-A co na to Twoja mama? -pyta Leila, gdy zaczyna się lekcja biologii.
-Nic, na początek spytała, gdzie byłam i była zdenerwowana, ale potem, gdy powiedziałam, że mnie potrzebowałaś, zignorowała to.
-A tak naprawdę było na odwrót -chichocze, a ja jedynie się lekko uśmiecham, gdyż mnie to nie bawi.
W tym momencie do sali wchodzi Natan i podchodzi do naszej ławki z uśmiechem.
-Witam panie -Leila odwzajemnia uśmiech, a ja się lekko rumienię. -Mógłbym dziś siedzieć z Sophie? Chciałbym z nią porozmawiać.
Leila posyła mi znaczące spojrzenie, za co mam ochotę ją kopnąć pod ławką.
-Jasne -wstaje, puszczając mi oczko. -Tylko nie umawiajcie się w sobotę, bo idziemy wtedy do kina. No chyba, że chcesz iść z nami, Natan.
Boże, czemu ona mi zawsze robi taki wstyd.. chowam twarz w dłoniach. Mam ochotę zapaść się pod ziemię.
-Chętnie, dziękuje -uśmiecha się do Leili, która zasiada obok Tiffany, jej koleżanki, po czym sam pada na krzesło obok mnie. -Jeśli nie masz nic przeciwko, Sophie.
-Nie, skądże. -marszczę brwi, uśmiechając się głupkowato. -Wręcz przeciwnie.
Chichocze pod nosem, a ja jestem cała w skowronkach.
Zagryza delikatnie wargę z uśmiechem. Kładzie niepewnie dłoń na mojej, pod ławką. Gładzi kciukiem jej wierzch, a ja wdycham głośno powietrze, gdy Pan Baggins wchodzi do sali. Rozgląda się po twarzach wszystkich, zresztą jak zawsze, by się czegoś doczepić.
-Leila i Tiffany, nie szepczeć mi tam! -zerkam na zaczerwienioną Leilę, chichrającą z Tiff. -I proszę mi się tak nie miziać pod tą ławką, Natan i Sophia!
Tym razem to Leila zerka na mnie, prawie wybuchając śmiechem. Wyrywam rękę Nate'owi, uśmiechając się pod nosem.
-Masz cieplutką dłoń -szepcze mi szybko do ucha by Pan Baggins nie zauważył tego. Gdy na niego zerkam ukradkiem, pisze coś na tablicy.
Wszyscy zapisują temat. Nauczyciel zaczyna swoją mowę, której połowa klasy nawet nie słucha. Ja zwykle się skupiam na lekcji, ale tym razem Nate mnie rozprasza. Podaje mi kartkę, lecz daje za nią piórnik, by Pan Baggins nie widział tego.
UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ?
Posyłam mu spojrzenie pełne rozbawienia.
OCZYWIŚCIE
Zerka na mnie i na nauczyciela biologii, gdy postawia ponownie chwycić moją dłoń.
Zapisuje coś na kartce, lecz jestem zajęta wpatrywaniem się w nasze splecione dłonie.
W końcu postanawiam to przeczytać.
WIĘC DZISIAJ O 17 PO CIEBIE PRZYJADĘ
-Dobrze. -szepczę z uśmiechem, gdy dzwonek dobiega do naszych uszu.
Odwzajemnia mój uśmiech, całując wierzch mojej dłoni. Jego usta są suche i łaskoczą. Wychodzimy razem na korytarz, gdy Leila do mnie dobiega i z przepraszającym uśmiechem, odciąga mnie od Natana.
Ten marszczy brwi, ale również się uśmiecha. Gdy Leila już mnie zaciąga do damskiej ubikacji, od razu mnie wypytuje.
-Co chciał? Na kiedy się umówiliście? Gdzie Cię miział pod ławką? Co mówił? Jesteście już razem?
Ma kontynuować swoją serię pytań, lecz ja zatykam jej usta dłonią.
-Boże, Leila.. przestań! -wybucham śmiechem. Jej ciekawość nie zna granic..
-Tato, Natan przyjedzie po mnie o siedemnastej, jak coś. -oznajmiam tacie, gdy już wychodzi. Zatrzymuje się przed drzwiami, nawet nie odwracając głowy w moją stronę.
-Nelson? -otwiera drzwi, chwytając teczkę z podłogi. -To go pozdrów ode mnie.
-Natan, nie Nel... -chcę mu to uzmysłowić, lecz już go nie ma. Mam ochotę go przezywać, choćby w myślach, lecz nic by to nie dało.
Postanawiam o tym nie myśleć i przygotować się na nadchodzącą randkę z Nate'em.
Słyszę ryk silnika pod domem. Przez te dwie godziny siedziałam ubrana i umalowana na łóżku, nie mogąc się doczekać tego momentu!
Wybiegam ze swojego pokoju cała w skowronkach i niemal zlatuję po schodach, po drodze łapiąc torebkę. Otwieram szeroko drzwi wejściowe z uśmiechem.
-Witaj, Na..
Zamieram w półkroku.
Myślałam, że to już dość tych niespodzianek jak na ten tydzień. Ale cóż..
-Nie jesteś Nate -stwierdzam gorzko, marszcząc brwi. Jestem pewna, że gdyby moje spojrzenie mogło zadawać ból, Justin dawno by już skowył.
-Nie, nie jestem Nate. -potwierdza z diabelskim uśmieszkiem na twarzy. Mam jednocześnie ochotę go zdrapać, a jednocześnie go pocałować. W jednej chwili stawia duży krok i staje dosłownie przede mną. -Ale dla Ciebie mogę być kimkolwiek zechcesz.
Gdy jego szept dociera do mojego ucha, przechodzą mnie dreszcze. Zbliża usta do mojej szyi, a ja mam ochotę go odepchnąć, jednocześnie całując. Jest taki myląc.. przymrużam oczy, czując jego ciepły oddech na karku.
Nagle tę chwilę przerywa nieznany mi głos.
-Co to ma znaczyć, Sophia? -otwieram szeroko oczy, odpychając od siebie lekko Justina.
Nate!
Stoi w progu drzwi, przyglądając nam się ze smutkiem. Wzdycham, cała drżę.
-Przyszedł do mojego brata.. -spuszczam głowę, jak i wzrok. Choć wiem, że nie muszę mu się tłumaczyć, czuję taką potrzebę.
-Do brata? -unosi kpiąco brew. -Może jesteś gejem, nie wiem, nie obchodzi mnie to, ale musisz być ślepym, by nie zauważyć, że to nie jej brat.
O nie.. czuję, że Justin się wkurzy. Mocno.
Czekam na jego reakcję. Słyszałam, że pobił jakiegoś chłopaka, bo ten nazwał go przestępcą.
-Co Ty powiedziałeś? -słyszę jego warknięcie. Przygotowuję się na odciągnięcie go od Natana, lecz gdy to już się staje, gdy Justin robi wielki krok w jego stronę i go bardzo mocno i gwałtownie uderza w twarz, stoję jak posąg. Dopiero po trzech sekundach, gdy Nate się łapie za nos i patrzy wrogo na Justina, ja staję pomiędzy nimi, odpychając Biebera do tyłu.
-Uspokój się! -lecz ten wyrywa mi się i uderza go raz jeszcze. Słyszę kroki na schodach, ale to ignoruję. Wrzeszczę w niebo głosy, pociągając go w swoją stronę. Byle jak najdalej od Natana. -Uspokój się, Ty psycholu!
Gdy zamiera, wiem, że przegięłam.
Czekam na piekło, gdy odwraca się do mnie z naprawdę bardzo wyraźną wściekłością w oczach.
-Psycholu? -jego agresywne warknięcie sprawia, że cała drżę. Czuję napięcie w tym pomieszczeniu. Wszyscy je czujemy. -Coś Ty, kurwa, powiedziała?
Kulę się, gdy popycha mnie gwałtownie popycha na ścianę. Mam wrażenie, że wbija mi kolce w plecy, które niemiłosiernie boleśnie przebijają moją skórę, powodując krwotok.
-Justin, kurwa mać! -słyszę wrzask Cody'ego.
Podchodzi, lecz nie za blisko. Razem z Natanem wpatrują się w Justina. Ja również się w niego wpatruję. W jego oczy, w których co sekundę pojawia się inne uczucie i inny błysk.
Powoli się odsuwa, puszczając mnie. Daje mi odejść, lecz ja nie odchodzę.
Stoję i wpatruję się w niego, jak zaczarowana. A może jestem? Spojrzeniem rzucił na mnie czar.
Kręci głową sam do siebie i szybko, niemal biegnąc, wydostaje się z naszego domu.
Jestem w szoku, zresztą Nate chyba też.
-Co to miało być, Sophia? -szybko do mnie podchodzi, wyrzucając ręce w powietrze. Ja jedynie kręcę głową, wypuszczając cicho powietrze.
-Wiesz, w sumie odechciało mi się gdziekolwiek iść.. -zerkam na niego, a on rozszerza oczy. Wzdycham więc. -Ale jeśli chcesz, możemy zostać u mnie..
Uśmiecha się i kiwa głową. Cody chce wybiec za Justinem, lecz jedynie zaciska szczękę i wraca do swojego pokoju.
A ja zostaję z Natanem, myśląc o Justinie. I zastanawiam się nad tym, dlaczego nie może być na odwrót..
poniedziałek, 25 maja 2015
10. Nie sądzę, by był to dobry pomysł
Budzę się, lecz nie otwieram oczu. Nagle zdaję sobie sprawę, że się do kogoś przytulam.
Z lekkim przestrachem unoszę powoli powieki, przyswajając je do światła. Widok jest zamazany, a ja mrugam kilkakrotnie oczami. Po krótkiej chwili wszystko staje się wyraźne.
Firanka, pościel, moja dłoń.. i jego oczy, wpatrujące się we mnie.
Przełykam ślinę.
-Cześć.. -szepczę, po długiej, cichej chwili wpatrywania się w siebie.
-Hej.. -odszeptuje. Rumienię się. Jestem wtulona w człowieka, o którym nic nie wiem!
Choć nie chcę tego robić, odsuwam się od szatyna, podnosząc do pozycji siedzącej. Jestem spocona i rozpalona.
-Która godzina? -pytam, poprawiając włosy. Na pewno wyglądam teraz okropnie.
-Szósta.
-Kurczę, um.. -wstydzę się go o to spytać, ale nie mam wyjścia. -Mogłabym u Ciebie wziąć prysznic?
-No, okej. Ręczniki są w szafce na prawo. -mówi, po czym wstaje z łóżka. Przez ciasną koszulkę, przylegającą do jego ciała, widać mięśnie. Wychodzi z salonu. Też to robię.
Wchodzi do jakiegoś pokoju, w którym jeszcze nie byłam.
Nie wiem, czy mogę tam wejść, więc rezygnuję. Od razu kieruję się do łazienki. Załatwiam potrzeby fizjologiczne i przeglądam się w lusterku.
Boże.. wyglądam strasznie!
Przemywam zimną wodą twarz, wzdychając.
Rozbieram się i wchodzę do kabiny prysznicowej. Odkręcam kran i pozwalam, by chłodna woda spływała po moim rozgrzanym ciele. Zamykam oczy, delektując się tym uczuciem.
Chwytam szampon dla mężczyzn i wyciskam trochę na dłoń. Mam nadzieję, że Justin się nie obrazi.
Wcieram go we włosy, tworząc pianę. Oh, jak miło.
Przemywam dokładnie włosy wodą, aby nie pozostał na nich szampon.
Ściskam włosy w dłoni, by uszło z nich trochę wody. Wychodzę spod prysznica, chwytając ręcznik po prawej stronie. Wycieram się, przeglądając w lustrze.
Chwytam się dłonią za brzuch, delikatnie go gładząc. Nagle mam dziwne myśli.. przed oczami pojawia mi się obraz Justina bez koszulki, a moja dłoń kieruje się ku górze i obejmuje jedną pierś.
Szybko jednak się opamiętuję i zabieram ją stamtąd. Kręcę głową do własnego odbicia.
Ubieram się z powrotem w nieświeżą bieliznę i sukienkę z wczorajszego dnia. Poprawiam włosy i wychodzę z łazienki. Od razu lepiej..
Nagle wciągam gwałtownie powietrze, gdy przede mną staje Justin bez koszulki.
Stoję jak wryta. Jest tak blisko.. aż mam ochotę dotknąć jego brzucha..
-Odsuniesz się? -marszczy brwi. Dlaczego nie chcesz, abym stała tak blisko, Justin? -Chcę umyć zęby.
Automatycznie się rumienię.. no jasne, że chciał skorzystać z łazienki, a co Ty myślałaś?
Odsuwam się, tak jak chciał. Wchodzi, lecz nie zamyka drzwi. Staje przez umywalką i wyciąga szczoteczkę do zębów. Nie ma w myciu zębów nic intymnego, lecz czuję, że muszę odwrócić wzrok. Więc spoglądam na swoje bose stopy i na niego.
Szoruje szczękę, a jego mięśnie poruszają się.
Po minucie wpatrywania się w niego, nie wytrzymuję i wycofuję się do sypialni, gdzie zakładam swoje baletki.
Słyszę jego głos pochodzący z salonu i kieruję się tam. Stoję w progu, za ścianą. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, ale nie mogę się powstrzymać.
-Kurwa.. -pierwsze, co słyszę, to przekleństwo. -To go lekko przyciśnij..
Marszczę brwi.
-No ja wiem stary, ale nie może puścić pary z ust! A zwłaszcza iść na pały. -nie wszystko dokładnie rozumiem, ale ta rozmowa wydaje się schodzić na złą ścieżkę..
-Kurwa mać, miał zapłacić? Miał. -słyszę wściekłość w jego głosie. -To teraz nie broń skurwysyna. Jebany ćpun..
Wciągam gwałtownie powietrze. Słyszę ciszę. Już chyba nie rozmawia przez telefon. A może mnie usłyszał?
Bardzo powoli i ostrożnie wychylam głowę zza ściany...
Uderzam nosem o coś twardego. Przeklinam się w duchu. Otwieram szeroko oczy i unoszę wzrok na jego rozwścieczoną twarz. Ups?
Jednym, wielkim krokiem jest przede mną i przyciska mnie mocno do ściany.
-Ładnie to tak, kurwa, podsłuchiwać? -warczy mi do ucha. Drżę, ale nic nie mówię. -Mówię do Ciebie.
Zaciskam oczy. Wszyscy będą mnie teraz wyzywać?
-Ładnie to tak? -syczy, zgniatając mi nadgarstki. Auć, zabolało. -Głucha jesteś? Nie nauczyli Cię, że się nie podsłuchuje?
Nagle znajduję w sobie odwagę i odpycham go od siebie z całej siły, wyrywając mu się. Podczas jego zmieszania, ja wybiegam już z jego domu.
Wdycham świeże powietrze, a po chwili biegnę. Tylko gdzie? Zatrzymuję się. Przecież nie znam tych okolic..
Oglądam się za siebie i widzę Justina biegnącego w moim kierunku. Znów zaczynam biec, nie zatrzymując się. Nagle słyszę krzyk z drugiej strony parkingu.
-Sophie! -nawet za siebie nie zerkam. -Twój dom jest w tamtą stronę!
Ponownie się zatrzymuję. Odwracam się do niego, widząc, jak stoi po środku parkingu.
Idę szybko w tamtą stronę, patrząc przed siebie. Przechodzę obok niego, chcąc go wyminąć, lecz on pociąga mnie za rękę w swoim kierunku.
-Daj spokój, odwiozę Cię. -wzdycha, patrząc w moje oczy.
-Zostaw mnie -warczę. -I nawet nie próbuj za mną biec. Wszyscy się ode mnie odwalcie!
Wyrywam mu się. Idę i zerkam na niego, sprawdzając, czy za mną nie idzie.
-I gdzie niby pójdziesz? -wyrzuca ręce w powietrze. -Przecież nie znasz drogi!
-Spytam.. kogoś!
Idę dalej, ignorując go. Lecz po chwili czuję, jak mnie podnosi i przerzuca sobie przez ramię. Ughh!
-Postaw mnie na ziemię! -krzyczę, kopiąc go w brzuch, a bijąc w plecy. -Puszczaj!
-Mogłaś być grzeczna!
Prycham.
-Przepraszam, tatusiu -mówię z sarkazmem.
-Oh, chciałbym byś tak do mnie częściej mówiła.
Z początku nie rozumiem, lecz po chwili zastanowienia orientuję się, w jakim znaczeniu tego słowa ma na myśli.
Przewracam oczami. Podchodzi do jakiegoś motoru i mnie sadzi na nim. Zdezorientowana obserwuję, jak zasiada przede mną, chwytając kierownicę.
-Ty chyba nie myślisz, że ja na to..
I nie pozwala mi dokończyć, odpala to i z piskiem opon wyjeżdża z parkingu. Piszczę, szybko się go chwytając.
-Oszalałeś! -wrzeszczę, aby mnie usłyszał. Mógłby mi przynajmniej założyć kask.
Wiatr rozwiewa moje włosy, które wpadają mi do oczu. Cała drżę z adrenaliny i zaciskam oczy, piszcząc mu do ucha.
Czy tak wygląda adrenalina?
-Możesz już otworzyć oczy -słyszę szept przy uchu, lecz nadal ich nie otwieram. -Nie bój się..
Powoli unoszę powieki, rozglądając się wkoło.
-Gdzie jesteśmy?
Unosi brew.
-Na Twoim osiedlu. -jeszcze raz się rozglądam. Ach, no tak. Teraz wszystko poznaję. Schodzę z motoru, a on mi nawet ręki nie podaje..
-Um.. dzięki. -niepewnie mówię.
-Za?
-Za herbatę -cicho się śmieję. -I nocleg.
Kiwa głową, wsiadając z powrotem na motor.
-To.. nara -mówi, odpalając silnik.
-Czekaj! -podchodzę do niego. Co mogę jeszcze powiedzieć, by zatrzymać go jedną chwilę więcej przy sobie? Sophie, szybko coś wymyśl! -Zawiózłbyś mnie do szkoły?
Marszczy brwi, drapiąc się po głowie. Nagle staje się nerwowy. To jednak był zły pomysł.. teraz mi głupio.
-Nie sądzę, by był to dobry pomysł.
Nie rozumiem.
-Ale.. czemu?
Nie odpowiada, tylko kręci głową. Słyszę ryk silnika, a wokół niego pojawia się dym. Odkaszluję.
Chcę go zawołać, lecz jest już po drugiej stronie ulicy, kierując się w stronę Braton.
-No tak.. -wzdycham, sama do siebie.
Z lekkim przestrachem unoszę powoli powieki, przyswajając je do światła. Widok jest zamazany, a ja mrugam kilkakrotnie oczami. Po krótkiej chwili wszystko staje się wyraźne.
Firanka, pościel, moja dłoń.. i jego oczy, wpatrujące się we mnie.
Przełykam ślinę.
-Cześć.. -szepczę, po długiej, cichej chwili wpatrywania się w siebie.
-Hej.. -odszeptuje. Rumienię się. Jestem wtulona w człowieka, o którym nic nie wiem!
Choć nie chcę tego robić, odsuwam się od szatyna, podnosząc do pozycji siedzącej. Jestem spocona i rozpalona.
-Która godzina? -pytam, poprawiając włosy. Na pewno wyglądam teraz okropnie.
-Szósta.
-Kurczę, um.. -wstydzę się go o to spytać, ale nie mam wyjścia. -Mogłabym u Ciebie wziąć prysznic?
-No, okej. Ręczniki są w szafce na prawo. -mówi, po czym wstaje z łóżka. Przez ciasną koszulkę, przylegającą do jego ciała, widać mięśnie. Wychodzi z salonu. Też to robię.
Wchodzi do jakiegoś pokoju, w którym jeszcze nie byłam.
Nie wiem, czy mogę tam wejść, więc rezygnuję. Od razu kieruję się do łazienki. Załatwiam potrzeby fizjologiczne i przeglądam się w lusterku.
Boże.. wyglądam strasznie!
Przemywam zimną wodą twarz, wzdychając.
Rozbieram się i wchodzę do kabiny prysznicowej. Odkręcam kran i pozwalam, by chłodna woda spływała po moim rozgrzanym ciele. Zamykam oczy, delektując się tym uczuciem.
Chwytam szampon dla mężczyzn i wyciskam trochę na dłoń. Mam nadzieję, że Justin się nie obrazi.
Wcieram go we włosy, tworząc pianę. Oh, jak miło.
Przemywam dokładnie włosy wodą, aby nie pozostał na nich szampon.
Ściskam włosy w dłoni, by uszło z nich trochę wody. Wychodzę spod prysznica, chwytając ręcznik po prawej stronie. Wycieram się, przeglądając w lustrze.
Chwytam się dłonią za brzuch, delikatnie go gładząc. Nagle mam dziwne myśli.. przed oczami pojawia mi się obraz Justina bez koszulki, a moja dłoń kieruje się ku górze i obejmuje jedną pierś.
Szybko jednak się opamiętuję i zabieram ją stamtąd. Kręcę głową do własnego odbicia.
Ubieram się z powrotem w nieświeżą bieliznę i sukienkę z wczorajszego dnia. Poprawiam włosy i wychodzę z łazienki. Od razu lepiej..
Nagle wciągam gwałtownie powietrze, gdy przede mną staje Justin bez koszulki.
Stoję jak wryta. Jest tak blisko.. aż mam ochotę dotknąć jego brzucha..
-Odsuniesz się? -marszczy brwi. Dlaczego nie chcesz, abym stała tak blisko, Justin? -Chcę umyć zęby.
Automatycznie się rumienię.. no jasne, że chciał skorzystać z łazienki, a co Ty myślałaś?
Odsuwam się, tak jak chciał. Wchodzi, lecz nie zamyka drzwi. Staje przez umywalką i wyciąga szczoteczkę do zębów. Nie ma w myciu zębów nic intymnego, lecz czuję, że muszę odwrócić wzrok. Więc spoglądam na swoje bose stopy i na niego.
Szoruje szczękę, a jego mięśnie poruszają się.
Po minucie wpatrywania się w niego, nie wytrzymuję i wycofuję się do sypialni, gdzie zakładam swoje baletki.
Słyszę jego głos pochodzący z salonu i kieruję się tam. Stoję w progu, za ścianą. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, ale nie mogę się powstrzymać.
-Kurwa.. -pierwsze, co słyszę, to przekleństwo. -To go lekko przyciśnij..
Marszczę brwi.
-No ja wiem stary, ale nie może puścić pary z ust! A zwłaszcza iść na pały. -nie wszystko dokładnie rozumiem, ale ta rozmowa wydaje się schodzić na złą ścieżkę..
-Kurwa mać, miał zapłacić? Miał. -słyszę wściekłość w jego głosie. -To teraz nie broń skurwysyna. Jebany ćpun..
Wciągam gwałtownie powietrze. Słyszę ciszę. Już chyba nie rozmawia przez telefon. A może mnie usłyszał?
Bardzo powoli i ostrożnie wychylam głowę zza ściany...
Uderzam nosem o coś twardego. Przeklinam się w duchu. Otwieram szeroko oczy i unoszę wzrok na jego rozwścieczoną twarz. Ups?
Jednym, wielkim krokiem jest przede mną i przyciska mnie mocno do ściany.
-Ładnie to tak, kurwa, podsłuchiwać? -warczy mi do ucha. Drżę, ale nic nie mówię. -Mówię do Ciebie.
Zaciskam oczy. Wszyscy będą mnie teraz wyzywać?
-Ładnie to tak? -syczy, zgniatając mi nadgarstki. Auć, zabolało. -Głucha jesteś? Nie nauczyli Cię, że się nie podsłuchuje?
Nagle znajduję w sobie odwagę i odpycham go od siebie z całej siły, wyrywając mu się. Podczas jego zmieszania, ja wybiegam już z jego domu.
Wdycham świeże powietrze, a po chwili biegnę. Tylko gdzie? Zatrzymuję się. Przecież nie znam tych okolic..
Oglądam się za siebie i widzę Justina biegnącego w moim kierunku. Znów zaczynam biec, nie zatrzymując się. Nagle słyszę krzyk z drugiej strony parkingu.
-Sophie! -nawet za siebie nie zerkam. -Twój dom jest w tamtą stronę!
Ponownie się zatrzymuję. Odwracam się do niego, widząc, jak stoi po środku parkingu.
Idę szybko w tamtą stronę, patrząc przed siebie. Przechodzę obok niego, chcąc go wyminąć, lecz on pociąga mnie za rękę w swoim kierunku.
-Daj spokój, odwiozę Cię. -wzdycha, patrząc w moje oczy.
-Zostaw mnie -warczę. -I nawet nie próbuj za mną biec. Wszyscy się ode mnie odwalcie!
Wyrywam mu się. Idę i zerkam na niego, sprawdzając, czy za mną nie idzie.
-I gdzie niby pójdziesz? -wyrzuca ręce w powietrze. -Przecież nie znasz drogi!
-Spytam.. kogoś!
Idę dalej, ignorując go. Lecz po chwili czuję, jak mnie podnosi i przerzuca sobie przez ramię. Ughh!
-Postaw mnie na ziemię! -krzyczę, kopiąc go w brzuch, a bijąc w plecy. -Puszczaj!
-Mogłaś być grzeczna!
Prycham.
-Przepraszam, tatusiu -mówię z sarkazmem.
-Oh, chciałbym byś tak do mnie częściej mówiła.
Z początku nie rozumiem, lecz po chwili zastanowienia orientuję się, w jakim znaczeniu tego słowa ma na myśli.
Przewracam oczami. Podchodzi do jakiegoś motoru i mnie sadzi na nim. Zdezorientowana obserwuję, jak zasiada przede mną, chwytając kierownicę.
-Ty chyba nie myślisz, że ja na to..
I nie pozwala mi dokończyć, odpala to i z piskiem opon wyjeżdża z parkingu. Piszczę, szybko się go chwytając.
-Oszalałeś! -wrzeszczę, aby mnie usłyszał. Mógłby mi przynajmniej założyć kask.
Wiatr rozwiewa moje włosy, które wpadają mi do oczu. Cała drżę z adrenaliny i zaciskam oczy, piszcząc mu do ucha.
Czy tak wygląda adrenalina?
-Możesz już otworzyć oczy -słyszę szept przy uchu, lecz nadal ich nie otwieram. -Nie bój się..
Powoli unoszę powieki, rozglądając się wkoło.
-Gdzie jesteśmy?
Unosi brew.
-Na Twoim osiedlu. -jeszcze raz się rozglądam. Ach, no tak. Teraz wszystko poznaję. Schodzę z motoru, a on mi nawet ręki nie podaje..
-Um.. dzięki. -niepewnie mówię.
-Za?
-Za herbatę -cicho się śmieję. -I nocleg.
Kiwa głową, wsiadając z powrotem na motor.
-To.. nara -mówi, odpalając silnik.
-Czekaj! -podchodzę do niego. Co mogę jeszcze powiedzieć, by zatrzymać go jedną chwilę więcej przy sobie? Sophie, szybko coś wymyśl! -Zawiózłbyś mnie do szkoły?
Marszczy brwi, drapiąc się po głowie. Nagle staje się nerwowy. To jednak był zły pomysł.. teraz mi głupio.
-Nie sądzę, by był to dobry pomysł.
Nie rozumiem.
-Ale.. czemu?
Nie odpowiada, tylko kręci głową. Słyszę ryk silnika, a wokół niego pojawia się dym. Odkaszluję.
Chcę go zawołać, lecz jest już po drugiej stronie ulicy, kierując się w stronę Braton.
-No tak.. -wzdycham, sama do siebie.
środa, 20 maja 2015
9. Nie wnikam
Co mnie zadziwia najbardziej? To, że w jego ramionach czuję się bezpiecznie.
To, że jest mi.. wygodnie.
I to, że się o mnie troszczy.
Jest mi tak wygodnie, gdy mnie niesie, że pozwalam sobie uciąć małą drzemkę. Gdy budzę się w czyimś łóżku, które na pewno nie jest moim, serce podskakuje mi do gardła.
Wstaję z niego, niepewnie się rozglądając. Szare ściany, kołdra, rolety.. czarne meble.. widzę nawet plakat drużyny Meaple Leafs Toronto.
Przez bardzo długą chwilę zastanawiam się co ja tu robię i gdzie jestem!
Nawet nie chcę patrzeć w lustro, ponieważ czuję, że wyglądam okropnie.
Wychodzę z pokoju. Jestem w tej samej sukience. Jest brudna, troszkę potargana, ale jest. Czyli nikt mnie nie zgwałcił.
Oglądam się co chwilę za siebie. Mam wrażenie, jakby ktoś mnie oglądał w tanim filmie. Czuję się tania, choć wiem, że do niczego nie doszło pomiędzy mną a.. nim. Wchodzę do kuchni, słysząc kroki.
Zamieram. Wszystko sobie przypominam, łącznie ze słowami Cody'ego i łącznie z.. no wszystko po prostu.
-Jak się czujesz? -pyta mnie, podając mi kubek z herbatą. Jego jest przynajmniej gorąca, nie to, co Leili.. Widzę troskę w jego oczach. I tego właśnie nie rozumiem..
Siadam przy stoliku, chwytając w dłonie gorący kubek. Parzy mnie, lecz nie odkładam ich. Pragnę się ogrzać, a to jest jedyny sposób na to.
-On nigdy taki nie był.. -szepczę, wpatrując się w swoje drżące palce. Zamyślam się przez dłuższą chwilę. Cody zawsze był szczery, miły, przyzwoity, grzeczny.. nie znikał w nocy z domu, nie wpakowywał się w tarapaty.. i nie zadawał się z takimi ludźmi.
-Co? -unoszę na niego wzrok, wyrywając się z tych ponurych myśli. Marszczy brwi, opierając dłonie o stół.
-Cody.. nie był taki. -wzruszam ramionami, wpatrując się ponownie w herbatę w kubku . -Nie wiem co mu zrobiłeś, ale taki nie był..
Wzdychając, siada obok mnie.
-Posłuchaj.. -przenoszę znów na niego leniwie wzrok, lecz nie wytrzymuję długo. Jest zbyt piękny.
-Cody sam decyduje o tym, co robi.. nikt go nie zmuszał. Chłopak chciał tego..
-Ale on nigdy tego nie chciał! -Krzyczę, uderzając pięśćmi w stół. Nagle jestem zła. Na niego, na Cody'ego, na siebie, na wszystko.
-A Ty wiesz o tym najlepiej, prawda? -uśmiecha się sardonicznie. Powstrzymuję się od płaczu. Co, jeśli ja go wcale nie znam? Jeśli.. on taki jest naprawdę?
-Która godzina? -pytam, próbując zmienić temat. Nie chcę płakać ponownie i się tym zamartwiać.
-Trzecia.. -mruczy, oblizując wargi, a w moim brzuchu pojawia się jakieś dziwnie łaskotanie. Ignoruję to.
-Czemu więc nie śpisz?
-Nie mogłem zasnąć.. -szepcze, wpatrując się w przestrzeń. Wydaje się być zamyślony. I nagle, z niewiadomego mi powodu, chcę go poznać.
-Jak.. się nazywasz? -niepewnie pytam. Unosi na mnie wzrok, przekrzywiając głowę.
-Bieber -przełykam ślinę. Kojarzę to nazwisko.. i na pewno nie pod dobrym adresem.
-A imię? -przewracam oczami. Już nie czuję się onieśmielona.
-Adolf.
Rozszerzam oczy. Jak ktoś mógł tak nazwać swoje dziecko?
Powstrzymuję się od komentarza i od wybuchu śmiechem, ponieważ nie chcę, aby mu się zrobiło przykro. Ale no, naprawdę.. Adolf Bieber?
Brechtam pod nosem, lecz udaję, że to kaszel.
-Nabrałem Cię. -po dwóch sekundach dociera to do mnie.
Zaczynam chichotać. Lecz on się nie śmieje. On się nawet nie uśmiecha. Milknę więc, zażenowana lekko. I znów zmiana tematu.
-Zostajesz tu? -jego pytanie miesza mi w głowie. To pytanie, czy prośba? A może mnie wygania?
-Nie chcę sprawiać Ci kłopotów.. -czuję, jak się rumienię. On rozszerza oczy, a po.. w sumie? Mogę go teraz nazywać Bieber, no nie? Bieber.. a po chwili Bieber na mnie zerka.
-Nie no.. -drapie się po karku, ziewając. -Jeśli nie chcesz wracać do domu, możesz zostać..
Kiwam głową, lecz on chce jeszcze coś powiedzieć.
-Tylko, jest sprawa, bo..
Przerywa mu mój telefon, który zaczyna wibrować. Kto mógłby dzwonić do mnie o tej porze? Posyłam mu przepraszające spojrzenie i odbieram połączenie, przykładając go do ucha.
-Halo?
-Obudziłam Cię? -pyta Leila.
-Nie.. nie spałam. -mówię, zerkając na Bieber'a. -A co się stało?
-Nic, chciałam tylko sprawdzić czy.. wszystko w porządku? -nie, nie jest w porządku, Leila.
-Tak.. -kiwam głową, choć i tak mnie nie widzi.
Uśmiecham się lekko do brązowookiego i szepczę, powstrzymując łzy.
-Teraz już tak.
On zaciska usta w cienką linię, odwracając wzrok.
-Umm.. okej. -wydaje się być zaskoczona. -To.. dobranoc.
To, że jest mi.. wygodnie.
I to, że się o mnie troszczy.
Jest mi tak wygodnie, gdy mnie niesie, że pozwalam sobie uciąć małą drzemkę. Gdy budzę się w czyimś łóżku, które na pewno nie jest moim, serce podskakuje mi do gardła.
Wstaję z niego, niepewnie się rozglądając. Szare ściany, kołdra, rolety.. czarne meble.. widzę nawet plakat drużyny Meaple Leafs Toronto.
Przez bardzo długą chwilę zastanawiam się co ja tu robię i gdzie jestem!
Nawet nie chcę patrzeć w lustro, ponieważ czuję, że wyglądam okropnie.
Wychodzę z pokoju. Jestem w tej samej sukience. Jest brudna, troszkę potargana, ale jest. Czyli nikt mnie nie zgwałcił.
Oglądam się co chwilę za siebie. Mam wrażenie, jakby ktoś mnie oglądał w tanim filmie. Czuję się tania, choć wiem, że do niczego nie doszło pomiędzy mną a.. nim. Wchodzę do kuchni, słysząc kroki.
Zamieram. Wszystko sobie przypominam, łącznie ze słowami Cody'ego i łącznie z.. no wszystko po prostu.
-Jak się czujesz? -pyta mnie, podając mi kubek z herbatą. Jego jest przynajmniej gorąca, nie to, co Leili.. Widzę troskę w jego oczach. I tego właśnie nie rozumiem..
Siadam przy stoliku, chwytając w dłonie gorący kubek. Parzy mnie, lecz nie odkładam ich. Pragnę się ogrzać, a to jest jedyny sposób na to.
-On nigdy taki nie był.. -szepczę, wpatrując się w swoje drżące palce. Zamyślam się przez dłuższą chwilę. Cody zawsze był szczery, miły, przyzwoity, grzeczny.. nie znikał w nocy z domu, nie wpakowywał się w tarapaty.. i nie zadawał się z takimi ludźmi.
-Co? -unoszę na niego wzrok, wyrywając się z tych ponurych myśli. Marszczy brwi, opierając dłonie o stół.
-Cody.. nie był taki. -wzruszam ramionami, wpatrując się ponownie w herbatę w kubku . -Nie wiem co mu zrobiłeś, ale taki nie był..
Wzdychając, siada obok mnie.
-Posłuchaj.. -przenoszę znów na niego leniwie wzrok, lecz nie wytrzymuję długo. Jest zbyt piękny.
-Cody sam decyduje o tym, co robi.. nikt go nie zmuszał. Chłopak chciał tego..
-Ale on nigdy tego nie chciał! -Krzyczę, uderzając pięśćmi w stół. Nagle jestem zła. Na niego, na Cody'ego, na siebie, na wszystko.
-A Ty wiesz o tym najlepiej, prawda? -uśmiecha się sardonicznie. Powstrzymuję się od płaczu. Co, jeśli ja go wcale nie znam? Jeśli.. on taki jest naprawdę?
-Która godzina? -pytam, próbując zmienić temat. Nie chcę płakać ponownie i się tym zamartwiać.
-Trzecia.. -mruczy, oblizując wargi, a w moim brzuchu pojawia się jakieś dziwnie łaskotanie. Ignoruję to.
-Czemu więc nie śpisz?
-Nie mogłem zasnąć.. -szepcze, wpatrując się w przestrzeń. Wydaje się być zamyślony. I nagle, z niewiadomego mi powodu, chcę go poznać.
-Jak.. się nazywasz? -niepewnie pytam. Unosi na mnie wzrok, przekrzywiając głowę.
-Bieber -przełykam ślinę. Kojarzę to nazwisko.. i na pewno nie pod dobrym adresem.
-A imię? -przewracam oczami. Już nie czuję się onieśmielona.
-Adolf.
Rozszerzam oczy. Jak ktoś mógł tak nazwać swoje dziecko?
Powstrzymuję się od komentarza i od wybuchu śmiechem, ponieważ nie chcę, aby mu się zrobiło przykro. Ale no, naprawdę.. Adolf Bieber?
Brechtam pod nosem, lecz udaję, że to kaszel.
-Nabrałem Cię. -po dwóch sekundach dociera to do mnie.
Zaczynam chichotać. Lecz on się nie śmieje. On się nawet nie uśmiecha. Milknę więc, zażenowana lekko. I znów zmiana tematu.
-Zostajesz tu? -jego pytanie miesza mi w głowie. To pytanie, czy prośba? A może mnie wygania?
-Nie chcę sprawiać Ci kłopotów.. -czuję, jak się rumienię. On rozszerza oczy, a po.. w sumie? Mogę go teraz nazywać Bieber, no nie? Bieber.. a po chwili Bieber na mnie zerka.
-Nie no.. -drapie się po karku, ziewając. -Jeśli nie chcesz wracać do domu, możesz zostać..
Kiwam głową, lecz on chce jeszcze coś powiedzieć.
-Tylko, jest sprawa, bo..
Przerywa mu mój telefon, który zaczyna wibrować. Kto mógłby dzwonić do mnie o tej porze? Posyłam mu przepraszające spojrzenie i odbieram połączenie, przykładając go do ucha.
-Halo?
-Obudziłam Cię? -pyta Leila.
-Nie.. nie spałam. -mówię, zerkając na Bieber'a. -A co się stało?
-Nic, chciałam tylko sprawdzić czy.. wszystko w porządku? -nie, nie jest w porządku, Leila.
-Tak.. -kiwam głową, choć i tak mnie nie widzi.
Uśmiecham się lekko do brązowookiego i szepczę, powstrzymując łzy.
-Teraz już tak.
On zaciska usta w cienką linię, odwracając wzrok.
-Umm.. okej. -wydaje się być zaskoczona. -To.. dobranoc.
I rozłącza się, a chłopak posyła mi pytające spojrzenie.
-Nie ważne..
-Nie wnikam -ponuro się uśmiecha i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samą.
-Nie ważne..
-Nie wnikam -ponuro się uśmiecha i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samą.
8, A ja otulam go sobą
-Ale na pewno dasz radę wrócić do domu? -pyta troskliwie Leila. -Nic sobie nie zrobisz?
-Tak, już dobrze.. -pociągam nosem. Jeszcze raz przytula mnie sztywno, a po chwili zamyka mi drzwi przed nosem.
Wzdycham i kieruję się do domu. Jest ciemno, zimno, a ja jedynie mam na sobie bluzę. Zimna herbata Leili wcale mnie nie rozgrzała.
Zastanawiam się, co robi teraz mój brat. Jest mu przykro? Może mnie szuka?
Jest w ogóle w domu? Czy znów gdzieś łazi na Braton i zażywa narkotyki?
A może on jest wplątany w jakieś przestępstwo? A może.. nie.
Muszę przestać się tak tym zadręczać! Przecież by mi powiedział, że grozi mu bezpieczeństwo.. Chociaż..
Głowa zaczyna mnie boleć, od nadmiaru myśli i sprzecznych uczuć. Nawet nie zauważam, gdy stoję już przed drzwiami naszego domu. Chcę otworzyć drzwi, gdy okazuje się, że są zamknięte. No tak! Mogłam się tego spodziewać.. Kurde no!
Mam ochotę krzyczeć, przeklinać i bić, lecz jedyne co jestem w stanie zrobić to pozwolić, by słone łzy ciekły strumieniami po mojej twarzy. Już mam nawet gdzieś to, jak wyglądam. Muszę mu przemówić do rozsądku! I wydaje mi się, że wiem gdzie go szukać..
Stoję przed drzwiami klubu. Tego samego, gdzie poznałam Sierrę. Tego samego, gdzie pierwszy raz zobaczyłam jego oczy. Tego samego, gdzie wszystko się zaczęło..
Po paru spokojnych oddechach wchodzę do środka, otwierając ogromne drzwi. Do moich uszu dobiega rap, nie wiem czyja to piosenka. Nie znam się na rapie..
Przeciskam się między opitymi, spoconymi ludźmi, rozglądając się w poszukiwaniu swojego brata. Jak na złość nie ma go tam, gdzie był ostatnio z tym psycholem!
Nie poddaję się. Szybciej się przemieszczam, niemal popychając ludzi, którzy stoją mi na przeszkodzie. W końcu staję w miejscu, w środku klubu, wzdychając z frustracji. Gdzie indziej mógłby być? Gdzie go szukać?
Obracam się gwałtownie, wpadając na czyjąś twardą klatkę piersiową. Zaciskam oczy.
Boję się ich otworzyć. Dotykam umięśnionego brzucha mężczyzny, podczas gdy w moim brzuchu pojawiają się motylki. Albo może to komary wysysające krew?
W końcu, drżąc niczym galareta, unoszę głowę i spotykam się z tym samym spojrzeniem, co zawsze.
Łapie mnie w biodrach, zbliżając usta do mej szyi.. zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje. A najbardziej zastanawia mnie to, jak znalazłam się w jego ramionach..
Po jakby się mogło wydawać godzinach, dotyka wargą płatka mojego ucha. Przełykam głośno ślinę, gdy słyszę jego ochrypły głos.
-Nie przychodź tu, szukając swojego braciszka.. nawet on nie radzi sobie z naszym życiem, a co dopiero Ty -każde jego słowo przesiąka jadem.. ale podoba mi się to. Zdaję sobie sprawę, że moje serce bije szybciej i głośniej, niż basy w głośnikach. Myślę, że nawet zaraz wyskoczy mi z piersi. -To nie miejsce dla Was, a zwłaszcza dla Ciebie..
Kolejny raz przełykam ślinę. Błagam, przestań.. jego usta palą moją skórę. Nie, nie przestawaj! To takie miłe..
Zbieram się na odwagę i odpycham go, lecz delikatnie, bo mam wrażenie, że jest w stanie zrobić mi krzywdę. Chociaż..
-Gdzie mój brat? -mój głos jest cichy i słaby, nie poznaję go.. więc odchrząkam i tym razem krzyczę, by przekrzyczeć muzykę. -Zaprowadź mnie do niego!
On jedynie zaciska szczękę i się patrzy na mnie. Po chwili kiwa głową do siebie i łapie mnie mocno za nadgarstek. Szybko mu się wyrywam, marszcząc brwi. Ten, pochylając się nade mną, szepcze mi do ucha
-To żebyś mi się nie zgubiła
Chwyta go jeszcze raz, a ja tym razem posłusznie idę za nim, czując jak rozluźnił uścisk.
Kierujemy się na tyły klubu, wychodząc na świeże powietrze. Skręca w bok, więc ja też skręcam. Wtedy to widzę..
Cody palący coś, co na pewno nie jest zwykłym papierosem.. chwieje się i co chwilę chichocze, chociaż wcale nie ma do tego żadnych powodów. Nawet nie wiem o tym, ale zaciskam palce z całej siły na dłoni.. a właśnie.. jak on się nazywa? Nie ważne, nie mam do tego teraz głowy.. Puszczam ją, idąc ku Cody'emu.
Nagle czuję krople deszczu.. chmury zaczynają stawać się ciemniejsze i jest ich.. więcej. Powietrze jest rześkie, a ja drżę. Przecież boję się burzy.. Myślę, gdy słyszę grzmot.
Odwraca się do mnie, śmiejąc pod nosem.
-O, moja siostu-uru-runia! -krzyczy, próbując iść w moją stronę. Wyciąga dłoń w moją stronę, lecz ja go odpycham. Czuję, jak ponownie tego dnia łzy zaczynają wędrówkę wzdłuż moich polików. -Po-opatrz! Tam jest Betty, zaliczy-yłem ją dzisia-aj sto ra-azy! I wiesz co?
On mówi do mnie, śmiejąc się, a ja pochylam się nad chodnikiem. Boli mnie brzuch, a łzy nie przestają płynąć, tak samo jak deszcz. Nie wiem czy moje policzka są mokre od łez, czy od deszczu, ale widzę błysk. Kulę się.
-Zapomniała się ogolić! -wybucha śmiechem, a ja mam ochotę zwymiotować.
Nie kontroluje swoim ciałem i spada na mnie, wisząc na moich ramionach. Nie mam siły go dźwigać, ale chcę mu pomóc. Chwytam go pod pachami i ciągnę w górę. Obok niego pojawia się on i pomaga mu stać prosto.
-Udajesz taką porzą-ądnisię, a w rzeczy-czywistości pewnie dajesz każ-kademu dupy na ulicy! -jego śmiech zaczyna mnie przytłaczać. Mam już go dość. Chcę go zostawić, lecz myśl o tym, że nie da sobie rady.. przecież to mój brat!
Robi mi się słabo.. i świat wiruje.. a zamazany obraz spowodowany łzami wcale tego nie ułatwia.. tak samo jak i burza. Znów widzę błysk piorunu.
-I po chu-uja w ogóle chodzisz do tej pierdo-dolonej babci! -unoszę na niego wzrok. Wszystko jest zamazane, zwłaszcza Cody.. -I tak w końcu szma-ata umrze..
I kolejny raz słyszę jego szyderczy śmiech.
I kolejny błysk na niebie.
I jeszcze jaśniejszy błysk w jego oczach, gdy padam na ziemię..
I to zmartwienie, jakie pojawia się w tych tęczówkach.
Zaczynam płakać. Naprawdę płakać. To już nie tylko łzy, ja.. krzyczę. Niemal wrzeszczę. Wtedy..
Wtedy on odwraca Cody'ego do siebie i go uderza w twarz. Mocno. Aż ja to czuję..
Ale już mnie on nie obchodzi.. niech cierpi tak, jak ja cierpię teraz..
-To za to, że jesteś takim chujem, skurwielu -słyszę wark w oddali, a przecież szatyn stoi obok mnie.. i echo.. kaszel.. krzyki..
On podnosi mnie z ziemi, ulokowując swoje duże, ciepłe dłonie po obu stronach mojej twarzy. Wyciera kciukami łzy, by po chwili deszcz ponownie ją zmoczył.
I kolejny błysk na niebie, który sprawia, że szlocham.
-Zabierz mnie stąd.. -szepczę. Dyszę. -Proszę..
I wystarczy sekunda, by on zabrał mnie na ręce. Otula mnie swoją bluzą. A ja otulam go sobą.
-Tak, już dobrze.. -pociągam nosem. Jeszcze raz przytula mnie sztywno, a po chwili zamyka mi drzwi przed nosem.
Wzdycham i kieruję się do domu. Jest ciemno, zimno, a ja jedynie mam na sobie bluzę. Zimna herbata Leili wcale mnie nie rozgrzała.
Zastanawiam się, co robi teraz mój brat. Jest mu przykro? Może mnie szuka?
Jest w ogóle w domu? Czy znów gdzieś łazi na Braton i zażywa narkotyki?
A może on jest wplątany w jakieś przestępstwo? A może.. nie.
Muszę przestać się tak tym zadręczać! Przecież by mi powiedział, że grozi mu bezpieczeństwo.. Chociaż..
Głowa zaczyna mnie boleć, od nadmiaru myśli i sprzecznych uczuć. Nawet nie zauważam, gdy stoję już przed drzwiami naszego domu. Chcę otworzyć drzwi, gdy okazuje się, że są zamknięte. No tak! Mogłam się tego spodziewać.. Kurde no!
Mam ochotę krzyczeć, przeklinać i bić, lecz jedyne co jestem w stanie zrobić to pozwolić, by słone łzy ciekły strumieniami po mojej twarzy. Już mam nawet gdzieś to, jak wyglądam. Muszę mu przemówić do rozsądku! I wydaje mi się, że wiem gdzie go szukać..
Stoję przed drzwiami klubu. Tego samego, gdzie poznałam Sierrę. Tego samego, gdzie pierwszy raz zobaczyłam jego oczy. Tego samego, gdzie wszystko się zaczęło..
Po paru spokojnych oddechach wchodzę do środka, otwierając ogromne drzwi. Do moich uszu dobiega rap, nie wiem czyja to piosenka. Nie znam się na rapie..
Przeciskam się między opitymi, spoconymi ludźmi, rozglądając się w poszukiwaniu swojego brata. Jak na złość nie ma go tam, gdzie był ostatnio z tym psycholem!
Nie poddaję się. Szybciej się przemieszczam, niemal popychając ludzi, którzy stoją mi na przeszkodzie. W końcu staję w miejscu, w środku klubu, wzdychając z frustracji. Gdzie indziej mógłby być? Gdzie go szukać?
Obracam się gwałtownie, wpadając na czyjąś twardą klatkę piersiową. Zaciskam oczy.
Boję się ich otworzyć. Dotykam umięśnionego brzucha mężczyzny, podczas gdy w moim brzuchu pojawiają się motylki. Albo może to komary wysysające krew?
W końcu, drżąc niczym galareta, unoszę głowę i spotykam się z tym samym spojrzeniem, co zawsze.
Łapie mnie w biodrach, zbliżając usta do mej szyi.. zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje. A najbardziej zastanawia mnie to, jak znalazłam się w jego ramionach..
Po jakby się mogło wydawać godzinach, dotyka wargą płatka mojego ucha. Przełykam głośno ślinę, gdy słyszę jego ochrypły głos.
-Nie przychodź tu, szukając swojego braciszka.. nawet on nie radzi sobie z naszym życiem, a co dopiero Ty -każde jego słowo przesiąka jadem.. ale podoba mi się to. Zdaję sobie sprawę, że moje serce bije szybciej i głośniej, niż basy w głośnikach. Myślę, że nawet zaraz wyskoczy mi z piersi. -To nie miejsce dla Was, a zwłaszcza dla Ciebie..
Kolejny raz przełykam ślinę. Błagam, przestań.. jego usta palą moją skórę. Nie, nie przestawaj! To takie miłe..
Zbieram się na odwagę i odpycham go, lecz delikatnie, bo mam wrażenie, że jest w stanie zrobić mi krzywdę. Chociaż..
-Gdzie mój brat? -mój głos jest cichy i słaby, nie poznaję go.. więc odchrząkam i tym razem krzyczę, by przekrzyczeć muzykę. -Zaprowadź mnie do niego!
On jedynie zaciska szczękę i się patrzy na mnie. Po chwili kiwa głową do siebie i łapie mnie mocno za nadgarstek. Szybko mu się wyrywam, marszcząc brwi. Ten, pochylając się nade mną, szepcze mi do ucha
-To żebyś mi się nie zgubiła
Chwyta go jeszcze raz, a ja tym razem posłusznie idę za nim, czując jak rozluźnił uścisk.
Kierujemy się na tyły klubu, wychodząc na świeże powietrze. Skręca w bok, więc ja też skręcam. Wtedy to widzę..
Cody palący coś, co na pewno nie jest zwykłym papierosem.. chwieje się i co chwilę chichocze, chociaż wcale nie ma do tego żadnych powodów. Nawet nie wiem o tym, ale zaciskam palce z całej siły na dłoni.. a właśnie.. jak on się nazywa? Nie ważne, nie mam do tego teraz głowy.. Puszczam ją, idąc ku Cody'emu.
Nagle czuję krople deszczu.. chmury zaczynają stawać się ciemniejsze i jest ich.. więcej. Powietrze jest rześkie, a ja drżę. Przecież boję się burzy.. Myślę, gdy słyszę grzmot.
Odwraca się do mnie, śmiejąc pod nosem.
-O, moja siostu-uru-runia! -krzyczy, próbując iść w moją stronę. Wyciąga dłoń w moją stronę, lecz ja go odpycham. Czuję, jak ponownie tego dnia łzy zaczynają wędrówkę wzdłuż moich polików. -Po-opatrz! Tam jest Betty, zaliczy-yłem ją dzisia-aj sto ra-azy! I wiesz co?
On mówi do mnie, śmiejąc się, a ja pochylam się nad chodnikiem. Boli mnie brzuch, a łzy nie przestają płynąć, tak samo jak deszcz. Nie wiem czy moje policzka są mokre od łez, czy od deszczu, ale widzę błysk. Kulę się.
-Zapomniała się ogolić! -wybucha śmiechem, a ja mam ochotę zwymiotować.
Nie kontroluje swoim ciałem i spada na mnie, wisząc na moich ramionach. Nie mam siły go dźwigać, ale chcę mu pomóc. Chwytam go pod pachami i ciągnę w górę. Obok niego pojawia się on i pomaga mu stać prosto.
-Udajesz taką porzą-ądnisię, a w rzeczy-czywistości pewnie dajesz każ-kademu dupy na ulicy! -jego śmiech zaczyna mnie przytłaczać. Mam już go dość. Chcę go zostawić, lecz myśl o tym, że nie da sobie rady.. przecież to mój brat!
Robi mi się słabo.. i świat wiruje.. a zamazany obraz spowodowany łzami wcale tego nie ułatwia.. tak samo jak i burza. Znów widzę błysk piorunu.
-I po chu-uja w ogóle chodzisz do tej pierdo-dolonej babci! -unoszę na niego wzrok. Wszystko jest zamazane, zwłaszcza Cody.. -I tak w końcu szma-ata umrze..
I kolejny raz słyszę jego szyderczy śmiech.
I kolejny błysk na niebie.
I jeszcze jaśniejszy błysk w jego oczach, gdy padam na ziemię..
I to zmartwienie, jakie pojawia się w tych tęczówkach.
Zaczynam płakać. Naprawdę płakać. To już nie tylko łzy, ja.. krzyczę. Niemal wrzeszczę. Wtedy..
Wtedy on odwraca Cody'ego do siebie i go uderza w twarz. Mocno. Aż ja to czuję..
Ale już mnie on nie obchodzi.. niech cierpi tak, jak ja cierpię teraz..
-To za to, że jesteś takim chujem, skurwielu -słyszę wark w oddali, a przecież szatyn stoi obok mnie.. i echo.. kaszel.. krzyki..
On podnosi mnie z ziemi, ulokowując swoje duże, ciepłe dłonie po obu stronach mojej twarzy. Wyciera kciukami łzy, by po chwili deszcz ponownie ją zmoczył.
I kolejny błysk na niebie, który sprawia, że szlocham.
-Zabierz mnie stąd.. -szepczę. Dyszę. -Proszę..
I wystarczy sekunda, by on zabrał mnie na ręce. Otula mnie swoją bluzą. A ja otulam go sobą.
wtorek, 12 maja 2015
7 Czemu nikt nie umie mnie pocieszać?
-Jak się czuje? - pytam pielęgniarki.
-Sama ją o to zapytaj -mówi z lekkim uśmiechem na twarzy.
Niepewnie wchodzę do sali, siadając na krześle przy łóżku.
-Cześć babciu -szepczę. -Przyniosłam Ci rosół..
Uśmiecha się słabo.
-Babciu.. jak się czujesz?
-Było gorzej.. nie przejmuj się, kochanie.. -mruczy, otwierając leniwie oczy.
-Wszyscy mi to mówią! -wzdycham. -"Nie przejmuj się", "zajmę się tym".. ale ja się wtedy przejmuję bardziej!
-Bo jesteś dobrym człowiekiem, skarbie..
-Wiem, babciu.. -spuszczam wzrok. -Przepraszam.
-Nie przepraszaj, tylko mi poczytaj -prosi, podając mi książkę. To chyba romans.
Marszczę brwi.
-Mam Ci.. czytać książkę? -cicho się śmieję, lecz jej wzrok sprawia, że uzmysławiam sobie, że ona nie żartuje. -Um.. okej.
Obracam książkę w dłoni, czytając krótki opis książki.
Opowiada o bogatej dziewczynie, która zakochuje się w biednym, niegrzecznym chłopaku.
Oj babciu, babciu.. co Ty czytasz.
-Wydawać by się mogło, że miałam go gdzieś. Ale ja go kochałam. Najmconiej na świecie, a on zwyczajnie stchórzył.
-Kochanie, dziękuję.. ale już jest późno, idź do domu. Dokończysz kedy indziej.
-Umm.. okej, nie ma za co -uśmiecham się. -Piękna książka.
-Wiedziałam, że Ci się spodoba.
-Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham dno.. -Destiny czyta ze swojego notatnika, a ja zapisuję to wszystko w swoim. -Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham Ciebie.. I nigdy nie przypuszczałam, że mi się spodoba sposób, w jaki mnie ranisz.
-Bardzo tajemnicze, ale piękne, Panno Blake. -starsza kobieta uśmiecha się równo z dzwonkiem. -Możecie iść do domu, miłego weekendu.
Więc wszystkie wstajemy, kierując się do wyjścia.
-Tato, nie wiesz gdzie jest moje mp3? -pytam, przeczesując włosy dłonią.
-Wydawało mi się, że u Cody'ego. Ostatnio ją pożyczył, bo swoją zgubił.
-Okej -mógł mnie spytać, czy może ją wziąć..
Idę do jego pokoju. Oczywiście, tradycyjnie, nie ma go na wieczór w domu.. Pozwalam sobie rozglądnąć po jego różnych szafkach. W końcu po trzech minutach odnajduję swoją zgubę w szufladzie.
Choć wiem, że powinnam już iść do siebie, nogi same mnie prowadzą do jego biurka. Otwieram inne szuflady i różne półki, ale nie znajduję nic niepokojącego.
Jedna szuflada jest na zamek...
W poprzedniej był klucz, więc go biorę i wkładam do zamku.
Szuflada otwiera się. Widzę jakieś zeszyty i już mam zamknąć szufladę, gdy zauważam woreczek pod jednym z zeszytów. Podnoszę go. Nie...
Nie, nie, nie!
Nagle słyszę trzask drzwiami. Cody stoi w progu drzwi, gdy się gwałtownie obracam w jego kierunku.
Szybko do mnie podchodzi, wyrywając woreczek z białym proszkiem. Jest brutalny. I znów ma przekrwione oczy.
-Nic, czym mam się martwić? -wrzeszczę. Wiedziałam, że kłamie. Wiedziałam!
-Nie nauczyli Cię, że się nie grzebie w nie swoich rzeczach?
-Cody! Upadłeś na głowę? Po co Ci to!
-A jak myślisz? -chwyta mnie za nadgarstek i mocno go ściska.
-To boli.. -szepczę..co się stało z moim braciszkiem?
-Chcesz sobie zniszczyć życie?
-To nie ja je niszczę, tylko nasi rodzice! -widzę w jego oczach wściekłość. -Zrób to, zrób tamto! Idziesz tam, będziesz tym, nauczysz się tego, pójdziesz w ślady taty..
-Ale ja nie chcę być takim potworem jak on! -kręci głową. -Bez serca.. a jedyne, co się liczy, to praca!
-Cody..
-Wy wszyscy jesteście tacy sztuczni.. Ty udajesz, że wierzysz w to, że rodzice nas kochają, a rodzice udają, że to robią!
Nie rozumiem co do mnie mówi.. nie rozumiem! Czuję, jak słona, wielka łza, spływa po moim rozgrzanym policzku.
Chcę uciec... i to robię.
Wybiegam z jego pokoju, a następnie z domu.
Muszę się komuś wygadać..
Biegnę już dziesięć minut, nie zatrzymując się. Jestem niedaleko domu Leili, a moja komórka ciągle dzwoni. Już mam dość tej piosenki.. zatrzymuję się na chwilę, by wyjąć telefon z kieszeni i rzucić nim o beton, roztrzaskując na wiele kawałków.
Mam to gdzieś! Czuję się słabo, czuję się brudna.. i samotna. Ale dalej biegnę, ile sił w nogach. Czuję się jakby ktoś mnie gonił.. śledził.. nie czuję się wolna.. czuję się coraz gorzej..
Dobiegam do drzwi wejściowych Leili i pukam mocno do drzwi. Jest mi gorąco, słabo i dyszę. Oczy same mi się zamykają.. i padam na kolana, na jej wycieraczkę, opierając głowę o drzwi.. i nagle pada na mnie światło z wnętrza domu, gdy drzwi się otwierają, co powoduje, że moja twarz leci na podłogę.
Nie wiem co się dzieję i myślę, że nie chcę wiedzieć. Słyszę jakby echem "Sophie! Boże, Sophie! Sophie, obudź się!"
I ciemność.
Gdy otwieram oczy, automatycznie razi mnie promień z lampy.
Rozglądam się i widzę moją zmartwioną przyjaciółkę.
-Sophie, co się stało? Boli Cię coś? Zrobiłam Ci herbatę, pij. -podaje mi już zimny kubek. Marszczę brwi.
-Ile spałam?
-Dwie godziny.. co się stało?
I nagle to wszystko we mnie uderza..
Rzucam się na nią z płaczem, a ona zaskoczona odwzajemnia mój uścisk. W końcu się uspokajam i wyżalam się jej.
-No bo.. Cody zaczął się zadawać z takim dziwnym typkiem, no i od wtedy zrobił się taki dziwny i chamski i dzisiaj znalazłam w jego pokoju.. nar.. nar.. narkotyki!
I wybucham kolejną falą płaczu, zatapiając się w jej koszulce.
-Um.. no dobrze, nie płacz już.. -głaszcze mnie po włosach, próbując uspokoić. Lecz ja nadal drżę. -Sophie, on na pewno zrozumie, że to co robi, jest złe. Na pewno, nie martw się tym. Każdy uczy się na błędach.
-Ale Ty nie rozum-iesz! -szlocham w jej ramię. -On sobie zniszczy ży-życie!
Wzdycha, tuląc mnie. Czemu nikt nie umie mnie pocieszać?
-Sama ją o to zapytaj -mówi z lekkim uśmiechem na twarzy.
Niepewnie wchodzę do sali, siadając na krześle przy łóżku.
-Cześć babciu -szepczę. -Przyniosłam Ci rosół..
Uśmiecha się słabo.
-Babciu.. jak się czujesz?
-Było gorzej.. nie przejmuj się, kochanie.. -mruczy, otwierając leniwie oczy.
-Wszyscy mi to mówią! -wzdycham. -"Nie przejmuj się", "zajmę się tym".. ale ja się wtedy przejmuję bardziej!
-Bo jesteś dobrym człowiekiem, skarbie..
-Wiem, babciu.. -spuszczam wzrok. -Przepraszam.
-Nie przepraszaj, tylko mi poczytaj -prosi, podając mi książkę. To chyba romans.
Marszczę brwi.
-Mam Ci.. czytać książkę? -cicho się śmieję, lecz jej wzrok sprawia, że uzmysławiam sobie, że ona nie żartuje. -Um.. okej.
Obracam książkę w dłoni, czytając krótki opis książki.
Opowiada o bogatej dziewczynie, która zakochuje się w biednym, niegrzecznym chłopaku.
Oj babciu, babciu.. co Ty czytasz.
-Wydawać by się mogło, że miałam go gdzieś. Ale ja go kochałam. Najmconiej na świecie, a on zwyczajnie stchórzył.
-Kochanie, dziękuję.. ale już jest późno, idź do domu. Dokończysz kedy indziej.
-Umm.. okej, nie ma za co -uśmiecham się. -Piękna książka.
-Wiedziałam, że Ci się spodoba.
-Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham dno.. -Destiny czyta ze swojego notatnika, a ja zapisuję to wszystko w swoim. -Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham Ciebie.. I nigdy nie przypuszczałam, że mi się spodoba sposób, w jaki mnie ranisz.
-Bardzo tajemnicze, ale piękne, Panno Blake. -starsza kobieta uśmiecha się równo z dzwonkiem. -Możecie iść do domu, miłego weekendu.
Więc wszystkie wstajemy, kierując się do wyjścia.
-Tato, nie wiesz gdzie jest moje mp3? -pytam, przeczesując włosy dłonią.
-Wydawało mi się, że u Cody'ego. Ostatnio ją pożyczył, bo swoją zgubił.
-Okej -mógł mnie spytać, czy może ją wziąć..
Idę do jego pokoju. Oczywiście, tradycyjnie, nie ma go na wieczór w domu.. Pozwalam sobie rozglądnąć po jego różnych szafkach. W końcu po trzech minutach odnajduję swoją zgubę w szufladzie.
Choć wiem, że powinnam już iść do siebie, nogi same mnie prowadzą do jego biurka. Otwieram inne szuflady i różne półki, ale nie znajduję nic niepokojącego.
Jedna szuflada jest na zamek...
W poprzedniej był klucz, więc go biorę i wkładam do zamku.
Szuflada otwiera się. Widzę jakieś zeszyty i już mam zamknąć szufladę, gdy zauważam woreczek pod jednym z zeszytów. Podnoszę go. Nie...
Nie, nie, nie!
Nagle słyszę trzask drzwiami. Cody stoi w progu drzwi, gdy się gwałtownie obracam w jego kierunku.
Szybko do mnie podchodzi, wyrywając woreczek z białym proszkiem. Jest brutalny. I znów ma przekrwione oczy.
-Nic, czym mam się martwić? -wrzeszczę. Wiedziałam, że kłamie. Wiedziałam!
-Nie nauczyli Cię, że się nie grzebie w nie swoich rzeczach?
-Cody! Upadłeś na głowę? Po co Ci to!
-A jak myślisz? -chwyta mnie za nadgarstek i mocno go ściska.
-To boli.. -szepczę..co się stało z moim braciszkiem?
-Chcesz sobie zniszczyć życie?
-To nie ja je niszczę, tylko nasi rodzice! -widzę w jego oczach wściekłość. -Zrób to, zrób tamto! Idziesz tam, będziesz tym, nauczysz się tego, pójdziesz w ślady taty..
-Ale ja nie chcę być takim potworem jak on! -kręci głową. -Bez serca.. a jedyne, co się liczy, to praca!
-Cody..
-Wy wszyscy jesteście tacy sztuczni.. Ty udajesz, że wierzysz w to, że rodzice nas kochają, a rodzice udają, że to robią!
Nie rozumiem co do mnie mówi.. nie rozumiem! Czuję, jak słona, wielka łza, spływa po moim rozgrzanym policzku.
Chcę uciec... i to robię.
Wybiegam z jego pokoju, a następnie z domu.
Muszę się komuś wygadać..
Biegnę już dziesięć minut, nie zatrzymując się. Jestem niedaleko domu Leili, a moja komórka ciągle dzwoni. Już mam dość tej piosenki.. zatrzymuję się na chwilę, by wyjąć telefon z kieszeni i rzucić nim o beton, roztrzaskując na wiele kawałków.
Mam to gdzieś! Czuję się słabo, czuję się brudna.. i samotna. Ale dalej biegnę, ile sił w nogach. Czuję się jakby ktoś mnie gonił.. śledził.. nie czuję się wolna.. czuję się coraz gorzej..
Dobiegam do drzwi wejściowych Leili i pukam mocno do drzwi. Jest mi gorąco, słabo i dyszę. Oczy same mi się zamykają.. i padam na kolana, na jej wycieraczkę, opierając głowę o drzwi.. i nagle pada na mnie światło z wnętrza domu, gdy drzwi się otwierają, co powoduje, że moja twarz leci na podłogę.
Nie wiem co się dzieję i myślę, że nie chcę wiedzieć. Słyszę jakby echem "Sophie! Boże, Sophie! Sophie, obudź się!"
I ciemność.
Gdy otwieram oczy, automatycznie razi mnie promień z lampy.
Rozglądam się i widzę moją zmartwioną przyjaciółkę.
-Sophie, co się stało? Boli Cię coś? Zrobiłam Ci herbatę, pij. -podaje mi już zimny kubek. Marszczę brwi.
-Ile spałam?
-Dwie godziny.. co się stało?
I nagle to wszystko we mnie uderza..
Rzucam się na nią z płaczem, a ona zaskoczona odwzajemnia mój uścisk. W końcu się uspokajam i wyżalam się jej.
-No bo.. Cody zaczął się zadawać z takim dziwnym typkiem, no i od wtedy zrobił się taki dziwny i chamski i dzisiaj znalazłam w jego pokoju.. nar.. nar.. narkotyki!
I wybucham kolejną falą płaczu, zatapiając się w jej koszulce.
-Um.. no dobrze, nie płacz już.. -głaszcze mnie po włosach, próbując uspokoić. Lecz ja nadal drżę. -Sophie, on na pewno zrozumie, że to co robi, jest złe. Na pewno, nie martw się tym. Każdy uczy się na błędach.
-Ale Ty nie rozum-iesz! -szlocham w jej ramię. -On sobie zniszczy ży-życie!
Wzdycha, tuląc mnie. Czemu nikt nie umie mnie pocieszać?
środa, 6 maja 2015
6. Nigdy taki nie był
Idę za nim już z piętnaście minut, a czuję się jakby upłynęła godzina. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie wiem gdzie jesteśmy.
Widzę... ciemne zaułki, a w oddali ten sam klub nocny, co ostatnio.
Czyli jesteśmy na Braton..
Wchodzi tam, a ja podążam za nim.
Przepycham się przez tłumy ludzi, by dogonić Cody'ego, gdy zdaję sobie sprawę, że go zgubiłam. Rozglądam się wkoło, lecz nigdzie go nie widzę.
Już mam zawrócić, gdy jego sylwetka porusza się przy drzwiach wejściowych. Poznaję go. Wciąż za nim idę, śledząc każdy jego krok.
Nagle moja noga zaplątuje się o krzak i padam na kolana. Próbuję być cicho, by mnie nie usłyszał. Wstaję i otrzepuję kolana z błota. Szczypie mnie to. Długa stróżka krwi cieknie z niego. Olewam to i chcę dalej za nim iść, gdy... ughh!! Musiałam się potknąć! I gdzie on mógł pójść?
Idę wielkimi krokami, rozglądając się na boki. Nagle widzę ciemność i czuję ogromną dłoń na swoich ustach. Wyrywam się, czując na tych dłoniach włosy.
-Uspokój się, dziwko! -stary głos przyprawia mnie o ciarki. Widzę jak wyciąga nóż i zamachuje się.. to już mój koniec!
Zaciskam oczy, kuląc się.
Gdy nagle..
-Zostaw ją -ten głos przyprawia mnie o jeszcze większe ciarki. I wydaje mi się, że wiem do kogo należy.
Tamten mnie puszcza a ja od razu padam na beton, bardziej raniąc swoje kolana. Czuję się słabo i kręci mi się w głowie.
Klęczę na twardym chodniku, opierając na nim również dłonie.
Wszystko widzę podwójnie. Ten zakapturzony chłopak od dołu wygląda tak.. pięknie.
Nie widzę dokładnie jego twarzy.
Mój wybawca kopie tamtego mężczyznę w brzuch i spluwa na niego. Widzę wielką kałużę krwi pod jego twarzą, przyczepioną do betonu. Zakapturzony chłopak kopie go raz jeszcze w brzuch, a następnie w twarz.
Zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje.
-Wstań.
Unoszę na niego wzrok. Widzę jedynie jego czarne spodnie, więc podnoszę również głowę. Jego zimny i władczy ton powoduje dreszcze przebiegające po całym moim kręgosłupie. Wstaję, spuszczając wzrok.
-To nie miejsce dla Ciebie, lepiej wracaj do domu.
Ma spuszczoną głowę, jakby nie chciał, bym wiedziała jak wygląda.
-K-kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? -histerycznie pytam.
-Nikim, kogo chciałabyś znać. Ta dzielnica nie jest dla Ciebie bezpieczna.. -słucham? ja go nawet nie znam! -Ładnie to tak śledzić braciszka?
-Mógłbyś zdjąć kaptur? -ignoruję jego pytanie, czuję, że muszę go zobaczyć!
-Co?
O nie.. moja głowa pulsuje.. i on się kręci.. łapie mnie za ramię, kopiąc mnie prądem.
-Wszystko okej? -zdejmuje kaptur, ale ja nie widzę jego twarzy.. widzę zamazany obraz, a jedyne, co jest wyraźne to jego duże, brązowe, zmartwione oczy.
Budzę się z silnym bólem głowy. Przeciągam się. Coś tu nie pasuje.. zapach i łóżko.
Łóżko niby to samo, lecz jakieś.. niewygodne.
Zapach też jakiś inny.. nie pamiętam jak znalazłam się w swoim domu. Czyżby tamten zakapturzony facet, który najpierw mnie śledził, a następnie uratował, przyprowadził mnie tutaj? A może zadzwonił po mojego brata i to on się tym zajął?
Jestem zmieszana. Będę musiała z nim o tym porozmawiać.
Po tym, jak się załatwiłam, szybko się ubrałam, pomalowałam i uczesałam.
Schodzę na dół, gotowa, by iść do szkoły, gdy zatrzymuje mnie moja matka.
-Gdzie byłaś? -unosi brodę, patrząc na mnie karcąco.
-Leila mnie potrzebowała -mówię pierwsze, co mi przychodzi do głowy.
-Mogłaś chociaż zadzwonić!
-Dobrze, przepraszam..
Chciałam o tym powiedzieć Leili, lecz postanowiłam, że lepiej jeśli zachowam to dla siebie.
-Natan się cały czas na Ciebie patrzy.. -ćwierka mi do ucha na biologii. Zerkam na niego. Leila ma rację. Uśmiecham się lekko do niego.
-Czemu nie zadzwoniłaś wczoraj ? -pyta, gdy wychodzimy z sali. Wzdycham.
-Przepraszam, Nate.. nie prosiłeś, abym dzwoniła.
-Ale myślałem, że.. -marszczy brwi. -A dobra, nie ważne.
Teraz to ja marszczę brwi.
On obejmuje mnie ramieniem i tak krążymy po korytarzu.
Gdy wracam do domu, słyszę głośną muzykę z pokoju Cody'ego. Wchodzę na górę, kierując się do jego pokoju.
Zamieram.
Ten sam, zakapturzony chłopak siedzi w pokoju mojego brata, paląc sobie papierosa. Cody jest w łazience, bo słyszę go.
Rodzice wracają wieczorem, więc za ten czas przestanie śmierdzieć.
Nie wiem, czy bardziej zdumiewa mnie fakt, że Cody pozwolił mu palić w środku, fakt, że on tu jest i nie ma założonego kaptura, czy to, że miękną mi nogi.
Jest taki piękny.
Czemu się chowa?
Jest perfekcyjny. Brak mi słów. Stoję jak wryta i wpatruję się w niego, stojąc w progu.
Nagle moja noga zaczyna się lekko trząść. Jezus, muszę się uspokoić. Patrzymy na siebie. Powinnam się przywitać, do diaska!
Dobra.. już.. teraz.. no mów!
Powiedzieć cześć czy hej? niee, pomyśli, że jestem jakimś dzieckiem. Może powiem siema? Albo elo?
Nie, wyjdę na jakąś buntowniczkę, a nie znam się na tym.
Co takim chłopakom się podoba? Mam być niewinna, czy niegrzeczna?
JEZUS MARIA SOPHIE POWIEDZ COŚ!
-Cześć. -szepcze pierwszy. To ten moment? W którym powinnam również się przywitać? Czuję się speszona, sam na sam z nim. To jakiś jego kolega?
-Hej -również szepczę, lecz brzmi to tak słabo i desperacko, że zastanawiam się, co się ze mną dzieje. Usłyszał to? Nie wiem, muzyka jest głośna. -Gdzie Cody?
Nie odpowiada. Patrzy na mnie, wydmuchując dym z ust. O Boże.. Kiwa głową na łazienkę obok.
Kieruję się tam, ignorując jego wzrok na sobie. Ale żenada.
-Cody..
Myje zęby. Podskakuje, gdy słyszy mój głos. Patrzy na mnie z przerażeniem.
-Cody, kto to jest?
Pytam zbliżając się, by jego gość nie usłyszał.
-Znajomy.. -zagryza wargę.
-Cody, to jest jakiś psychol.. - szepczę. -Śledził mnie!
-Nie przejmuj się.. zajmę się tym -ściska mnie, po chwili wychodząc z łazienki. Stoję chwilę zmieszana i wracam do jego pokoju. Ich już nie ma, a w momencie, gdy sobie to uświadamiam, czuję wibrację.
Od: Nieznany
Następnym razem spróbuj mówić ciszej
Nawet ma mój numer! Co za psychol.. jak mój brat mógł dać mu mój numer? Nawet go nie znam!
Schodzę na dół, zastając Cody'ego w kuchni.
-Po co dałeś mu mój numer? -warczę. On się gwałtownie odwraca.
-Co? Komu?
-Nie udawaj.. temu Twojemu psychicznemu koledze!
-Um.. okej, po pierwsze -nie wiem o czym mówisz, a po drugie - to nie mój kolega.
-Mam gdzieś kim dla Ciebie jest, czego ode mnie chce?
-Nie panikuj tak, może sobie żartuje? -prycham. -Na razie.
-Jak to "narazie"? Przecież mamy dzisiaj jechać do babci, do szpitala!
-To pozdrów ją ode mnie. -wywraca oczami i wychodzi, trzaskając drzwiami.
-Zapomnij.. -szepczę do pustki, która mnie otacza.
Jak on może tak się zachowywać! Przecież nigdy taki nie był.. już nic nie rozumiem.
Postanawiam odpisać temu jego "nie koledze".
Do: Nieznany
Jesteś jakimś szpiegiem? Robisz sobie żarty? Nie wiem.. zakochałeś się, czy coś?
Zagryzam wargę. Nie, to głupie..po co to wysłałam!
Od: Nieznany
Kimś podobnym do szpiega.. lecz jestem jeszcze gorszy..
+ ja nigdy nie żartuję i nigdy się nie "zakochuję"
Zasycha mi w gardle.
Do: Nieznany
Trochę to brzmi jak tandetny film kryminalny.
Widzę... ciemne zaułki, a w oddali ten sam klub nocny, co ostatnio.
Czyli jesteśmy na Braton..
Wchodzi tam, a ja podążam za nim.
Przepycham się przez tłumy ludzi, by dogonić Cody'ego, gdy zdaję sobie sprawę, że go zgubiłam. Rozglądam się wkoło, lecz nigdzie go nie widzę.
Już mam zawrócić, gdy jego sylwetka porusza się przy drzwiach wejściowych. Poznaję go. Wciąż za nim idę, śledząc każdy jego krok.
Nagle moja noga zaplątuje się o krzak i padam na kolana. Próbuję być cicho, by mnie nie usłyszał. Wstaję i otrzepuję kolana z błota. Szczypie mnie to. Długa stróżka krwi cieknie z niego. Olewam to i chcę dalej za nim iść, gdy... ughh!! Musiałam się potknąć! I gdzie on mógł pójść?
Idę wielkimi krokami, rozglądając się na boki. Nagle widzę ciemność i czuję ogromną dłoń na swoich ustach. Wyrywam się, czując na tych dłoniach włosy.
-Uspokój się, dziwko! -stary głos przyprawia mnie o ciarki. Widzę jak wyciąga nóż i zamachuje się.. to już mój koniec!
Zaciskam oczy, kuląc się.
Gdy nagle..
-Zostaw ją -ten głos przyprawia mnie o jeszcze większe ciarki. I wydaje mi się, że wiem do kogo należy.
Tamten mnie puszcza a ja od razu padam na beton, bardziej raniąc swoje kolana. Czuję się słabo i kręci mi się w głowie.
Klęczę na twardym chodniku, opierając na nim również dłonie.
Wszystko widzę podwójnie. Ten zakapturzony chłopak od dołu wygląda tak.. pięknie.
Nie widzę dokładnie jego twarzy.
Mój wybawca kopie tamtego mężczyznę w brzuch i spluwa na niego. Widzę wielką kałużę krwi pod jego twarzą, przyczepioną do betonu. Zakapturzony chłopak kopie go raz jeszcze w brzuch, a następnie w twarz.
Zaczynam dyszeć. Nie wiem co się dzieje.
-Wstań.
Unoszę na niego wzrok. Widzę jedynie jego czarne spodnie, więc podnoszę również głowę. Jego zimny i władczy ton powoduje dreszcze przebiegające po całym moim kręgosłupie. Wstaję, spuszczając wzrok.
-To nie miejsce dla Ciebie, lepiej wracaj do domu.
Ma spuszczoną głowę, jakby nie chciał, bym wiedziała jak wygląda.
-K-kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? -histerycznie pytam.
-Nikim, kogo chciałabyś znać. Ta dzielnica nie jest dla Ciebie bezpieczna.. -słucham? ja go nawet nie znam! -Ładnie to tak śledzić braciszka?
-Mógłbyś zdjąć kaptur? -ignoruję jego pytanie, czuję, że muszę go zobaczyć!
-Co?
O nie.. moja głowa pulsuje.. i on się kręci.. łapie mnie za ramię, kopiąc mnie prądem.
-Wszystko okej? -zdejmuje kaptur, ale ja nie widzę jego twarzy.. widzę zamazany obraz, a jedyne, co jest wyraźne to jego duże, brązowe, zmartwione oczy.
Budzę się z silnym bólem głowy. Przeciągam się. Coś tu nie pasuje.. zapach i łóżko.
Łóżko niby to samo, lecz jakieś.. niewygodne.
Zapach też jakiś inny.. nie pamiętam jak znalazłam się w swoim domu. Czyżby tamten zakapturzony facet, który najpierw mnie śledził, a następnie uratował, przyprowadził mnie tutaj? A może zadzwonił po mojego brata i to on się tym zajął?
Jestem zmieszana. Będę musiała z nim o tym porozmawiać.
Po tym, jak się załatwiłam, szybko się ubrałam, pomalowałam i uczesałam.
Schodzę na dół, gotowa, by iść do szkoły, gdy zatrzymuje mnie moja matka.
-Gdzie byłaś? -unosi brodę, patrząc na mnie karcąco.
-Leila mnie potrzebowała -mówię pierwsze, co mi przychodzi do głowy.
-Mogłaś chociaż zadzwonić!
-Dobrze, przepraszam..
Chciałam o tym powiedzieć Leili, lecz postanowiłam, że lepiej jeśli zachowam to dla siebie.
-Natan się cały czas na Ciebie patrzy.. -ćwierka mi do ucha na biologii. Zerkam na niego. Leila ma rację. Uśmiecham się lekko do niego.
-Czemu nie zadzwoniłaś wczoraj ? -pyta, gdy wychodzimy z sali. Wzdycham.
-Przepraszam, Nate.. nie prosiłeś, abym dzwoniła.
-Ale myślałem, że.. -marszczy brwi. -A dobra, nie ważne.
Teraz to ja marszczę brwi.
On obejmuje mnie ramieniem i tak krążymy po korytarzu.
Gdy wracam do domu, słyszę głośną muzykę z pokoju Cody'ego. Wchodzę na górę, kierując się do jego pokoju.
Zamieram.
Ten sam, zakapturzony chłopak siedzi w pokoju mojego brata, paląc sobie papierosa. Cody jest w łazience, bo słyszę go.
Rodzice wracają wieczorem, więc za ten czas przestanie śmierdzieć.
Nie wiem, czy bardziej zdumiewa mnie fakt, że Cody pozwolił mu palić w środku, fakt, że on tu jest i nie ma założonego kaptura, czy to, że miękną mi nogi.
Jest taki piękny.
Czemu się chowa?
Jest perfekcyjny. Brak mi słów. Stoję jak wryta i wpatruję się w niego, stojąc w progu.
Nagle moja noga zaczyna się lekko trząść. Jezus, muszę się uspokoić. Patrzymy na siebie. Powinnam się przywitać, do diaska!
Dobra.. już.. teraz.. no mów!
Powiedzieć cześć czy hej? niee, pomyśli, że jestem jakimś dzieckiem. Może powiem siema? Albo elo?
Nie, wyjdę na jakąś buntowniczkę, a nie znam się na tym.
Co takim chłopakom się podoba? Mam być niewinna, czy niegrzeczna?
JEZUS MARIA SOPHIE POWIEDZ COŚ!
-Cześć. -szepcze pierwszy. To ten moment? W którym powinnam również się przywitać? Czuję się speszona, sam na sam z nim. To jakiś jego kolega?
-Hej -również szepczę, lecz brzmi to tak słabo i desperacko, że zastanawiam się, co się ze mną dzieje. Usłyszał to? Nie wiem, muzyka jest głośna. -Gdzie Cody?
Nie odpowiada. Patrzy na mnie, wydmuchując dym z ust. O Boże.. Kiwa głową na łazienkę obok.
Kieruję się tam, ignorując jego wzrok na sobie. Ale żenada.
-Cody..
Myje zęby. Podskakuje, gdy słyszy mój głos. Patrzy na mnie z przerażeniem.
-Cody, kto to jest?
Pytam zbliżając się, by jego gość nie usłyszał.
-Znajomy.. -zagryza wargę.
-Cody, to jest jakiś psychol.. - szepczę. -Śledził mnie!
-Nie przejmuj się.. zajmę się tym -ściska mnie, po chwili wychodząc z łazienki. Stoję chwilę zmieszana i wracam do jego pokoju. Ich już nie ma, a w momencie, gdy sobie to uświadamiam, czuję wibrację.
Od: Nieznany
Następnym razem spróbuj mówić ciszej
Nawet ma mój numer! Co za psychol.. jak mój brat mógł dać mu mój numer? Nawet go nie znam!
Schodzę na dół, zastając Cody'ego w kuchni.
-Po co dałeś mu mój numer? -warczę. On się gwałtownie odwraca.
-Co? Komu?
-Nie udawaj.. temu Twojemu psychicznemu koledze!
-Um.. okej, po pierwsze -nie wiem o czym mówisz, a po drugie - to nie mój kolega.
-Mam gdzieś kim dla Ciebie jest, czego ode mnie chce?
-Nie panikuj tak, może sobie żartuje? -prycham. -Na razie.
-Jak to "narazie"? Przecież mamy dzisiaj jechać do babci, do szpitala!
-To pozdrów ją ode mnie. -wywraca oczami i wychodzi, trzaskając drzwiami.
-Zapomnij.. -szepczę do pustki, która mnie otacza.
Jak on może tak się zachowywać! Przecież nigdy taki nie był.. już nic nie rozumiem.
Postanawiam odpisać temu jego "nie koledze".
Do: Nieznany
Jesteś jakimś szpiegiem? Robisz sobie żarty? Nie wiem.. zakochałeś się, czy coś?
Zagryzam wargę. Nie, to głupie..po co to wysłałam!
Od: Nieznany
Kimś podobnym do szpiega.. lecz jestem jeszcze gorszy..
+ ja nigdy nie żartuję i nigdy się nie "zakochuję"
Zasycha mi w gardle.
Do: Nieznany
Trochę to brzmi jak tandetny film kryminalny.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)