Wysiadam z kawiarni, po czym biegnę w stronę zamieszania. Jestem cała zadyszana, nie mogę złapać oddechu.
Przeciskam się przez tłum ludzi, którzy zaalarmowani stoją i zszokowani przypatrują się temu.
Przepycham
się między ludźmi, policjantami, strażakami i kelnerkami. Jestem przed
kawiarnią do której zawsze przychodziłam z babcią i bratem, gdy byłam
mała. Oni też tam przychodzili..
Odpycham ostatnią blokującą mi przejście osobę, po czym staję w samym środku zamieszania.
I nie dowierzam własnym oczom.
Wszyscy wokół wpatrują się we mnie, gdy ja tak po prostu stoję, a łzy spływają po mojej twarzy.
Próbuję się uspokoić, ale duszę się. Zamykam oczy, chcę się skupić, lecz nie pamiętam jak się oddycha.
Boże.
Otwieram oczy, gdy nagle przede mną pojawia się on. Klęka na mokrej trawie, szlochając w ramię martwego chłopaka leżącego na chodniku.
Parę metrów od nas są szczątki motoru, który prowadził.
Parę metrów od nas są szczątki motoru, który prowadził.
Za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć jego imienia.. ale czuję, że był mi bliski.
Boli mnie widok jego łez, również klękam. Słyszę w oddali syreny. Pociągam nosem, zwracając na siebie jego uwagę.
Unosi głowę. Czuję, jakbym już kompletnie straciła powietrze. Wpatruje
się we mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz. A może widzi?
Chcę go pocieszyć. Wyciągam w jego stronę rękę.
Marszczy brwi. Odkłada martwe ciało na trawę, po czym podaje mi swoją zakrwawioną dłoń.
Ściskam ją mocno. Od razu jestem spokojna.
Delikatnie się uśmiecham, lecz po chwili zamienia się to w grymas. Nagle czuję jak zacieśnia swój chwyt, zadając mi ból.
Chcę piszczeć, lecz nie potrafię wydobyć z siebie żadnego głosu. Słyszę miażdżenie kości, a z moich kostek zaczyna lecieć krew.
Delikatnie się uśmiecham, lecz po chwili zamienia się to w grymas. Nagle czuję jak zacieśnia swój chwyt, zadając mi ból.
Chcę piszczeć, lecz nie potrafię wydobyć z siebie żadnego głosu. Słyszę miażdżenie kości, a z moich kostek zaczyna lecieć krew.
-Przestań -szepczę, choć on i tak nie słyszy. Wsłuchuje się w to. Słucha, jak moje kości się łamią pod jego uściskiem. Wszyscy wokół się na to patrzą. Wsłuchują się.
Wpatruję mu się w oczy pełne łez.
Zamyka je.
Nie. Nie. Nie rób tego.
Otwiera je, puszcza moją dłoń, jego oczy są puste. Suche.
A ja płaczę.
-SOPHIE, KURWA! -słyszę wrzask, który mnie budzi z koszmaru. Jestem w szoku, nic nie widzę, ani nie czuję.
Otwieram oczy. Nagle światło mnie razi, więc je znów zamykam.
Dyszę. Uspokajam się.
Otwieram.
Widzę spadającą łzę.
Z jego brody skapuje mi na dolną wargę.
Leżę,
a Justin pochyla się nade mną. Gdy widzi, że wciąż nie mogę złapać
oddechu, pochyla się bardziej, po czym mnie całuje. A ja wciąż jestem w
szoku.
Nagle wszystko się zatrzymuje, a ja tracę oddech. Odwzajemniam pocałunek. Po chwili jednak odsuwa się, patrząc mi w oczy.
I znów normalnie oddycham.
-Sophie..
Patrzę na niego przerażona, dalej nie rozumiem co się właśnie stało.
To był.. sen?
Gdzie ja w ogóle jestem? Rozglądam się. W pokoju Justina.
Nagle kuje mnie brzuch. Zerkam w dół. Jestem w staniku, a moja zszyta rana nad brzuchem wygląda okropnie.
Rumienię się, zdając sobie sprawę z tego, że razem spaliśmy.. w bieliźnie.
-Tak się bałem..
Słyszę cichutki szept.
Nie komentuję tego, wciąż jestem zaspana.
Nagle kuje mnie brzuch. Zerkam w dół. Jestem w staniku, a moja zszyta rana nad brzuchem wygląda okropnie.
Rumienię się, zdając sobie sprawę z tego, że razem spaliśmy.. w bieliźnie.
-Tak się bałem..
Słyszę cichutki szept.
Nie komentuję tego, wciąż jestem zaspana.
-Możesz mi coś wytłumaczyć? -marszczę brwi, gdy pyta.
Kiwam niepewnie głową. Wzdrygam się, gdy nagle łapie mnie za rękę.
-Skąd znałaś mojego brata, Sophie?Zastygam w bezruchu, nie rozumiejąc jego słów.
-Co? -patrzę na niego, jakby postradał zmysły. -Coś Ty sobie znów ubzdurał?
Przez chwilę wydaje mi się, że jest zły. Po sekundzie jednak opanowuje się i spogląda na mnie ze zdziwieniem.
-Przez sen wypowiedziałaś jego imię.. -co? przecież pamiętam, że w tym śnie nie znałam ani jego imienia, ani imienia jego brata. Nie rozpoznaję również jego twarzy. Jak to możliwe?
-Justin, przysięgam, że go nie znałam -kręcę głową. On musi mi uwierzyć.
Prycha, przewracając oczyma. O co mu znów chodzi?
-Powiedziałaś "Thomas, wracaj" -śmieje się bez humoru. Nic już nie rozumiem, do cholery. -Żartujesz sobie ze mnie? Nie leć ze mną w chuja, Sophia.
Sophia?
-Znam wielu Thomas'ów, Justin -brzmi to trochę ostrzej, niż w mojej głowie, ale nic nie poradzę. To on ma jakieś pretensje o to, co majaczę przez sen! -Popadasz w paranoję.
Chichocze ze złośliwym uśmieszkiem. On ma jakieś problemy, Jezus.
-I do każdego mówisz "nie zostawiaj Justina i Cody'ego"? -sarkastycznie pyta. Cody'ego? Co to ma być? Oni się znali? Może jestem jakimś prorokiem? Albo w rzeczywistości go znałam, tylko o tym nie wiem? Może go zwyczajnie nie pamiętam? Boże, mam tak wiele pytań, na które widocznie oboje nie mamy odpowiedzi.
-Odpowiedz.
Nie rób mi tego, Justin.
-Odwieź mnie do domu.
Patrzymy na siebie bez słowa. Trwa to ponad trzy minuty.
W końcu jego wzrok zjeżdża na moje usta.
Gdy nie odpowiada, wstaję z łóżka ignorując to, że jestem bez spodni i koszulki, a moja rana mnie strasznie kuje.
Czuję jego wzrok na swoim ciele, więc ubieram się szybko, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi.
Wchodzę do pokoju młodszej siostry chłopaka, a on idzie za mną.
Siadam na łóżku i chcę ją obudzić, lecz ona wcale nie śpi. Ma otwarte oczy. czerwoną twarz. Płakała.
-Kochanie, Justin jedzie mnie odwieźć, okej? -głaszczę ją po głowie, uśmiechając się delikatnie. -Za niedługo wróci.
Ta nie patrząc na mnie kiwa głową.
Jest mi jej tak strasznie szkoda.
Całuję ją w czoło i wstaję, obojętnie omijając Justina.
***
-Więc wciąż nie wiesz co z Jasmine? -pytam, gdy tylko stajemy parę
metrów od mojego domu. Wciąż próbuję dojść do tego, czy rzeczywiście
kiedykolwiek poznałam Thomasa, lecz Justin nie porusza już tego tematu.-Chyba nie ma siły na tę rozmowę, Sophie -stwierdza, obejmując mnie. Opiera się o motocykl, a jego ramiona otaczają mnie. Nagle się zastanawiam, czy nie czuje niechęci do motorów po śmierci brata. -A ja nie jestem na nią jeszcze gotów..
-Myślisz, że on.. jej coś zrobił?
Nie odpowiada. Zgaduję, że nie dopuszcza do siebie nawet takiej myśli.
Wzdycham, kręcąc głową.
-Później przyjdę zobaczyć jak się czuje Jas.
Chcę już iść, więc odsuwam się od niego i kieruję w stronę mojego domu, gdy nagle łapie moją dłoń i odwraca mnie, po czym przyciska do swojego ciała. Jedna ręka ląduje na mojej talii, a druga łączy ze sobą nasze palce.
Czuję ukucie rany.
Utrzymujemy kontakt wzrokowy przez trzy sekundy. Jego wzrok zjeżdża na moje usta. Moje serce bije jak oszalałe, a pomimo tego nie mam w sobie żadnej chęci pocałowania go. A gdyby rzeczywiście mi zależało, chyba ciągle bym chciała go całować, prawda? Wydaje mi się, że od wczorajszego wydarzenia mam dość. Nie potrafię patrzeć mu w oczy na dłużej.
Pochyla się nade mną i przymruża oczy.
-Dlaczego wciąż jeździsz na motorze? -szepczę, by uniknąć pocałunku.
Wypowiedziałam pierwszą myśl, jaka mi się nasunęła.
Słyszę, jak wciąga powietrze. Zaciska oczy.
-Dlaczego wciąż na nim jeździsz, skoro Twój brat właśnie przez to zginął?
Odsuwa się, lecz wciąż nie otwiera oczu.
-Przestań to robić, do cholery! -syczę, gdy po raz kolejny próbuje pozbyć się uczuć. Nie chcę, by je krył. Chcę, żeby się przede mną otworzył.
Twierdzi, że mi ufa, więc powinien chyba się nie wstydzić własnych uczuć, prawda?
Otwiera gwałtownie oczy. Mam wrażenie, że przez to, że ciągle powstrzymuje się od płaczu, właśnie dlatego tak często jego oczy wypełniają się łzami.
Na kolejne pytanie tego dnia nie odpowiada. Bierze dłoń z mojej talii, więc i ja puszczam jego drugą dłoń. Chcę już iść, odsuwam się, bo wiem, że nic nie powie. Oblizuje usta i szybko przemawia, jakby nie chciał, żebym odchodziła.
-To był jego motor -wyznaje, po czym pociąga nosem. Stoję w szoku, odwrócona do niego plecami. -Po jego śmierci wciąż wierzyłem, że wróci. Ścieliłem jego łóżko, sprzątałem mu w pokoju, gdy jedliśmy obiad i kolację nawet rozkładałem jeden pieprzony talerz więcej. Ciągle zaglądałem do jego pokoju, jakby sprawdzając, czy wrócił.
Słucham uważnie. Nie widzę jego twarzy, ale wiem, że co chwilę zaciska oczy.
Nie rób tego.
-To ja go znalazłem. Przyjechał do kawiarni, w której co weekend przyjeżdżaliśmy zjeść wspólnie śniadanie. Zawsze zamawiał rogalika z czekoladą, a kawę słodził trzy łyżeczki -parska śmiechem. Jest mi tak przykro, że mam ochotę stąd odejść i nie musieć tego słuchać, ale wreszcie się przede mną otwiera. To ma dla mnie wielkie znaczenie. -Nigdy nie rozumiałem, jak może pić tak gorzką kawę. Pamiętam, że zawsze obserwował chłopca, który nic nie jadł. Przychodził ze starszą Panią i jakąś dziewczyną. Ja za to obserwowałem ją. Zawsze zamawiała herbatę i ciastka..
-Cóż, doskonale pamiętam swoje siedemnaste urodziny. Czekałem na niego w kawiarni, już zamówiłem mu rogalika i kawę.. tylko, że kazałem mu posłodzić cztery łyżeczki. Kelnerka, która była naszą koleżanką, zdziwiła się, że nie trzy. Wiesz co powiedziałem? -prycha.
Przy kolejnym zdaniu słyszę, jak załamuje mu się głos.
-"Przecież od jednej łyżeczki cukru więcej w kawie nie zginie". Zaraz po tym dostałem sms'a od niego "już zaraz złożę Ci życzenia, brat i mam dla Ciebie super wiadomość". Nagle usłyszałem huk.. zresztą jak każdy w kawiarni, bo ludzie nagle zaczęli wychodzić, by zobaczyć, co się dzieje. Pamiętam, że serce mi biło jak oszalałe i było mi strasznie niedobrze. Szybko wybiegłem na zewnątrz, rozglądając się po minach ludzi. Przeciskając się przez tłum, nie sądziłem, że zobaczę.. Thomas'a we krwi.
Wciągam powietrze, gdy słyszę, jak zaczyna chlipieć. Chcę się do niego odwrócić, lecz nieruchomo stoję, chłonąc każde jego słowo. Mam tę scenę przed oczami.
W głowie odtwarzam swój sen.
-Jego motor leżał parę metrów od nas. Byłem tak załamany, że upadłem na kolana.. dosłownie przed jego ciałem. Ludzie, którzy nas znali zaczęli mnie odciągać, pocieszać, a nawet mi wmawiać, że będzie z nim wszystko okej. Wyrywałem się, krzyczałem, beczałem. Nigdy w życiu tak nie płakałem, Sophie.
Moje serce bije coraz szybciej, gdy nagle słyszę jego szloch.
Pierwszy raz Justin płacze w moim towarzystwie.
Wciąż stoję jak wryta.
Moje ciało jest sparaliżowane, odmawia mi posłuszeństwa.
-Nagle otworzył oczy, od razu wziąłem go w ramiona i patrzyłem, jak moje łzy spływają skapują na jego zakrwawioną twarz. Każdą falę łez na jego twarzy wycierałem swoimi brudnymi dłomi.. Były brudne z jego krwi. Próbował coś powiedzieć, próbował coś mi przekazać, ale słyszałem jedynie jego dyszenie, kaszel, szum wokół, krzyki ludzi i syreny nadciągających karetek i radiowozów. Nagle ktoś klęknął po drugiej stronie jego ciała.. Spojrzałem na nią. To była ta dziewczyna z kawiarni.. Gdy na nią spojrzałem, wszystko wokół jakby ucichło.. Słyszałem jedynie, jak pociąga nosem i słowa Thomas'a. Spytał, ile łyżeczek cukru kazałem mu wsypać do kawy. Odpowiedziałem, że cztery.. Wtedy on złapał moją dłoń resztkami sił i się uśmiechnął. Powiedział "Emily jest w ciąży, zaopiekuj się nią". Rozumiesz? Podczas śmierci powiedział, że jego dziewczyna jest w ciąży.. kazał mi się nią zaopiekować, do cholery. A ja nie mam z nią i ich córką kontaktów od kurwa trzech lat... -łkając pociąga co chwilę nosem. Moje serce w tym momencie jest tak rozdarte... Myślę, że już nie może powiedzieć nic więcej, co mnie może bardziej zasmucić. Lecz słyszę jego kolejne słowa.. -Zaraz po tym wyszeptał "wszystkiego najlepszego"...
W tym momencie łzy spływają po mojej twarzy.. powstrzymuję się od szlochu, by mu nie przerwać, lecz on sam zaczyna dławić się łzami. A ja wciąż stoję. Nie potrafię się ruszyć.
W końcu się uspokaja i kontynuuje słabym głosem.
-I znów zamknął oczy.. on już nie dyszał, Sophie. Nie kaszlał. On nie oddychał.. Spojrzałem ponownie na nią, miałem nadzieję, że okaże się, że jest jakąś pieprzoną lekarką, albo czarodziejką i mu pomoże. Gdy popatrzyła mi w oczy, ponownie słyszałem wszystkie krzyki i głosy ludzi wokół. Nic nie rozumiałem. Wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałem na swoją rękę we krwi i jej ją podałem. Momentalnie się uspokoiłem, lecz w momencie gdy nasze dłonie się spotkały, jacyś ratownicy ją odciągnęli. Po chwili mnie też. Zacząłem się szarpać, co chwilę zerkałem to na nią, to na brata leżącego na trawie. Ktoś zaczął na mnie krzyczeć, ale nie słyszałem tego.
Wstrzymuję oddech, uświadamiając sobie coś.
On już nie opowiada, on plącze się w swoich wspomnieniach i słowach, szlochając. Pociąga nosem.
-Była piękna.. i miała oczy jak.. jak Ty.
Odwracam się do niego, słysząc ostatnie zdanie.
Moje serce zatrzymuje się.
Przełykam gulę w gardle, widząc jego zaczerwienione oczy i załzawioną twarz.
-Nie, ona nie miała oczu jak ja.. -mówię, gdy on marszczy brwi. Biorę głęboki oddech, po czym go wypuszczam, próbując się uspokoić. Moje serce ponownie bije, tyle, że dwa razy szybciej niż normalnie. -To byłam ja.
***
Zjebałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz