Siedzę w pierwszej ławie w Kościele, próbując ignorować przeszywające spojrzenie Natana i Leili, tuż obok.
Siedzą rząd za mną, RAZEM.
Nie wiem, czy mam jeszcze prawo być zazdrosną, ale cóż.. jestem.
Gdy Ksiądz zakończa mszę i wszyscy wychodzą, ja również to robię, szybko wychodzę na zewnątrz i ignoruję to, że Nate wybiega za mną.
Podczas, gdy przyśpieszam swój chód, słyszę jego krzyk.
-Sophia! -gwałtownie się zatrzymuję. Przecież nie mogę się przed nim ukrywać.. muszę z nim w końcu porozmawiać i wyjaśnić to wszystko.
Odwracam się do niego i widzę, że jest bliski płaczu.
Momentalnie ściska mi to serce, więc podchodzę bliżej, przyglądając mu się uważnie. Czemu zrobiłam takie zamieszanie?
Straciłam chłopaka, o którym marzyłam już od pięciu lat, dla jakiegoś dilera narkotyków? Dla przestępcy?
Przecież nie pasujemy do siebie.
Natan jest taki jak ja, a Justin to kompletnie inna bajka!
Czemu więc przyznanie tego jest dla mnie takie trudne?
-Sophia.. słuchaj -unosi wreszcie na mnie wzrok, a jego zaszklone oczy przypominają mi, że zadałam mu niemały cios. -Od zawsze mi na Tobie zależało i myślałem, że czujesz to samo.. ale ostatnio zaczęłaś chodzić z tym podejrzanym chłopakiem, akurat kiedy zaczęło się między nami dziać. Jak mam to rozumieć? Dałaś mi nadzieję, a teraz masz mnie w nosie. To trudniejsze, niż myślisz.. Powiedz mi co czujesz, bo naprawdę.. nie umiem czytać w myślach.
-Nate.. -zaczynam, podchodząc do niego jeszcze krok bliżej. -To nie tak, że mam Cię gdzieś. Ja po prostu.. spójrz, mnie i Justina nic nie łączy. To tylko taki.. umm.. znajomy.
-Od kiedy zadajesz się z takimi ludźmi, Sophie?
-Nie wiem, Nate.. -kręcę głową, wzdychając.
Niezauważalnie się do mnie zbliża. Wyraźnie chce mi coś powiedzieć.
-Wiem, że ostatnio dużo się dzieje.. -mruczy niepewnie, a jego twarz przybiera purpurowy kolor. Czuję, że wiem do czego zmierza, gdy łapie mnie za rękę. -Ale chciałbym zapytać.. znaczy na początku myślałem, że to oczywiste i nie muszę o to pytać..
Unosi na mnie wzrok, ściskając moją dłoń. Przełykam z trudem ślinę, wpatrując się w niego.
-Zostaniesz moją dziewczyną, Sophia?
Nabieram naprawdę długi i głęboki wdech.
Nagle moje myśi zmierzają ku Justinie. Co by na to powiedział? Byłby zły? Nie, czemu niby? Przecież mu się nie podobam. Znaczy on mi też nie.. a może jednak? Boże, to takie pogmatwane!
Justin jest taki.. spontaniczny, beztroski, niegrzeczny..
A Natan taki ułożony, uprzejmy, romantyczny..
W końcu zbieram się na odwagę i mu odpowiadam.
-Tak, Natan -lekko się uśmiecham. -Zostanę Twoją dziewczyną.
I w tej samej sekundzie mnie delikatnie i nieco niezręcznie przytula. Nachyla się nade mną z zamkniętymi oczami i przekształca usta w dzióbek.
Nagle panikuję i odsuwam się lekko. Delikatnie i szybko go cmokam w policzek, uśmiechając się lekko.
Otwiera po chwili oczy i wygląda na zawiedzionego, ale szybko mu to mija, gdy obok pojawia się Leila.
Wpatrujemy się w siebie, milcząc. po paru sekundach jednak obie wybuchamy śmiechem i ściskamy się.
-Już nigdy więcej mnie nie wystawiaj! -cicho chichocze Leila, a ja zdobywam się na krzywy uśmiech.
-Wiem, przepraszam.
Zerka na Natana i na mnie.
-Coś mnie ominęło? -tajemniczo się uśmiecha w moją stronę.
-Jesteśmy razem -odpowiada za mnie Nate, zdobywając uwagę Leili.
-Oh, to świetnie! -piszczy, mocno mnie przytulając. -Już się bałam, że łączy Cię coś z tym biedakiem!
Wybucha śmiechem, a ja sztywnieję.
-Biedakiem? -unoszę brew, czując się urażona. To znaczy.. niby ma na celu obrazić go, ale to mnie to zabolało. Zdaję sobie sprawę z tego, że też taka kiedyś byłam. Oceniałam ludzi po ich ubiorze, funduszach.. może nadal taka jestem?
-Chodźmy -Nate łapie moją dłoń i ją niezręcznie trzyma. Jego jest zimna i sucha.
A ja nadal rozmyślam nad tym, jak powiedzieć to Justinowi.. i czy w ogóle mu to powiedzieć.
Następne dni są takie, o jakich zawsze marzyłam.
Natan jest czuły, chodzi ze mną za rękę, tuli mnie..
Zostaliśmy ogłoszeni najsłodszą parą w szkole, a gdy Nelson się o tym dowiedział, wzburzył się i zaczął kłócić z Natanem.
Stanęłam w obronie Nate'a i powiedziałam Nelsonowi, aby dał mi spokój, a ten odszedł, mówiąc coś, że jeszcze wróci i go popamiętam, czy coś.. zabawne.
Nie przejmuję się nim. Cody był częściej w domu zachowywał się normalnie, nie miał przekrwionych oczu..
Wszystko było dobrze, gdyby nie to, że stan mojej babci pogorszył się. Byłam u niej wczoraj, ledwo była w stanie mówić.. łamało mi to serce.
Robię podsumowanie ostatnich czterech dni, jednocześnie słuchając Księdza.
Rozmawiamy o raku. Mojej słabej stronie.
-Późno wykryty rak może powodować nieodwracalne zmiany w organizmie, ewentualnie śmierć. Wiele osób, starszych czy młodszych, jest ofiarą raka. To też zależy od jego rodzaju, ale w przypadku każdego z nich schorowana osoba bardzo cierpi. Niektóre nowotwory są złośliwe, ludzie w takich sytuacjach zwykle próbują sobie sami wmówić, że nie umrą, swoim bliskim również.. lecz ich koniec jest pewny. Ich siły słabną i z dnia na dzień coraz bardziej cierpią, a ich organizmy tego nie wytrzymują i w końcu..
Przestaję słuchać w tym momencie. Wybiegam szybko z sali, by nikt nie zauważył, że płaczę. W natłoku przygnębiających myśli nie zważam uwagi na nic wokół i z niemal prędkością światła wbiegam do ubikacji.
Zaszywam się w jednej kabinie i zsuwam po ścianie. Podkulam nogi i chowam zapłakaną twarz w kolanach, łkając żałośnie.
Dławię się łzami i naprawdę nie dbam o to, że mój makijaż jest rozmazany na całej mojej twarzy.
Dlaczego akurat ona.. dlaczego?
Boże, nie mogłeś sobie wybrać kogoś innego?
-Sophie? -nagle słyszę JEGO głos i podnoszę lekko głowę, by ujrzeć, że otworzył drzwi od kabiny.
Szybko wstaję z brudnych kafelek i automatycznie rzucam się w jego ramiona, zanosząc głośnym płaczem.
Po raz pierwszy nie waha się i odwzajemnia mój uścisk, lecz nie tak mocno, jak ja.
-Shh.. -szepcze kojąco i gładzi moje włosy. Wdycham jego zapach, mocząc czarną bluzę tuszem do rzęs i rzeźnymi łzami. Jest tak blisko, a ja chcę mieć go jeszcze bliżej..
-Sophie.. co się stało? Czemu płaczesz? -po długiej chwili pyta, a ja cichutko łkam w jego ramię. -Ktoś Ci coś zrobił?
Kręcę głową, opierając ją o jego tors.
-Ja po prostu.. -bełkoczę, a po chwili wzdycham ciężko. -Moja ba-babcia ma raka.. i gadaliśmy na lekcji.. o ra-raku..
Jego wzrok mówi mi, że rozumie. Mówi mi, że stara się być delikatny.
-Nie płacz.. serio, Twoja babcia na pewno jest silna i.. i wyjdzie z tego.
I to takie kochane, że nie wie co powiedzieć więcej. I może nie powiedział za wiele, ale od razu zrobiło mi się cieplej na sercu.
-Co mam zrobić, Sophie? -zrezygnowany pyta troskliwie. Unoszę na niego rozmazany wzrok i kręcę głową.
-Po prostu mnie przytul, Justin.
I wystarcza jedno słowo, by mnie otulił swoim ciepłem.
-Chodźmy stąd.. -szepcze mi do ucha. -Przecież nie chcesz tu być..
-Muszę -również szepczę, lecz brzmi to tak żałośnie..
-Nic nie musisz.. -kiwa nami, a mnie to troszkę uspokaja. -Pojedź gdzieś ze mną, proszę..
I nagle przypominam sobie o Natanie. To nie fair wobec niego. To nie fair również wobec Justina.
-Co tu robisz? -momentalnie mnie to zaciekawia. Co Justin robi w szkole? Przecież już do niej nie uczęszcza..
-Tulę Cię i namawiam na ucieczkę -cicho chichocze, a ja zdobywam się na słaby uśmiech.
-Nie, co ogólnie tu robisz? Czemu tu jesteś?
W jednej chwili staje się nerwowy i dopiero po długiej chwili mnie puszcza i odpowiada
-Odwiedzam.. kolegę.
Wzrusza ramionami, a ja wiem, że kłamie. Przecież dużo nieletnich zażywa narkotyki, to pewne, co tu robi..
Postanawiam jednak się nie mieszać w jego sprawy.
-Czyli ze mną nie idziesz? -warczy, a ja niepewnie kręcę głową przestraszona jego nagłą zmianą nastroju. -Dobra, to nara..
Odsuwa się i szybko wychodzi, a ja zostaję tu pogrążona w rozpaczy, milionie myśli i rozmazanym makijażu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz