da. Jemu to najwyraźniej się podoba, jego dłonie nagle znajdują się na moich pośladkach, ściskając je.
Naprawdę próbuję znaleźć w sobie silną wolę, lecz gdy ciągnie mnie w stronę swojego łóżka, nie odmawiam. Podoba mi się. I to mnie przeraża. Myślę, że uzależniam się od jego pieszczot.. jego głębokich warknięć, jęknięć.. jego ciężkiego oddechu.. jego dłoni na moim ciele, które właśnie kieruje pod moją koszulkę.
Gdy jego palce odnajdują skrawek mojego biustonosza, moje serce bije jak oszalałe. Odsuwa się delikatnie, przy tym ocierając się o mnie. Patrzy mi w oczy, a ja jedyne co jestem w stanie zrobić, to pocałować go namiętnie, lecz niepewnie. Jego jedna dłoń wchodzi pod miseczkę stanika, a jego palce zaciskają się na moim sutku, wyciskając go przyjemnie boleśnie. Oboje jęczymy, gdy wiję się pod nim w taki sposób, że ponownie nasze krocza się o siebie ocierają. Już ma ściągnąć moją koszulkę, gdy nagle słyszymy mój telefon.
   -Ja pierdole.. -jego cichy, ochrypły mruk przy moim uchu doprowadza mnie do szału. Nienawidzę tego, co robię, lecz odbieram połączenie.
   -Halo? -najpierw odchrząkuję, by nie było po mnie słychać, że właśnie robiłam nieprzyzwoite rzeczy z Justinem Bieberem.
   -Cześć, myszko -słyszę głos Natana po drugiej stronie. Justin automatycznie unosi gwałtownie głowę, wpatrując się we mnie zdziwiony. Boję się, że Nate coś wspomni o naszym związku..
   -EE, hej - niepewnie odpowiadam, nie chcąc, by Justin nabrał podejrzeń. Delikatnie go popycham, by ze mnie zszedł. Podnoszę się do siadu, i już mam wstać i wyjść z jego sypialni, gdy zatrzymuje mnie jego ręka. Gładzi palcami moje ramię, a ja przełykam gulę w gardle.
   -Co robi moja ślicznotka? -Jezus Maria, jeżeli on będzie się tak do mnie zwracał to na pewno Justin się kapnie. Śmieję się cicho, nie wiedząc, co powiedzieć.
   -Wiesz co? -unikam twardego spojrzenia Justina, bo boję się, że zrozumiał aluzję. -muszę kończyć, pa.
Rozłączam się szybko, słysząc, że Nate zaczyna zdanie, którego chamsko nie pozwalam mu dokończyć. Jest mi go szkoda. Bardziej, niż Justina, ponieważ wiem, że on nie bierze mnie na poważnie. Dlaczego więc ciągle mu ulegasz?
   -Widzę, że lecisz na dwa fronty, myszko  -sarkastyczny głos chłopaka mnie dołuje. Justin ze mnie wstaje, patrząc z pogardą w moje oczy, po czym z wyrzutem pyta -Co to miało kurwa być?
Próbuję jakoś racjonalnie wyjaśnić zachowanie Natana, lecz nie potrafię z siebie wydobyć ani słowa. Niby co mam mu powiedzieć?
   -Justin, przecież wiesz jaki on jest.. -zaczynam wymyślać, coś, co jest prawdą. Lecz nie do końca.. -Co możesz na to poradzić? Nie zmienisz go..
   -A żebyś wiedziała, że coś poradzę -jego agresywne zachowanie mnie przeraża. W jego oczach widzę jedynie nienawiść i desperację. A ja czuję, że on nie żartuję i.. jest do tego zdolny.
   -Przestań.. on po prostu.. -staram się go uspokoić, opanować. Nie lubię tej wersji Justina.. staram się go przekonać, że wolę jego i jestem po jego stronie -Zakochał się i teraz będzie starał się mnie podrywać, bo jest zazdrosny o Ciebie, o to, co nas łączy..
   -Co nas łączy? -parska śmiechem, a ja nagle czuję, jakbym dostała kopniaka w twarz. Jak to, co? -Co nas według Ciebie, niby, kurwa łączy?
   -Jezus, Justin.. -odwracam wzrok, czując jak łzy się zbierają w moich oczach. Desperacko staram się, aby nie wyszły na wierzch. On nie może wiedzieć, że go lubię bardziej, niż powinnam -O co Ci chodzi?
Nie odpowiada, więc żałośnie powtarzam.
   -O CO CI CHODZI? -wbija wzrok w podłogę, więc wzdycham.
Nagle do mnie podchodzi i niezręcznie przytula.
  -Sory no, nie wiem co mi odbiło.. -całuje mnie delikatnie w usta, a ja automatycznie zapominam o sporze sprzed paru sekund -Odwiozę Cię.

Stoimy już niedaleko mojego domu, a ja przytulam się do Justina opierającego się o motocykl, rozmyślając, czy naprawdę byłby w stanie zrobić coś Natanowi.
Unoszę głowę w jego stronę i wpatruję się w ten perfekcyjnie prosty nos, nieskazitelną skórę, oczy koloru tysiąca sztabek złota.. te pulchne, malinowe wargi, które unoszą się w tym uwodzicielskim uśmieszku.
Nagle sobie przypominam o balu, który jest za sześć dni. Chcę zapytać Justina, czy ze mną się na niego uda, lecz to byłoby nie fair wobec Natana. Wkopałam się w niezłe bagno, ulegając Natanowi. Przecież to przy Justinie jestem sobą..
Chłopak chowa głowę w mojej szyi, uśmiechając się w nią. Nagle otrząsam się z zamyśleń. Czuję, jak mnie mocniej obejmuje. Wzdycham, wspaniale czując się w jego ramionach.
   -Nie mów tak więcej.. -nagle niepewnie szepczę.
   -Jak? -niezbyt zainteresowany mruczy przy mojej skórze, delikatnie ją łaskocząc, lecz to ignoruję.
   -O Natanie.. rozumiem, że Cię, wkurza, ale jesteś.. przerażający, gdy mówisz, że coś na niego poradzisz.
Unikam jego wzroku, lecz czuję jak lodowato przytwierdza go do mojego policzka. Odsuwa się lekko, a ja natychmiast żałuję, że zaczęłam ten temat.
   -Boisz się? -szepcze mi do ucha, jakby bojąc się, że się wystraszę, jeśli spyta o to głośniej. Ponownie go głaszczę po palcach. Ma takie potwornie zimne dłonie, które jednocześnie potrafią mnie zawsze ogrzać..
   -Czego miałabym się bać? -czuję tą miłą atmosferę między nami.
Długo nie odpowiada, lecz gdy się do niego odwracam, przemawia cichutko i niepewnie.
   -Mnie.. -szepcze z bólem w oczach, a ja nawet nie zastanawiam się nad odpowiedzią. Kręcę przecznie głową.
   -Nie boję się Ciebie.. -utrzymuję jego wzrok, a ten delikatnie się do mnie uśmiecha, głaszcząc mój policzek. Jest już ciemno, a połowę twarzy Justina pokrywa cień. Widzę w jego oczach księżyc i.. ulgę. -Boję się, że stracisz kontrolę.. nie jestem pewna, czy mogę Ci ufać, czy nie zrobisz czegoś głupiego..
I stopniowo jego uśmiech zmienia się w grymas, a on marszczy swoje krzaczaste brwi, dodające mu uroku.
   -Też się tego czasem boję.. -przyznaje z nutką rozczarowania. Delikatnie całuje mnie w czoło i odsuwa od siebie. Marszczę brwi pytająco, gdy on wpatruje się w jeden punkt, wyraźnie zamyślony -Muszę już iść..
Zrezygnowana wzdycham, przesuwając dłonią po włosach.Wsiada na motocykl, trzymając w ręce kask. Zakłada go, wyglądając przy tym jak zawsze - seksownie.
   -Dobrze, w takim razie.. -ze słabym uśmiechem wzruszam ramionami. -Dobranoc, Justin..
   -Cześć -obojętnie odpowiada swoim aksamitnym głosem, zanim wyjeżdża z piskiem opon. A ja podążam za nim wzrokiem, zanim nie znika zza zakrętu.
Dlaczego mnie nie pocałowałeś, Justin?
Dlaczego nie zapewniłeś, że  nie muszę się tego bać..?

poniedziałek, 6 lipca 2015

19. Kocham lody!

Opiera głowę o moją i wypuszcza głośno powietrze. Nie wiem skąd ten głosik dociera, lecz gdy Justin odwraca się do tyłu, zauważam mała dziewczynkę o dużych, brązowych, zmrużonych oczach i długich ciemnych włosach oraz bladej twarzy.
Jest ubrana w zielono-szarą piżamkę, a ja momentalnie mam ochotę zabić Justina.
Ma córkę! Dlaczego mi nie powiedział?
A ja się z nim.. ugh! Nie będę na niego krzyczeć przy tej małej dziewczynce. Jest taka kochana i naprawdę bardzo podobna do Justina.
Zaświeca światło i klęka przy małej. Ta trzyma pluszaka, jest to biały króliczek. Ściska go tak mocno, jakby się bała, że jej ucieknie.
   -Dlaczego nie możesz zasnąć, księżniczko? -jego potulny głos sprawia, że staram się nie zanucić z zachwytu.
   -Bo jest burza.. -mruczy, ignorując moją obecność.
Postanawiam dać Justinowi do zrozumienia, co myślę o nim, ale wtedy zerkam na nią i jej przestraszoną twarzyczkę.
   -Też się boję burzy -uśmiecham się do niej lekko i niepewnie, a ona zwraca na mnie całą swoją uwagę. -Ale nie ma czego się bać, jeśli obok jest rycerz, który Cię obroni.
Przenosi nieśmiało spojrzenie z powrotem na Justina i niepewnie pyta
   -Zostaniesz moim rycerzem?
Ten uśmiecha się do niej i podnosi ją. Dziewczynka wtula się w Justina, a on na rękach prowadzi ją do jej pokoiku.
   -Zostanę kimkolwiek zechcesz -oświadcza i posyła mi spojrzenie, bym poczekała, aż to załatwi.
Muszę z nim to wszystko wyjaśnić, a teraz będzie mi łatwiej powiedzieć mu o Natanie, bo mnie okłamał.
A właściwie to nie okłamał, tylko nic nie powiedział o tym, że ma dziecko. I tak to boli tak samo.
Niecierpliwie czekam, aż uśpi małą, rozglądając się po kuchni, jakbym tu była pierwszy raz.
Dotykam blatu, w miejsce, gdzie jeszcze parę minut temu całowałam gorąco Justina. Albo raczej on całował mnie? Nie wiem, ale to było gorące.
W końcu słyszę cichy głos obok, więc odwracam się do tyłu i zauważam Justina.
   -Fajnie, że mi o niej powiedziałeś, zanim się całowaliśmy.. -sarkastycznie się uśmiecham, zakładając ręce na piersi. Marszczy brwi.
   -Nie wiedziałem, że to coś zmienia.. -szepcze ponuro. Widzę, że jest.. zawiedziony? Zdziwiony?
   -Oczywiście, że zmienia! -krzyczę, po czym przypominam sobie o śpiącej dziewczynce i ściszam głos, cicho warcząc. -Myślisz, że całowałabym się z Tobą, gdybym wiedziała, że masz córkę?
Nagle nieruchomieje, a ja nie wiem o co mu chodzi. Ale mam to gdzieś, jestem na niego wściekła.
   -Ty myślisz.. Ty naprawdę myślisz.. -śmieje się cicho, a ja czekam, aż dokończy. -Ty myślisz, że to moja córka?
Zatyka mnie.
Więc.. co? Nic już nie rozumiem.
   -W takim razie.. kim ona jest dla Ciebie?
   -To moja młodsza siostra -wybucha śmiechem i dopiero po chwili się uspokaja.
Teraz już rozumiem! Nagle jest mi głupio i się rumienię.
Nie wiem czy z powodu mojej pomyłki, czy z racji tego, że całowałam się z nim jeszcze pół godziny temu.
Podchodzi do mnie i kładzie niepewnie dłonie na mojej talii i przyciąga mnie do siebie.
Wpatrujemy się sobie w oczy, aż w końcu moja ciekawość wygrywa.
   -Gdzie są Wasi rodzice?
Mogę go o to pytać? Cóż.. i tak już go spytałam.
Nagle mnie puszcza i odsuwa się, a ja boję się jego reakcji.
W końcu znowu może się wkurzyć o nic..
   -Nie żyją -chrapliwie mruczy, z wyraźnym żalem w oczach.
   -O Boże, przepraszam -szepczę przerażona. Tak młody człowiek został sam, bez rodziców. Opiekuje się swoją małą siostrą, nie ma pieniędzy.. jest mi go tak bardzo żal. -Tak mi przykro..
On jedynie kręci głową, wzrusza ramionami i uśmiecha się słabo.
   -Jebać.
Widzę, że ukrywa swoje emocje, dlatego już nie pytam. Zerkam na zegarek i widzę, że jest wpół do piątej.
   -Boże, muszę iść -wychodzę szybko na przedpokój, a za mną idzie Justin.
Moi rodzice wstają o piątej!
Otwieram drzwi i gdy chcę wyjść z jego domu, łapie mnie za rękę i obejmuje w pasie. Pochyla się nade mną, a ja pytam z wyraźną nutką rozbawienia w głosie.
   -Nie wiesz, że żegnanie się w progu przynosi pecha? -chichoczę razem z nim.
   -Kto powiedział, że się żegnamy? -unosi brew, uśmiechając się chytrze.
Pochylam się nad nim i szepczę mu do ucha
   -Ja -i niepewnie cmokam go w policzek, ponownie się rumieniąc tego dnia.
Kiwa głową i mnie puszcza, uśmiechając się. Idę przed siebie i próbuję nie piszczeć ze szczęścia.
Idę prosto, nie obracając się. Dopiero oglądam się za siebie, gdy słyszę jak zamyka drzwi.
Gdy jestem już na tyle daleko, by nie mógł mnie usłyszeć, zaczynam piszczeć. Po chwili jednak ktoś wrzeszczy, abym się zamknęła, więc zażenowana milknę.
I wtedy przypominam sobie o Natanie.. przecież to jest zdrada!
Jak mu to powiem? Jak powiem to Justinowi?
Wracam do domu, pogrążona tymi myślami.
Staram się być cicho, gdy rozbieram bluzę, ściągam buty i wchodzę po schodach na górę. Wchodzę pod kołdrę, a wspomnienia z tej nocy przewijają mi się przez głowę i stają się snem, w którym nikt nam nie przeszkadza i kontynuujemy to co zaczęliśmy.. i to nie jest pierwszy raz, gdy myślę o nim w taki sposób.

   -A jak tam z Natanem? -pyta Leila,gdy po raz czwarty okrążamy korytarz w szkole. Jest przerwa, a Nate'a nie ma dzisiaj w szkole. W sumie to może i lepiej, bo nie umiałabym mu spojrzeć w oczy.
   -Umm.. -przez chwilę zastanawiam się, czy jej powiedzieć o naszym pocałunku, ale rezygnuję. Wiem, jaki ma stosunek do Justina. Gdyby się dowiedziała co wczoraj robiliśmy i że u niego byłam, byłaby zła i rozczarowana. -Chyba dobrze, nie ma go w szkole, więcnie wiem w sumie..
   -Nie martw się, na pewno nic się nie zmieniło! -radośnie woła, a ja się sztucznie uśmiecham.
I idziemy na matematykę, ona pogrążona w wyobrażeniach o mnie i Natanie, a ja w wyobrażeniach o mnie i.. Justinie.

W momencie, gdy wychodzę ze szkoły, słyszę głośny pisk opon. Odwracam się w tamtą stronę i zauważam nikogo innego, jak Justina.
Zsiada z motoru i patrzy na mnie, uśmiechając się krzywo.
A w moim brzuchu rodzi się dziwne uczucie, to samo, które poczułam, gdy między nami TO zaszło.
Rozglądam się wokół, zauważając, że wszyscy na niego patrzą.
Przecież tam nie podejdę, bo zaczną się plotki. Udaję, że go nie znam i przechodzę obojętnie, tuż obok niego. Ten do mnie podbiega i chwyta za ramię. Wzdycham, nie chcąc, by się wkurzył. Znam go już trochę i przeczuwam, kiedy się może zdenerwować.
   -Czemu mnie ignorujesz? -patrzy mi intensywnie w oczy, a ja zerkam wszędzie, byle nie na niego.
   -Nie ignoruję Cię.. -mruczę, patrząc w buty.
   -To dobrze -chwilę nic nie mówi, tylko się we mnie wpatruje. W końcu jednak unosi moją brodę i z małym uśmiechem na ustach dokańcza. -Bo wtedy musiałbym odwołać nasze wyjście na lody.
Wpatruję się w niego zaszokowana. Czy on chce mnie zabrać na.. lody? Mam nadzieję, że chodzi mu o te zimne lody, nie.. no wiecie. Nigdy nie wiadomo, co mu przyjdzie do głowy.
   -Lody? -nagle cały mój zły humor mija i ekscytuję się. -Jezu, jak ja dawno nie jadłam lodów! Kocham lody!
   -To fajnie -śmieje się z mojego zachowania, przez co dostaje ode mnie kuksańca.
   -Au! -krzyczy i wsiadamy na jego motor, a ja nawet nie przejmuję się tym, że powinnam wracać do domu.
Ani tym, że Nelson stoi w oknie szkoły, wpatrując się w nas z zazdrością.
I nie zauważam jednego, małego szczegółu.
Na tym samym piętrze po drugiej stronie w oknie stoi Natan z pogardą i rozbiciem w oczach.

18, Nie mogę spać

   -Kocham Cię -to zdanie sprawia, że zamieram.
Ale.. przecież on nie może mnie kochać. Czuję, że to wszystko mnie przytłacza. To wszystko dzieje się za szybko.
   -Nate, ja.. -wzdycham, nie wiedząc co powiedzieć. -To za wcześnie, Nate.. nie smuć się, proszę, ja tylko..
   -Nie no.. -jego smutny ton odbija się w słuchawce, a ja czuje wyrzuty sumienia. -Nie smucę się, tylko.. głupio mi. Ale masz rację, to może rzeczywiście za szybko..
   -Nie przejmuj się. Dobranoc.
I szybko się rozłączam, panikując.
I kolejny raz zastanawiam się, dlaczego śnię o brązowych tęczówkach, a nie o rzekomo moim chłopaku.

Gdy następnego dnia Cody'ego nie ma pierwszy raz od dłuższego czasu na noc, a ja nie mogę zasnąć, przekręcam się z boku na bok.
Moja nocna lampka nawet nie pomaga, nadal nie potrafię zasnąć!
Co chwilę otwieram oczy i je zamykam z powrotem.
Zerkam na zegarek, jest trzecia nad ranem!
I już prawie zasypiam, gdy nagle słyszę ciche zamykanie drzwi i stąpanie butów bo skrzypiącej podłodze.
Wzdychając, wstaję z łóżka i w samej piżamie, czyli majtkach i koszulce do połowy ud, schodzę na dół. Jest tam ciemno i nic nie widzę, ale słyszę czyiś oddech. I wiem, do kogo należy. Zaświecam światło i muszę przymrużyć oczy, by mnie tak lampa nie raziła.
Otwieram usta i już mam mu zrobić wyrzuty, lecz gdy widzę jego twarz, zamieram w bezruchu.
Jego oko jest podbite, wokół niego jego skóra jest sina, a z nosa, wargi i brwi lecą stróżki krwi.
    -Boże, Cody! - krzyczę i mam gdzieś to, czy obudzę rodziców. Teraz najważniejszy jest mój braciszek. -Co się stało? Kto Ci to zrobił?
Ciągnę go w stronę łazienki i sadzam na muszli klozetowej. Wyjmuję apteczkę, a z niej wodę utlenioną. Krzywi się, gdy oczyszczam jego rany, ale nic nie mówi. No właśnie.. nic nie mówi.
   -Przepraszam, że Cię obudziłem.. -szepcze, patrząc na mnie ze skruchą.
   -Nie obudziłeś -również szepczę, skupiając się teraz na nim. -I tak nie spałam..
Wzdycha, a ja zadaję mu ponownie pytanie
   -Kto Ci to zrobił? -warczę zirytowana, a on unosi powoli na mnie wzrok, i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, kto to zrobił.. Jak mogłam na to nie wpaść? Boże!
Rzucam wacik do umywalki i wybiegam zezłoszczona na przedpokój, od razu ubierając buty i zakładając gruby sweter.
   -Sophie, nie! Czekaj! -Cody wybiega za mną, ale ja go nie słucham. Już jestem poza domem i biegnę tam, gdzie nogi mnie niosą. Mam wrażenie, że znam drogę na pamięć, choć byłam tam jedynie kilka razy. Coś ciągnie mnie tam jak magnez.. więc ignoruję to, że jest mi zimno i moje nogi są jedynie w małej części zakryte. Kieruję się na Braton.

Idę już około dziesięciu minut, a raczej biegnę. Albo po prostu tak szybko chodzę? Nie wiem, jestem zdenerwowana. Bardzo.
Jak on śmiał pobić mojego brata? Myślałam, że mnie lubi. Że coś dla niego znaczę..
Nie, Sophie! Masz chłopaka, nie myśl tak o innym!
Tym bardziej, że jestem na niego wkurzona! Oszukał mnie, Boże co za palant. Z sekundy na sekundę go znienawidziłam.
Wtedy zaczyna padać.
Naprawdę padać, a ja jestem jedynie w bluzie i koszulce.
Kiedy w końcu jestem pod domem tego łajdaka, mocno walę w drzwi. Mam gdzieś, że jest wpół do czwartej, ma mi wytłumaczyć, dlaczego tak potraktował mojego brata!
Ciężko oddycham i czuję, że jestem w stanie go nawet uderzyć. Tylko czy mi odda? Nie wiem czego mogę się po nim spodziewać..
W końcu drzwi się szeroko otwierają, a w ich progu staje Justin. W samych bokserkach.
Ignoruję to, że jest półnagi i cała zmoczona deszczem zaczynam na niego wrzeszczeć, a on tylko stoi i patrzy na mnie w bezruchu, również się mocząc.
   -Co Ty sobie myślisz? Że najpierw mącisz mi w głowie, sprawiasz, że Cię lubię, a potem bijesz mojego brata? -mam gdzieś tak samo to, że jego sąsiedzi stoją w oknach i prawdopodobnie nasłuchują. Musi wiedzieć, co o nim myślę. Gdy na niego krzyczę, oddalam się za każdym razem o krok.
On nic sobie tego nie robi. Stoi i patrzy się, jakbym mu opowiadała prognozę pogody!
   -Jesteś chamem! Chamem, dupkiem, przestępcą, jesteś zły! Bij osoby w swoim wieku Ty zboczony psycholu! Naprawdę no.. nie wiem jak ja mogłam Cię..
I w kolejnej sekundzie łapie mnie stanowczo za biodro, przyciąga do siebie i mocno całuje.
Nagle wszystko się zatrzymuje i spowalnia.
A ja stoję i nie mam pojęcia co robić. To takie nagłe.. ale tak świetnie całuje.
To mój pierwszy pocałunek i nie wiem co robić, ale moje usta po chwili żyją własnym życiem i same dopasowują się do jego pulchnych warg.
Robi mi się gorąco, gdy na oślep cofa się i ciągnie mnie ze sobą, nie przerywając pocałunku.
Wkłada język w moje usta, a ja wcale nie protestuję. Wręcz przeciwnie, to jak wspólny taniec. Dokładam również swój, gdy łapie mnie pod pośladkami i zamyka kopniakiem drzwi. Wpadamy na ścianę, jest ciemno w całym domu. Wokół panuje cisza, a słychać jedynie nasze oddechy i muśnięcia językami.
Czuję dziwne gilgotanie w podbrzuszu, gdy wchodzimy do jakiegoś pokoju.
To jak trans, nie zważam uwagi na nic innego oprócz nas.
Sadza mnie na czymś twardym, co okazuje się blatem. Więc jesteśmy w kuchni..
Przenosi mokre pocałunki na moją szyję, a ja nie jestem w stanie powstrzymać głośnego jęku.
Liże i przygryza moją skórę, podczas gdy ja wplątuję palce w jego miękkie włosy i je lekko ciągnę. Słyszę jego cichy wark, który dochodzi do mnie aż TAM.
Dyszy mi do ucha, całując je. Z mojej talii przenosi dłonie na brzuch, a następnie jeszcze wyżej..
Ja również dyszę i co chwilę cichutko jęczę mu do ucha. Nie umiem nad tym zapanować, to silniejsze ode mnie.
Jego dłonie ściskają mocno moje nagie piersi, zakryte jedynie koszulką, wywołując przyjemny ból. Jeszcze nigdy nie zaznałam takiego uczucia, Boże.. to świetne. Zakazane, ale świetne.
Masuje je, a ja oplatam go nogami w pasie. Nagle czuję, że coś twardego wbija mi się we wewnętrzną stronę uda. Boję się tam zerknąć, więc ignoruję to. I tak domyślam się, co bym zastała.
   -Kurwa -jego głośny jęk, gdy próbuje zaczerpnąć powietrza, jest tak gorący, że znów czuję to łaskotanie w podbrzuszu. Jego jedna dłoń kieruje się na dół, pod koszulkę.
Nie powstrzymuję go przed włożeniem dłoni za moje majtki. Ciągnie za gumkę od majtek i już ma wsadzić za nią rękę, gdy zamieramy.
   -Nie mogę spać..
Nagle tę chwilę przerywa cichy, dziecięcy głosik, przesiąknięty obojętnością i znudzeniem.