wtorek, 12 maja 2015

7 Czemu nikt nie umie mnie pocieszać?

   -Jak się czuje? - pytam pielęgniarki.
   -Sama ją o to zapytaj -mówi z lekkim uśmiechem na twarzy.
Niepewnie wchodzę do sali, siadając na krześle przy łóżku.
   -Cześć babciu -szepczę. -Przyniosłam Ci rosół..
Uśmiecha się słabo.
   -Babciu.. jak się czujesz?
   -Było gorzej.. nie przejmuj się, kochanie.. -mruczy, otwierając leniwie oczy.
    -Wszyscy mi to mówią! -wzdycham. -"Nie przejmuj się", "zajmę się tym".. ale ja się wtedy przejmuję bardziej!
   -Bo jesteś dobrym człowiekiem, skarbie..
    -Wiem, babciu.. -spuszczam wzrok. -Przepraszam.
   -Nie przepraszaj, tylko mi poczytaj -prosi, podając mi książkę. To chyba romans.
Marszczę brwi.
   -Mam Ci.. czytać książkę? -cicho się śmieję, lecz jej wzrok sprawia, że uzmysławiam sobie, że ona nie żartuje. -Um.. okej.
Obracam książkę w dłoni, czytając krótki opis książki.
Opowiada o bogatej dziewczynie, która zakochuje się w biednym, niegrzecznym chłopaku.
Oj babciu, babciu.. co Ty czytasz.

   -Wydawać by się mogło, że miałam go gdzieś. Ale ja go kochałam. Najmconiej na świecie, a on zwyczajnie stchórzył.
   -Kochanie, dziękuję.. ale już jest późno, idź do domu. Dokończysz kedy indziej.
   -Umm.. okej, nie ma za co -uśmiecham się. -Piękna książka.
   -Wiedziałam, że Ci się spodoba.

   -Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham dno.. -Destiny czyta ze swojego notatnika, a ja zapisuję to wszystko w swoim. -Nigdy nie przypuszczałam, że pokocham Ciebie.. I nigdy nie przypuszczałam, że mi się spodoba sposób, w jaki mnie ranisz.
   -Bardzo tajemnicze, ale piękne, Panno Blake. -starsza kobieta uśmiecha się równo z dzwonkiem. -Możecie iść do domu, miłego weekendu.
Więc wszystkie wstajemy, kierując się do wyjścia.


   -Tato, nie wiesz gdzie jest moje mp3? -pytam, przeczesując włosy dłonią.
   -Wydawało mi się, że u Cody'ego. Ostatnio ją pożyczył, bo swoją zgubił.
   -Okej -mógł mnie spytać, czy może ją wziąć..
Idę do jego pokoju. Oczywiście, tradycyjnie, nie ma go na wieczór w domu.. Pozwalam sobie rozglądnąć po jego różnych szafkach. W końcu po trzech minutach odnajduję swoją zgubę w szufladzie.
Choć wiem, że powinnam już iść do siebie, nogi same mnie prowadzą do jego biurka. Otwieram inne szuflady i różne półki, ale nie znajduję nic niepokojącego.
Jedna szuflada jest na zamek...
W poprzedniej był klucz, więc go biorę i wkładam do zamku.
Szuflada otwiera się. Widzę jakieś zeszyty i już mam zamknąć szufladę, gdy zauważam woreczek pod jednym z zeszytów. Podnoszę go. Nie...
Nie, nie, nie!
Nagle słyszę trzask drzwiami. Cody stoi w progu drzwi, gdy się gwałtownie obracam w jego kierunku.
Szybko do mnie podchodzi, wyrywając woreczek z białym proszkiem. Jest brutalny. I znów ma przekrwione oczy.
   -Nic, czym mam się martwić? -wrzeszczę. Wiedziałam, że kłamie. Wiedziałam!
   -Nie nauczyli Cię, że się nie grzebie w nie swoich rzeczach?
   -Cody! Upadłeś na głowę? Po co Ci to!
   -A jak myślisz? -chwyta mnie za nadgarstek i mocno go ściska.
   -To boli.. -szepczę..co się stało z moim braciszkiem?
   -Chcesz sobie zniszczyć życie?
   -To nie ja je niszczę, tylko nasi rodzice! -widzę w jego oczach wściekłość. -Zrób to, zrób tamto! Idziesz tam, będziesz tym, nauczysz się tego, pójdziesz w ślady taty..
   -Ale ja nie chcę być takim potworem jak on! -kręci głową. -Bez serca.. a jedyne, co się liczy, to praca!
   -Cody..
   -Wy wszyscy jesteście tacy sztuczni.. Ty udajesz, że wierzysz w to, że rodzice nas kochają, a rodzice udają, że to robią!
Nie rozumiem co do mnie mówi.. nie rozumiem! Czuję, jak słona, wielka łza, spływa po moim rozgrzanym policzku.
Chcę uciec... i to robię.
Wybiegam z jego pokoju, a następnie z domu.
Muszę się komuś wygadać..

Biegnę już dziesięć minut, nie zatrzymując się. Jestem niedaleko domu Leili, a moja komórka ciągle dzwoni. Już mam dość tej piosenki.. zatrzymuję się na chwilę, by wyjąć telefon z kieszeni i rzucić nim o beton, roztrzaskując na wiele kawałków.
Mam to gdzieś! Czuję się słabo, czuję się brudna.. i samotna. Ale dalej biegnę, ile sił w nogach. Czuję się jakby ktoś mnie gonił.. śledził.. nie czuję się wolna.. czuję się coraz gorzej..

Dobiegam do drzwi wejściowych Leili i pukam mocno do drzwi. Jest mi gorąco, słabo i dyszę. Oczy same mi się zamykają.. i padam na kolana, na jej wycieraczkę, opierając głowę o drzwi.. i nagle pada na mnie światło z wnętrza domu, gdy drzwi się otwierają, co powoduje, że moja twarz leci na podłogę.
Nie wiem co się dzieję i myślę, że nie chcę wiedzieć. Słyszę jakby echem "Sophie! Boże, Sophie! Sophie, obudź się!"
I ciemność.

Gdy otwieram oczy, automatycznie razi mnie promień z lampy.
Rozglądam się i widzę moją zmartwioną przyjaciółkę.
   -Sophie, co się stało? Boli Cię coś? Zrobiłam Ci herbatę, pij. -podaje mi już zimny kubek. Marszczę brwi.
   -Ile spałam?
   -Dwie godziny.. co się stało?
I nagle to wszystko we mnie uderza..
Rzucam się na nią z płaczem, a ona zaskoczona odwzajemnia mój uścisk. W końcu się uspokajam i wyżalam się jej.
   -No bo.. Cody zaczął się zadawać z takim dziwnym typkiem, no i od wtedy zrobił się taki dziwny i chamski i dzisiaj znalazłam w jego pokoju.. nar.. nar.. narkotyki!
I wybucham kolejną falą płaczu, zatapiając się w jej koszulce.
   -Um.. no dobrze, nie płacz już.. -głaszcze mnie po włosach, próbując uspokoić. Lecz ja nadal drżę. -Sophie, on na pewno zrozumie, że to co robi, jest złe. Na pewno, nie martw się tym. Każdy uczy się na błędach.
   -Ale Ty nie rozum-iesz! -szlocham w jej ramię. -On sobie zniszczy ży-życie!
 Wzdycha, tuląc mnie. Czemu nikt nie umie mnie pocieszać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz