sobota, 27 czerwca 2015

16.Za tydzień w piątek o 18:00 szkolny bal

Gdy wchodzimy do mojego domu, Justin czuje się jak u siebie. Idzie do kuchni i nalewa nam dwie szklanki wody, zanosząc je do mojego pokoju.
A ja jestem tak wyczerpana, że nawet nie biorę jej łyka, a już padam na łóżko.
  -Napij się -siada obok mnie na łóżku, podając mi szklankę, gdy unoszę się do pozycji siedzącej.
  -Niedobrze mi... -mruczę, opierając głowę o jego ramię.
  -To się napij..
  -Pomaga? -zerkam na niego, gdy siedzimy w ciemnościach, a jedynym źródłem światła jest moja niebieska lampka nocna. Nie daje wiele światła, ale dzięki niej nie miewam już koszmarów.
   -Pomaga -trzymam go za słowo i wypijam całą szklankę za jednym łykiem. Odstawiam już pustą na etażerkę i kładę się.
Jestem taka zmęczona, że nawet nie zauważam, że Justin zdejmuje moje buty i przykrywa mnie kołdrą.
Zaczyna kaszleć. Przymrużam oczy, by w ciemności zobaczyć, że wyjmuje z kieszeni jakieś tabletki i je połyka, popijając wodą.
Przestaje kaszleć. Podchodzi do mojego łóżka, a moje powieki ponownie się same zamykają. Chowa kosmyk moich włosów za ucho i łapie moją dłoń, ściskając ją delikatnie w swojej, dużej.
Puszcza moją dłoń, więc szybko ją znów chwytam.
   -Nie.. -mruczę do poduszki, zbyt ogarnięta poczuciem senności. -Zostań.
I nie wiem, co teraz robi, lecz czuję, że łóżko się ugina. Kładzie się obok mnie, leżąc na drugim krańcu łóżka.
Obracam się do niego i z wciąż zamkniętymi oczami wtulam w jego bluzę. Czuję na sobie jego wzrok, gdy niepewnie i sztywno mnie obejmuje ramieniem.
I taki delikatny, lekko wyczuwalny i słodki pocałunek na moim czole, którego i tak następnego dnia nie pamiętam, a on nie zamierza mi go przypominać.

   -Sophie, otwórz drzwi! -słyszę głos mojego brata. Natychmiastowo otwieram oczy. Zamykałam drzwi? Przecież nigdy ich nie zamykam.
Chcę wstać, lecz ciężar na moim brzuchu uniemożliwia mi to.
Zerkam na dół i zasycha mi w gardle.
Widzę złote kosmyki włosów, dłoń w okolicy moich ud i Justina Biebera, śpiącego na moim brzuchu.
Wpatruję się w jego twarz, wygląda tak niewinnie.
Jego twarz pogrążona w smutku, wyraża więcej emocji podczas snu, niż gdy jest przytomny.
Delikatnie głaszczę go po jego miękkich włosach, niechcący go budząc.
   -Cześć -unosi głowę, a ja czerwienię się. Czuję się, jakbym została przyłapana na robieniu czegoś złego.
Czy okazywanie niewłaściwej osobie uczuć, jest czymś złym?
   -Sophie! -kolejny wrzask Cody'ego sprawia, że podskakuję lekko.
   -Czemu on tak drze mordę? -warczy i wstaje W SAMYCH SPODNIACH i już ma otworzyć drzwi, gdy szybko się podnoszę i chwytam jego rękę.
   -Idź się gdzieś schowaj, przecież zabije mnie, jak się dowie, że tu jesteś -szepczę, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
   -Nie mów mi, kurwa, co mam robić -nagle znowu staje się agresywny i chamski.
   -Póki co, jestem u siebie w domu i mogę robić co chcę -również używam niemiłego tonu. Spojrzeniem ciska gromy w moją stronę, a ja odwzajemniam to. I viceversa, Bieber.
   -Nie jesteś czasem zbyt pyskata? -unosi brwi, zaciskając szczękę.
   -A Ty? -również unoszę brwi, starając się zachowywać cicho.
W końcu kręci głową i wzdychając, przewraca oczami. Wchodzi za szafę, a ja sprawdzam, czy go widać.
Gdy stwierdzam, że nie, otwieram drzwi Cody'emu, który zaskoczony dziwnie na mnie patrzy.
   -Ktoś u Ciebie jest? -udaję ziewnięcie, gdy wchodzi do pokoju, rozglądając się.
   -Co? -patrzę na niego, jak na idiotę. -Dlaczego ktoś miałby u mnie być?
   -Słyszałem, jak z kimś gadasz.. -jeszcze raz rozgląda się, chyba sam zdziwiony, że "nikogo tu nie ma".
   -Leila do mnie dzwoniła.. -marszczy brwi, a po chwil kręci zrezygnowany głową i ma zamiar wyjść. -A co chciałeś?
   -Nic, tylko się zdziwiłem, że masz zamknięte drzwi.. -i nadal zmieszany wychodzi, a ja zamykam za nim drzwi, opierając się o nie.
   -Dobra, możesz już wyjść -wzdycham, gdy wciąż nie wychodzi zza szafy. -Jesteś taki zabawny..
Podchodzę do szafy i się lekko wychylam, by zobaczyć, że za nią nie ma już Justin'a.
   -Przestań sobie żartować.. -otwieram ją, ale tam też go nie ma. Rozglądam się po pokoju i wchodzę do łazienki. Tam też!
Zaczynam się niepokoić. Przecież nie mógł wyjść..
Dzwoni mój telefon, więc odbieram połączenie i słyszę jego rozbawiony głos.
   -Nie wiem czego tak szukasz, ale mnie tam na pewno nie ma.. -jego cichy śmiech wprowadza mnie w zakłopotanie.
Marszczę brwi i podskakuję w miejscu, gdy słyszę pukanie obok. Odwracam się, a Justin stoi z głupawym uśmiechem na moim balkonie.
Cicho chichoczę, wiedząc, że między nami już okej i podchodzę do szyby, gdy on podchodzi do barierki i rzucając mi ostatnie spojrzenie, wyskakuje za barierkę.
Gwałtownie łapię powietrze i wybiegam na balkon. Przecież to jest drugie piętro!
Rozglądam się po trawie, a gdy go nie widzę, serce wali mi jak młotem.
Po sekundzie jednak zauważam go, jak biegnie do swojego motoru i na niego wsiada.
Z piskiem opon odjeżdża, a ja kręcę głową sama do siebie.
Wracam do środka, rozmyślając, jakie może mieć problemy.
Na pewno ma problemy z agresją..
A może jest to czymś spowodowane?

Jest niedziela, więc idę do szpitala, do babci, jak zawsze co tydzień. Tym razem znowu nie ma ze mną Cody'ego, ani rodziców.
   -Dzień dobry.. - witam się z pielęgniarką, która właśnie wychodzi z sali. Ta jedynie kiwa głową.
   -Sophie? -słaby głos mojej babci mnie wzrusza. Zasiadam na krześle tuż obok łóżka, chwytając w dwie dłonie jej jedną.
   -Tak, babciu? -uważnie czekam na jej słowa, całując wierzch jej pomarszczonej skóry na dłoni.
   -Mam nową książkę -szepcze mi do ucha, jakby to była wielka tajemnica.
   -Tak? -uśmiecham się serdecznie, stwierdzając, że jest urocza. -To super, o czym ona jest?
   -To spis różnych wierszy, cytatów, przemyśleń.. -wymienia, nadal szepcząc. -Chcę, abyś mi poczytała.
   -Umm.. no dobrze.

   -To ułoży się.. z czasem.. oswoją się oczy.. z ciemnością.. -zerkam na babcię i uświadamiam sobie, że zasnęła. Dokańczam więc ten cytat cichym szeptem. -I zatańczysz.
Wstaję i łagodnie całuję ją w czoło.
Ponownie serce mi mi się kraja, widząc ją w takim stanie Odkładam książkę na etażerkę i wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
   -Dobranoc, babuniu -szepczę przed wyjściem.
I w momencie, gdy wychodzę ze szpitala, dostaję wiadomość "za tydzień w piątek o 18:00 szkolny bal".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz