Jeśli czytasz, skomentuj
Następnego dnia budzę się na łące. U mojego boku śpi Justin, tuli się do mojego brzucha.
Wzdycham, widząc jego łagodne rysy twarzy. Jest taki piękny. Przeczesuję palcami jego włosy, budząc go.
Unosi głowę i patrzy na mnie ze smutkiem w oczach.
-Znajdziemy ją -zapewniam, uśmiechając się słabo.
Kiwa głową i unosi się do mnie, by pocałować mnie w szyję.
Leżymy w ciszy, wpatrując się w niebo. Jestem przytulona do jego ciała. Wdycham jego zapach, rozkoszując się tą chwilą.
Jednak musimy wrócić do rzeczywistości.
-Justin?
-Hm? -mruczy, mocniej mnie przytulając. Unoszę delikatnie głowę i widzę, że ma zamknięte oczy. Widać, że jest zmęczony.
-Spałeś Ty w ogóle? -pytam żartem, z powrotem kładąc głowę na jego klatce piersiowej.
Ponownie zamykam oczy i uśmiecham się pod nosem, obejmując go w talii.
Jestem głodna, lecz nie chcę tak szybko wracać. Tu jest pięknie. Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale nie chcę tego na razie kończyć.
-Nie.
Otwieram oczy.
Czuję, jak nagle brzuch zaczyna mnie boleć.
Wpatruję się w przestrzeń przed sobą, słysząc, jak jego serce przyśpiesza rytmu.
Moje również bije szybciej.
Z powrotem je zamykam.
I spadam w objęcia Morfeusza, który nachalnie próbuje odciągnąć mnie od ramion brązowookiego mężczyzny z pustymi oczami.
***
Budzę się, noszona przez kogoś na rękach.
Otwieram oczy, widzę zdenerwowanego Justina. Nie wiem, gdzie mnie niesie i dokąd idziemy, lecz gdy widzi, że wstałam, wyjaśnia.
-Może i jestem skurwielem, ale nie miałem serca Cię budzić -w moim brzuchu pojawia się stado małych motylków, które próbują znaleźć drogę do bijącego serca. -Wiem, gdzie jest Jas.
Stawia mnie na trawie, akurat gdy stajemy przy drodze. Wokół nic nie ma. Jest tu jedynie wielka łąka i ulica. No i przystanek autobusowy. Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy, ale auta tu na pewno za często nie jeżdżą.
Nagle przed nami zatrzymuje się jakieś auto. Justin mnie do niego wpycha i sam siada obok na tylnym miejscu. Nie wiem co się dzieje.
Zerkam na osoby z przodu. Po prawej stronie siedzi jakiś czarnoskóry mężczyzna, a za kierownicą kobieta o bladej cerze. Ma czarne włosy i usta pomalowane na mocny czerwony. Oboje się ubierają jak Justin - na czarno.
-Musisz mnie teraz posłuchać, Sophie -mężczyzna odwraca się do nas. Rozszerzam oczy w szoku. On mnie zna? -Najważniejsze jest to, żebyś zachowała spokój. Nikt nie może nas zauważyć, a co dopiero Ciebie. Musisz się poruszać szybko i ostrożnie.
-Pewnie nie raz coś kradłaś ze sklepu, poradzisz sobie, daj im popalić, suko -dodaje czarnowłosa.
Patrzę na nią zszokowana. Mężczyzna po prawej również. Nawet Justin tak na nią patrzy.
-Taki żart -wyjaśnia, a Justin i czarnoskóry wzdychają.
Przełykam gulę w gardle. Odwracam się do Justina, który patrzy przez okno pustym wzrokiem. Trącam go ramieniem.
Odwraca się do mnie.
Nagle ten z przodu wkłada w mą dłoń pistolet. Patrzę na niego jak na kosmitę. Co on robi? Moja dłoń zaczyna się trząść, broń o mało co nie wypada mi z ręki. Czego oni ode mnie oczekują?
-Poradzisz sobie.
Przypatruję się pistoletowi w mojej dłoni. Dziwnie się czuję z tym, że go trzymam. Przenoszę wzrok na Justina, który również się temu przygląda.
Ma skupiony wyraz twarzy, zaciska szczękę. Ilustruje pistolet, mą dłoń i twarz. Zatrzymuje się na moich ustach, po czym wreszcie patrzy mi w oczy.
Nie potrafię odwrócić wzroku.
Jego spojrzenie jest tak intensywne, że z trudem wydobywam z siebie jakikolwiek dźwięk, w postaci szeptu.
-Co się dzieje? -niepewnie pytam. Oblizuje wargi po czym wyjmuje pistolet z mojej dłoni i wsadza do kieszeni.
-Nie bój się. Jedziemy po Jas, Sophie.
Kiwam niepewnie głową. Podnoszę pistolet i przesadzam się na środek, po czym kładę broń na lewym siedzeniu. Justin otacza mnie ramieniem, a ja spoglądam przez okno.
***
Gdy docieramy na miejsce opuszczonego magazynu, cała ich trójka trzyma pistolet w dłoni. Mi Justin nie pozwolił go wziąć. Z jednej strony jestem zła, bo zachowuje się, jakbym była dzieckiem i nie dopuszcza mnie do sprawy, a z drugiej się cieszę, bo wie, że i tak nie umiałabym tego użyć. I nie chcę.
-Jay, może jednak dasz coś młodej? -kobieta zwraca się do Justina, która jak się wcześniej dowiedziałam nazywa się Chloe. Jay? Młodej?
-Zapomnij, ona nawet nigdy nie przeklinała, nie sądzę, by była w stanie choćby trzymać broń -"Jay" posyła jej wrogie spojrzenie, więc moje usta wykrzywiają się w triumfującym uśmiechu. Choć w sumie to trochę brzmi, jakby mnie nie doceniał. Ale widocznie ma rację. Pomimo tego jestem zazdrosna. Nie mam pojęcia dlaczego. Ale jestem.
Już mamy wchodzić, gdy nagle w opuszczonym budynku rozlega się pisk dziecka. W Justinie automatycznie włącza się tryb obrońcy siostry i od razu niemal biegnie do środka, kompletnie zapominając o strategii.
-Co Ty, Jay, wracaj! -Mike woła, lecz nie na tyle głośno, by nas usłyszeli. -Nie taki był plan.
-No właśnie, Bieber, pojebało Cię? -Chloe wywraca oczami, wkładając pistolet za kozaka. Czy tylko ja w tym gronie zwracam się do niego po imieniu?
Justin dalej idzie szybkim krokiem. Nie zwraca na nic innego uwagi. Przyśpiesza, gdy słyszymy kolejny pisk dziewczynki.
-JUSTIN, KURWA MAĆ! -wrzeszczę, po czym się wreszcie zatrzymuje i obraca w naszą stronę. Chloe wraz z Mike'em patrzą na mnie jak na wariatkę, lecz po chwili uśmiechają się z uznaniem. Nawet Justin tak na mnie patrzy.
-Dobra, dawaj jej tą broń -Mike chichocze pod nosem. Czarnowłosa wyciąga z bagażnika pistolet, po czym mi go podaje. Niepewnie go biorę do ręki,* choć udaję, że to dla mnie norma. W końcu trzymanie śmiercionośnej broni w dłoni nastolatki to codzienność, prawda?
Wyczujcie sarkazm.
W końcu ruszamy do środka, będąc cicho jak ninja. Justin ciągle na mnie zerka, jakby bał się, że jestem tak głupia, że trzymając broń niechcący z niej wystrzelę, czy coś. Właściwie to fajne uczucie, mieć się czym bronić.
Jestem strasznie uważna na wszystkie dźwięki i miejsca, ponieważ nie wiem, czego się spodziewać. Pierwszy raz biorę udział w czymś takim. Nie wiem nawet, kto, po co i dla kogo porwał Jasmine.
Justin jest taki tajemniczy.. coraz częściej myślę, że on nigdy się przede mną nie otworzy.
Brązowooki idzie sprawdzić górę, a ja z Chloe i Mike'em dół. Nie podoba mi się pomysł rozstania z nim i zostawienie go samego, ale moje towarzystwo zapewnia mnie ciągle, że Justin jest dobry w tym co robi.
Nie chcę słuchać, co mają więcej do powiedzenia na ten temat, więc udaję, że chyba słyszę czyiś głos. Wokół panuje pustka i rzekoma cisza, lecz wcześniej było wyraźnie słychać krzyki Jas.
Mike i Chloe spoglądają na siebie i wsłuchujemy się w ciszę.
Niby udaję, lecz zaraz po tym wszyscy słyszymy strzał, śmiechy i płacz dziecka z górnego piętra. Płacz Jasmine.
Wiedząc, że Justin od razu tam pobiegnie zaalarmowany płaczem siostry, szybko wchodzimy po schodach na górę.
Chloe pierwsza, potem ja i na końcu Mike. Stajemy za ścianą, by dowiedzieć się kto jest w środku i co się tam odbywa.
-Wiesz, w sumie to Twój brat też ma na koncie wiele grzeszków, tak samo i Twój poprzedni brat.. -przemawia czyiś obrzydliwy głos. Nie mam pojęcia kto to mówi, ale już czuję niechęć do tej osoby. Słyszę czyjeś dyszenie i kaszel. -Znaczy się miał, zapomniałem o tym, że..
-Zamknij się, Damon -przerywa mu głos, który bardzo dobrze znam. I orientuję się, że to Justin tak dyszy. Ma bardzo słaby głos. Aż mam ochotę tam wejść i skopać dupę człowiekowi, który skrzywdził go i jego siostrę, ale wiem, że nie mam szans.
Nagle Chloe i Mike mnie wyprzedzają i wbiegają do pomieszczenia. Ja nadal w szoku stoję za drzwiami. Lekko się pochylam i zaglądam za drzwi, co się tam dzieje. W pomieszczeniu jest Justin, jacyś trzej mężczyźni i .. Jasmine.
Leży na łóżku, ubrana jedynie w koszulkę. Ma zakrwawione łydki i uda, Justin leży na podłodze i próbuje wstać, a ten oblech stoi z kapturkiem na głowie. Na podłodze jest pełno szkła, a przed łóżkiem na którym leży dziewczynka jest kamera. Jest włączona.
Coraz trudniej mi oddychać, nogi robią mi się powoli jak z waty, a zęby zgrzytają.
Mike ma wycelowaną broń w tego owego Damona, a Chloe pomaga wstać Justinowi. Znów włącza się moja zazdrość, lecz to ignoruję, gdy zauważam, że Justin ma podbite oko.
Sięgam za pasek od spodni, by wyjąć broń i udawać, że również jestem w tym doświadczona, gdy nagle czuję czyjąś owłosioną dłoń na nadgarstku. Chcę piszczeć, lecz druga dłoń zasłania mi usta.
Czuję, jak dwie osoby ciągną mnie do pomieszczenia.
-Szefuniu, jakaś myszka tu nam węszyła -odzywa się jeden z nich. Nagle wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Najpierw zerkam na Jas, która ponownie zaczyna płakać, gdy mnie widzi. Potem na tego Damona. Obczaja mnie wzrokiem, na tę myśl robi mi się niedobrze.
Potem zerkam na Chloe, Mike'a, pozostałych gości, którzy stoją w maskach i pistoletach wycelowanych w głowy dwóch wcześniejszych osób. Na koniec przenoszę wzrok na Justina, który zaciska oczy.
Nie, nie rób tego.
-Przecież kazałem Wam ją chronić -warczy na przyjaciół obok, wciąż mając zamknięte oczy. W tym momencie moje serce bije tak, że boję się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. -Kurwa mać, Sttick, puść je obie. One nic Ci nie zrobiły, skurwysynie.
Gdy otwiera oczy, widzę w nich gniew. Nieposkromiony gniew.
Posyła to spojrzenie "Damon'owi Sttick'owi".
-I tak są gówno warte, jedną już wydmuchałem, drugiej też skosztuję. No, w sumie wtedy dopiero będą -śmieje się swoim obrzydliwym głosem. Okej, jest mi bardzo niedobrze. I chyba zaraz zwymiotuję na buty kolesia, który mnie wciąż trzyma.
-Ty pieprzony pedofilu -prycham, a oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Łzy mi się cisną do oczu, ale nie chcę im pokazać, że jestem słaba. -To jeszcze dziecko! Wyżywasz się na niej, bo Ciebie nikt nie kocha?
Nagle słyszę strzał. Nie mam pojęcia kto i gdzie wystrzelił, lecz czuję ból.
Silny ból. Krzywię się.
Jasmine zaczyna piszczeć, dopóki któryś z podwładnych Damona jej nie zatka buzi.
Szybko zerkam na Justina, który nagle zastyga w bezruchu.
Zerkam na dół. Osoba, która mnie przytrzymuje, wbiła mi nóż w brzuch.
Boże, to tak boli. Wyciągnięcie go jeszcze bardziej.
Dotykam dłonią miejsca nad brzuchem. Unoszę rękę. I widzę krew.
Rozmazane twarze i czerwony kolor.
I nagle upadam.
Do pomieszczenia przybiega stado osób i dopiero wtedy zaczyna się akcja.
Nagle wszyscy zaczynają się bić, strzelać do siebie, krzyczeć.
A ja leżę nieruchomo na podłodze w kącie pokoju. Dysząc, kaszląc i co chwilę krztusząc się własną śliną.
Ledwo słyszę, jak ktoś woła moje imię.
Nagle przede mną klęka Justin i zaciska mi swoją bluzę na brzuchu. Umrę?
Umrę, patrząc w jego załzawione oczy?
Jezu, on jest taki piękny. Dlaczego mi go zesłałeś, Panie Boże?
Zaciska oczy w momencie, gdy zaczynam płakać. Nie rób tego. Błagam.
I w jednej chwili nie ma go obok mnie. Ktoś łapie go od tyłu, ciągnąc w stronę bitwy. Słyszę strzały, lecz oczy mam zamknięte. Nie pamiętam, kiedy je zamknęłam.
"Przecież kazałem Wam ją chronić"
Słyszę tylko to zdanie, które nieustannie krąży mi w głowie.
-Zapomnij, ona nawet nigdy nie przeklinała, nie sądzę, by była w stanie choćby trzymać broń -"Jay" posyła jej wrogie spojrzenie, więc moje usta wykrzywiają się w triumfującym uśmiechu. Choć w sumie to trochę brzmi, jakby mnie nie doceniał. Ale widocznie ma rację. Pomimo tego jestem zazdrosna. Nie mam pojęcia dlaczego. Ale jestem.
Już mamy wchodzić, gdy nagle w opuszczonym budynku rozlega się pisk dziecka. W Justinie automatycznie włącza się tryb obrońcy siostry i od razu niemal biegnie do środka, kompletnie zapominając o strategii.
-Co Ty, Jay, wracaj! -Mike woła, lecz nie na tyle głośno, by nas usłyszeli. -Nie taki był plan.
-No właśnie, Bieber, pojebało Cię? -Chloe wywraca oczami, wkładając pistolet za kozaka. Czy tylko ja w tym gronie zwracam się do niego po imieniu?
Justin dalej idzie szybkim krokiem. Nie zwraca na nic innego uwagi. Przyśpiesza, gdy słyszymy kolejny pisk dziewczynki.
-JUSTIN, KURWA MAĆ! -wrzeszczę, po czym się wreszcie zatrzymuje i obraca w naszą stronę. Chloe wraz z Mike'em patrzą na mnie jak na wariatkę, lecz po chwili uśmiechają się z uznaniem. Nawet Justin tak na mnie patrzy.
-Dobra, dawaj jej tą broń -Mike chichocze pod nosem. Czarnowłosa wyciąga z bagażnika pistolet, po czym mi go podaje. Niepewnie go biorę do ręki,* choć udaję, że to dla mnie norma. W końcu trzymanie śmiercionośnej broni w dłoni nastolatki to codzienność, prawda?
Wyczujcie sarkazm.
W końcu ruszamy do środka, będąc cicho jak ninja. Justin ciągle na mnie zerka, jakby bał się, że jestem tak głupia, że trzymając broń niechcący z niej wystrzelę, czy coś. Właściwie to fajne uczucie, mieć się czym bronić.
Jestem strasznie uważna na wszystkie dźwięki i miejsca, ponieważ nie wiem, czego się spodziewać. Pierwszy raz biorę udział w czymś takim. Nie wiem nawet, kto, po co i dla kogo porwał Jasmine.
Justin jest taki tajemniczy.. coraz częściej myślę, że on nigdy się przede mną nie otworzy.
Brązowooki idzie sprawdzić górę, a ja z Chloe i Mike'em dół. Nie podoba mi się pomysł rozstania z nim i zostawienie go samego, ale moje towarzystwo zapewnia mnie ciągle, że Justin jest dobry w tym co robi.
Nie chcę słuchać, co mają więcej do powiedzenia na ten temat, więc udaję, że chyba słyszę czyiś głos. Wokół panuje pustka i rzekoma cisza, lecz wcześniej było wyraźnie słychać krzyki Jas.
Mike i Chloe spoglądają na siebie i wsłuchujemy się w ciszę.
Niby udaję, lecz zaraz po tym wszyscy słyszymy strzał, śmiechy i płacz dziecka z górnego piętra. Płacz Jasmine.
Wiedząc, że Justin od razu tam pobiegnie zaalarmowany płaczem siostry, szybko wchodzimy po schodach na górę.
Chloe pierwsza, potem ja i na końcu Mike. Stajemy za ścianą, by dowiedzieć się kto jest w środku i co się tam odbywa.
-Wiesz, w sumie to Twój brat też ma na koncie wiele grzeszków, tak samo i Twój poprzedni brat.. -przemawia czyiś obrzydliwy głos. Nie mam pojęcia kto to mówi, ale już czuję niechęć do tej osoby. Słyszę czyjeś dyszenie i kaszel. -Znaczy się miał, zapomniałem o tym, że..
-Zamknij się, Damon -przerywa mu głos, który bardzo dobrze znam. I orientuję się, że to Justin tak dyszy. Ma bardzo słaby głos. Aż mam ochotę tam wejść i skopać dupę człowiekowi, który skrzywdził go i jego siostrę, ale wiem, że nie mam szans.
Nagle Chloe i Mike mnie wyprzedzają i wbiegają do pomieszczenia. Ja nadal w szoku stoję za drzwiami. Lekko się pochylam i zaglądam za drzwi, co się tam dzieje. W pomieszczeniu jest Justin, jacyś trzej mężczyźni i .. Jasmine.
Leży na łóżku, ubrana jedynie w koszulkę. Ma zakrwawione łydki i uda, Justin leży na podłodze i próbuje wstać, a ten oblech stoi z kapturkiem na głowie. Na podłodze jest pełno szkła, a przed łóżkiem na którym leży dziewczynka jest kamera. Jest włączona.
Coraz trudniej mi oddychać, nogi robią mi się powoli jak z waty, a zęby zgrzytają.
Mike ma wycelowaną broń w tego owego Damona, a Chloe pomaga wstać Justinowi. Znów włącza się moja zazdrość, lecz to ignoruję, gdy zauważam, że Justin ma podbite oko.
Sięgam za pasek od spodni, by wyjąć broń i udawać, że również jestem w tym doświadczona, gdy nagle czuję czyjąś owłosioną dłoń na nadgarstku. Chcę piszczeć, lecz druga dłoń zasłania mi usta.
Czuję, jak dwie osoby ciągną mnie do pomieszczenia.
-Szefuniu, jakaś myszka tu nam węszyła -odzywa się jeden z nich. Nagle wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Najpierw zerkam na Jas, która ponownie zaczyna płakać, gdy mnie widzi. Potem na tego Damona. Obczaja mnie wzrokiem, na tę myśl robi mi się niedobrze.
Potem zerkam na Chloe, Mike'a, pozostałych gości, którzy stoją w maskach i pistoletach wycelowanych w głowy dwóch wcześniejszych osób. Na koniec przenoszę wzrok na Justina, który zaciska oczy.
Nie, nie rób tego.
-Przecież kazałem Wam ją chronić -warczy na przyjaciół obok, wciąż mając zamknięte oczy. W tym momencie moje serce bije tak, że boję się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. -Kurwa mać, Sttick, puść je obie. One nic Ci nie zrobiły, skurwysynie.
Gdy otwiera oczy, widzę w nich gniew. Nieposkromiony gniew.
Posyła to spojrzenie "Damon'owi Sttick'owi".
-I tak są gówno warte, jedną już wydmuchałem, drugiej też skosztuję. No, w sumie wtedy dopiero będą -śmieje się swoim obrzydliwym głosem. Okej, jest mi bardzo niedobrze. I chyba zaraz zwymiotuję na buty kolesia, który mnie wciąż trzyma.
-Ty pieprzony pedofilu -prycham, a oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Łzy mi się cisną do oczu, ale nie chcę im pokazać, że jestem słaba. -To jeszcze dziecko! Wyżywasz się na niej, bo Ciebie nikt nie kocha?
Nagle słyszę strzał. Nie mam pojęcia kto i gdzie wystrzelił, lecz czuję ból.
Silny ból. Krzywię się.
Jasmine zaczyna piszczeć, dopóki któryś z podwładnych Damona jej nie zatka buzi.
Szybko zerkam na Justina, który nagle zastyga w bezruchu.
Zerkam na dół. Osoba, która mnie przytrzymuje, wbiła mi nóż w brzuch.
Boże, to tak boli. Wyciągnięcie go jeszcze bardziej.
Dotykam dłonią miejsca nad brzuchem. Unoszę rękę. I widzę krew.
Rozmazane twarze i czerwony kolor.
I nagle upadam.
Do pomieszczenia przybiega stado osób i dopiero wtedy zaczyna się akcja.
Nagle wszyscy zaczynają się bić, strzelać do siebie, krzyczeć.
A ja leżę nieruchomo na podłodze w kącie pokoju. Dysząc, kaszląc i co chwilę krztusząc się własną śliną.
Ledwo słyszę, jak ktoś woła moje imię.
Nagle przede mną klęka Justin i zaciska mi swoją bluzę na brzuchu. Umrę?
Umrę, patrząc w jego załzawione oczy?
Jezu, on jest taki piękny. Dlaczego mi go zesłałeś, Panie Boże?
Zaciska oczy w momencie, gdy zaczynam płakać. Nie rób tego. Błagam.
I w jednej chwili nie ma go obok mnie. Ktoś łapie go od tyłu, ciągnąc w stronę bitwy. Słyszę strzały, lecz oczy mam zamknięte. Nie pamiętam, kiedy je zamknęłam.
"Przecież kazałem Wam ją chronić"
Słyszę tylko to zdanie, które nieustannie krąży mi w głowie.
Lecz z zadumy wyrywa mnie pisk Jasmine.
-Sophie! Sophie! Sophiee! -otwieram oczy i zauważam ją. Jej twarzyczka jest cała zapłakana, a ciało się trzęsie. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Niezauważalnie czołgam się do łóżka. Może uda mi się odplątać jej dłonie i stopy? Może chociaż na to się jeszcze przydam?
Gdy jestem już przy łóżku, szybko i niedbale odwiązuję pierwszy słupek, uwalniając jej dłoń. Z drugą dłonią nie idzie mi jednak tak łatwo, nieumiejętnie próbuję odwiązać, gdy nagle ktoś mnie ciągnie za nogę.
Przerażona Jasmine piszczy, gdy ja się chwytam ramy łóżka.
Nagle dziewczynka łapie moją dłoń, którą mocno ściskam. Nie jesteśmy jednak tak silne i już prawie się rozdzielam z brązowooką, gdy słyszę kolejny strzał, a uścisk na nodze się obluźnia. Krzyczę w szoku.
Ciało mężczyzny opada na mnie, a ja szybko wdrapuję się na łóżko.
Czuję się brudna.
Rozglądam się z przerażeniem i widzę Chloe, która zastrzeliła tego gościa. Uśmiecha się lekko do mnie.
Zaraz po tym mój wzrok wyłapuje Justina, który słysząc mój krzyk automatycznie się na nas spojrzał. Nawiązuję z nim kontakt wzrokowy. Tyle tam ludzi, a ja widzę jedynie jego.
Uśmiecha się słabo, a ja mu odpowiadam tym samym.
Nagle słyszę kolejny strzał, a zaraz po tym Justin rozszerza oczy. Łapie się za biodro. A moje serce zatrzymuje swoje bicie. I nie ma już tych innych ludzi w tle, jest tylko brązowooki mężczyzna, który upada z bólu.
-JUSTIN! -piszczę i mam wrażenie, że całe miasto słyszy mój krzyk.
Chcę mu pomóc, lecz najpierw muszę odwiązać ciało Jasmine. Zabieram się za to zatem. Mam zamazany widok przez łzy w oczach, więc utrudnia mi to odplątanie sznurków.
Odwiązuję wszystkie supły i uwalniam siostrę Justina. Przytula się do mnie mocno, a ja nie mogę nic na to poradzić, ale łzy same mi ciekną.
-Już dobrze, skarbie -próbuję pocieszyć małą, zapłakaną Jas.
Rozglądam się i z podziwem twierdzę, że Chloe, Mike i Justin dali radę ponad dwudziestce osób.
Wszystkich... pozabijali. Próbuję nie patrzeć na martwe ciała na podłodze. I zasłaniam oczy Jas.
-KURWA MIKE NIE MA DAMON'A -wrzeszczy Chloe. Marszczę brwi. Jak to go nie ma? Uciekł? Sadzam Jasmine na łóżku i od razu biegnę do Justina, podczas gdy Chloe i Mike są zajęci zniknięciem Sttick'a.
Zdejmuję jego bluzę ze swojego zranionego brzucha i owijam nią jego biodro. Próbuję nie płakać, ale jego stoicki spokój jeszcze bardziej mnie dołuje, niż gdyby miał płakać i ciągle kaszleć.
-Kazałem im Cię pilnować.. -szepcze, bardzo cichutkim głosikiem. Głaszczę go po twarzy, włosach, ramionach. Histerycznie ciągle zerkam, czy przez bluzę nie przedostaje się krew, czy nie ma innych ran, czy nic go nie boli.
Nagle zaprzestaję tych czynności, gdy delikatnie łapie mnie za dłoń.
Powoli przenoszę wzrok na jego twarz.
-To moja wina.. -szybko kręcę głową, lecz to zły pomysł. Krzywię się z bólu. -Cierpisz przeze mnie..
Wciąż jestem słaba, lecz nie na tyle, by się nim nie zająć. Jestem silna. Tak myślę.
-Shh.. shh.. -przykładam palec do jego ust. -Nawet tak nie mów.
-Ja wiem, że macie tam swoje sercowe pogaduszki, ale musimy jechać -oznajmia Chloe, o którą znów jestem zazdrosna. Ale ma rację. Musimy jechać. Była tu niezła strzelanina, na pewno ktoś musiał to usłyszeć. -Teraz.
Odwiązuję wszystkie supły i uwalniam siostrę Justina. Przytula się do mnie mocno, a ja nie mogę nic na to poradzić, ale łzy same mi ciekną.
-Już dobrze, skarbie -próbuję pocieszyć małą, zapłakaną Jas.
Rozglądam się i z podziwem twierdzę, że Chloe, Mike i Justin dali radę ponad dwudziestce osób.
Wszystkich... pozabijali. Próbuję nie patrzeć na martwe ciała na podłodze. I zasłaniam oczy Jas.
-KURWA MIKE NIE MA DAMON'A -wrzeszczy Chloe. Marszczę brwi. Jak to go nie ma? Uciekł? Sadzam Jasmine na łóżku i od razu biegnę do Justina, podczas gdy Chloe i Mike są zajęci zniknięciem Sttick'a.
Zdejmuję jego bluzę ze swojego zranionego brzucha i owijam nią jego biodro. Próbuję nie płakać, ale jego stoicki spokój jeszcze bardziej mnie dołuje, niż gdyby miał płakać i ciągle kaszleć.
-Kazałem im Cię pilnować.. -szepcze, bardzo cichutkim głosikiem. Głaszczę go po twarzy, włosach, ramionach. Histerycznie ciągle zerkam, czy przez bluzę nie przedostaje się krew, czy nie ma innych ran, czy nic go nie boli.
Nagle zaprzestaję tych czynności, gdy delikatnie łapie mnie za dłoń.
Powoli przenoszę wzrok na jego twarz.
-To moja wina.. -szybko kręcę głową, lecz to zły pomysł. Krzywię się z bólu. -Cierpisz przeze mnie..
Wciąż jestem słaba, lecz nie na tyle, by się nim nie zająć. Jestem silna. Tak myślę.
-Shh.. shh.. -przykładam palec do jego ust. -Nawet tak nie mów.
-Ja wiem, że macie tam swoje sercowe pogaduszki, ale musimy jechać -oznajmia Chloe, o którą znów jestem zazdrosna. Ale ma rację. Musimy jechać. Była tu niezła strzelanina, na pewno ktoś musiał to usłyszeć. -Teraz.
***
Po przyjechaniu do domu Justina od razu kładziemy go na łóżku, a Mike podaje mi apteczkę.
-No, podobno masz dobre wyniki z medycyny, działaj coś -Chloe przemawia. Przewracam oczami.
-Umiem zasady pierwszej pomocy, nigdy nie wyciągałam pocisku z ciała!
Mike przewraca oczami, chichocząc. Widocznie bawi go ta sytuacja. Wzdycham.
-Okej, dam sobie radę. Tylko.. wyjdźcie.
Chloe i Mike zabierają Jasmine, by nie musiała na to patrzeć. Wciąż jest w szoku.
Chloe obiecała, że posiedzi z Jas, więc prosiła, byśmy tam narazie nie wchodzili.
Justin również jest w szoku. Całą drogę się nie odzywał.
Biorę parę głębokich wdechów, próbując się uspokoić.
Sophie, musisz mu pomóc.
-Nic mi nie jest. Po prostu wyjmij mi tą kulę, a reszta się zagoi.
Prycham.
-To nie wyglądało na nic, Justin -kręcę głową. Zdejmuję mu buty, po czym rozpinam guzik w jego spodniach.
-Wooah, woah, skarbie -cicho chichocze, a ja posyłam mu zirytowane spojrzenie. Boże, jakiż on jest czasem dziecinny. -Spokojnie, sam mogę to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Widzę, że już pragniesz mojego..
Chloe obiecała, że posiedzi z Jas, więc prosiła, byśmy tam narazie nie wchodzili.
Justin również jest w szoku. Całą drogę się nie odzywał.
Biorę parę głębokich wdechów, próbując się uspokoić.
Sophie, musisz mu pomóc.
-Nic mi nie jest. Po prostu wyjmij mi tą kulę, a reszta się zagoi.
Prycham.
-To nie wyglądało na nic, Justin -kręcę głową. Zdejmuję mu buty, po czym rozpinam guzik w jego spodniach.
-Wooah, woah, skarbie -cicho chichocze, a ja posyłam mu zirytowane spojrzenie. Boże, jakiż on jest czasem dziecinny. -Spokojnie, sam mogę to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Widzę, że już pragniesz mojego..
-Wiesz co? Jesteś jakiś chory. Twoja siostra właśnie została porwana, pozabijałeś dzisiaj tylu ludzi, jeden z nich uciekł, po tym jak zgwałcił Jasmine i Cię zastrzelił, zresztą mnie też, a Ty masz czelność się śmiać i traktować mnie jak.. -wzdycham, a jego mina rzednie. -Gdyby mi na Tobie nie zależało, już dawno bym stąd wyszła.
Po swojej wypowiedzi odwracam się, by wyjąć wszystkie potrzebne rzeczy do wyjęcia kuli z biodra Justina i oczyszczenia oraz zaszycia mu rany.
Jednak zatrzymuję się w półkroku, gdyż zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam.
Czy ja przyznałam, że mi na nim zależy?
Unikam jego spojrzenia, wpatruje się we mnie, zapewne w szoku. Jezus, ale wstyd.
Ściąga jeansy, bym miała lepszy dostęp do jego rany.
-Umm.. Justin -niepewnie szepczę, odwracając się do niego. -Musisz też trochę.. um.. bokserki..
Obniża również bokserki, a mi nagle dłonie zaczynają się trząść.
Przełykam gulę w gardle i biorąc odpowiednie narzędzie w dłoń wyjmuję kulę.
-Bałam się.. -niepewnie zaczynam. -O Ciebie.
Słyszę, jak przełyka ślinę, lecz nie podnoszę wzroku na jego twarz.
Po oczyszczeniu jego rany i zaszyciu jej, kieruję się do łazienki, by umyć dłonie i wracam do niego, by wziąć z etażerki apteczkę.
Czuję jednak, że muszę mu to wyjaśnić, żeby nie myślał, że naprawdę mi na nim zależy.
No bo.. nie zależy, prawda?
Ściąga jeansy, bym miała lepszy dostęp do jego rany.
-Umm.. Justin -niepewnie szepczę, odwracając się do niego. -Musisz też trochę.. um.. bokserki..
Obniża również bokserki, a mi nagle dłonie zaczynają się trząść.
Przełykam gulę w gardle i biorąc odpowiednie narzędzie w dłoń wyjmuję kulę.
-Bałam się.. -niepewnie zaczynam. -O Ciebie.
Słyszę, jak przełyka ślinę, lecz nie podnoszę wzroku na jego twarz.
Po oczyszczeniu jego rany i zaszyciu jej, kieruję się do łazienki, by umyć dłonie i wracam do niego, by wziąć z etażerki apteczkę.
Czuję jednak, że muszę mu to wyjaśnić, żeby nie myślał, że naprawdę mi na nim zależy.
No bo.. nie zależy, prawda?
Odkładam wszystkie przybory na etażerkę przy łóżku i odwracam się w jego stronę.
Nie myliłam się. Jego oczy wywiercają dziury w mojej głowie, a ja się automatycznie rumienię.
-A ja się bałem o Ciebie.. i Jasmine.
Moje serce spowalnia swój rytm, gdy wyciąga rękę w moim kierunku. Posyłam mu nieufne spojrzenie, po czym niepewnie podaję mu dłoń.
Jego dłoń jest ciepła i duża. Przechodzą mnie dreszcze.
Nagle mnie mocno ciągnie w swoją stronę, przez co ląduję na nim. Krzywi się z bólu.
-Justin, Twoja rana.. -pragnę z niego zejść (tak naprawdę, to wolałabym na nim zostać), ale gdy się podnoszę, ocieram się o jego.. krocze. Dociska mnie do siebie mocniej.
-Już nic mi nie jest -szepcze, patrząc na moje usta. Zagryzam wargę ze zdenerwowania. -Przepraszam..
-Masz za co -sarkastycznie odpowiadam. Przewraca oczami, po czym kieruje swoje dłonie na moje pośladki. Przybliża swą głowę do mnie, a ja gram obojętną na jego dotyk. -Mogę już z Ciebie zejść? Twoja kość wbija mi się w brzuch.
Chichocze pod nosem, a tym razem ja przewracam oczami.
-To nie kość..
CO?
Rozszerzam oczy w szoku. Nagle nieruchomieję.
Boże, ale wstyd.
Ociera się o mnie, a ja powstrzymuję się od jęku. Myślę, że teraz już wiem, co to.
Nawet nie kontroluję swoich ruchów. Widzę błysk w jego oku, więc bez namysłu również się ocieram o jego ciało.
Cholera. Jednak to nie był dobry pomysł, przypomniałam sobie o mojej ranie. Widocznie on też sobie o niej przypomniał, bo od razu się przeturlał tak, że to mnie położył na łóżku. Siedzi na moich udach tak, że ledwo się mogę ruszyć.
-Kurwa, przecież Ty też jesteś ranna -nagle sobie to uświadamia, a ja z trudem powstrzymuję się od wywrócenia oczami.
Chłopak chwyta krańce mojej koszulki, lecz przytrzymuję jego dłonie.
-Woah, woah, skarbie. -przedrzeźniam go, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ale on może grać głupka? Okej, to ja też mogę. -Spokojnie, mogę sama to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Masz ochotę na moje cycki, prawda?
Krzywo się uśmiecha, unosząc jedną brew do góry. Boże, on wygląda tak seksownie w tym momencie. Siedząc na mnie.. okrakiem.. bez spodni.. i trzymając krańce mojej bluzki..
Jezusie!
-Gdybyś nie była ranna.. -zaczyna, powoli unosząc krańce koszulki. Tak mocno się skupiam na jego spojrzeniu i ciele, że nie zwracam uwagi na to, że ściąga mi top. -I gdyby mnie nie bolało biodro...
Zaczarowana unoszę się, żeby mógł mi ją całkiem ściągnąć. Odrzuca ją w kąt sypialni, a ja pozostaję w jednym miejscu, siedząc. Nagle Justin delikatnie ciągnie mnie za włosy, w taki sposób, że odchylam głowę do tyłu.
To tak strasznie podniecające.
Zbliża usta do mojej szyi i gdy przemawia, jego wargi delikatnie pieszczą moją szyję.
-Myślę, że już dawno uprawialibyśmy baardzo słodką miłość.
Niemal czuję, jak w moim podbrzuszu roi się od motylków pędzących w dół. Zaciskam nogi, co nie uchodzi jego uwadze. Spragniona dotyku ocieram się o niego, gdy on zerka w dół, na mój biust.
-Kurwa, Sophie -łapczywie wciągam powietrze, słysząc jego wark. Pochyla się nade mną bardziej, a ja kładę głowę na poduszce. Tuż po tym kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy, podpierając się na nich. Już chcę go pocałować, gdy on spogląda na moją ranę. Krzywi się i pozostając na mnie, sięga po apteczkę, której w końcu nie zaniosłam do łazienki.
-Wiesz, umm.. mogę to sama zrobić -szepczę, nagle skrępowana. Dopiero sobie zdałam sprawę, że jestem pod nim w samym staniku.
-Spokojnie, mała -"mała". "Mała". "Mała". Boże, dlaczego akurat dziś musi mnie tak sobą zachwycać? -Też mam małe doświadczenia medyczne.
Jego słowa mnie uspokajają, lecz wciąż jestem zawstydzona. Ciągle zerka na mój biust, za każdym razem uśmiechając się pod nosem.
I z każdym kolejnym czuję, jak ...coś... się wbija coraz mocniej w moje udo.
I kolejny raz ubolewam nad tym, że mnie nie pocałował.
Nie myliłam się. Jego oczy wywiercają dziury w mojej głowie, a ja się automatycznie rumienię.
-A ja się bałem o Ciebie.. i Jasmine.
Moje serce spowalnia swój rytm, gdy wyciąga rękę w moim kierunku. Posyłam mu nieufne spojrzenie, po czym niepewnie podaję mu dłoń.
Jego dłoń jest ciepła i duża. Przechodzą mnie dreszcze.
Nagle mnie mocno ciągnie w swoją stronę, przez co ląduję na nim. Krzywi się z bólu.
-Justin, Twoja rana.. -pragnę z niego zejść (tak naprawdę, to wolałabym na nim zostać), ale gdy się podnoszę, ocieram się o jego.. krocze. Dociska mnie do siebie mocniej.
-Już nic mi nie jest -szepcze, patrząc na moje usta. Zagryzam wargę ze zdenerwowania. -Przepraszam..
-Masz za co -sarkastycznie odpowiadam. Przewraca oczami, po czym kieruje swoje dłonie na moje pośladki. Przybliża swą głowę do mnie, a ja gram obojętną na jego dotyk. -Mogę już z Ciebie zejść? Twoja kość wbija mi się w brzuch.
Chichocze pod nosem, a tym razem ja przewracam oczami.
-To nie kość..
CO?
Rozszerzam oczy w szoku. Nagle nieruchomieję.
Boże, ale wstyd.
Ociera się o mnie, a ja powstrzymuję się od jęku. Myślę, że teraz już wiem, co to.
Nawet nie kontroluję swoich ruchów. Widzę błysk w jego oku, więc bez namysłu również się ocieram o jego ciało.
Cholera. Jednak to nie był dobry pomysł, przypomniałam sobie o mojej ranie. Widocznie on też sobie o niej przypomniał, bo od razu się przeturlał tak, że to mnie położył na łóżku. Siedzi na moich udach tak, że ledwo się mogę ruszyć.
-Kurwa, przecież Ty też jesteś ranna -nagle sobie to uświadamia, a ja z trudem powstrzymuję się od wywrócenia oczami.
Chłopak chwyta krańce mojej koszulki, lecz przytrzymuję jego dłonie.
-Woah, woah, skarbie. -przedrzeźniam go, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Ale on może grać głupka? Okej, to ja też mogę. -Spokojnie, mogę sama to zrobić. Wiem, że masz chcicę. Masz ochotę na moje cycki, prawda?
Krzywo się uśmiecha, unosząc jedną brew do góry. Boże, on wygląda tak seksownie w tym momencie. Siedząc na mnie.. okrakiem.. bez spodni.. i trzymając krańce mojej bluzki..
Jezusie!
-Gdybyś nie była ranna.. -zaczyna, powoli unosząc krańce koszulki. Tak mocno się skupiam na jego spojrzeniu i ciele, że nie zwracam uwagi na to, że ściąga mi top. -I gdyby mnie nie bolało biodro...
Zaczarowana unoszę się, żeby mógł mi ją całkiem ściągnąć. Odrzuca ją w kąt sypialni, a ja pozostaję w jednym miejscu, siedząc. Nagle Justin delikatnie ciągnie mnie za włosy, w taki sposób, że odchylam głowę do tyłu.
To tak strasznie podniecające.
Zbliża usta do mojej szyi i gdy przemawia, jego wargi delikatnie pieszczą moją szyję.
-Myślę, że już dawno uprawialibyśmy baardzo słodką miłość.
Niemal czuję, jak w moim podbrzuszu roi się od motylków pędzących w dół. Zaciskam nogi, co nie uchodzi jego uwadze. Spragniona dotyku ocieram się o niego, gdy on zerka w dół, na mój biust.
-Kurwa, Sophie -łapczywie wciągam powietrze, słysząc jego wark. Pochyla się nade mną bardziej, a ja kładę głowę na poduszce. Tuż po tym kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy, podpierając się na nich. Już chcę go pocałować, gdy on spogląda na moją ranę. Krzywi się i pozostając na mnie, sięga po apteczkę, której w końcu nie zaniosłam do łazienki.
-Wiesz, umm.. mogę to sama zrobić -szepczę, nagle skrępowana. Dopiero sobie zdałam sprawę, że jestem pod nim w samym staniku.
-Spokojnie, mała -"mała". "Mała". "Mała". Boże, dlaczego akurat dziś musi mnie tak sobą zachwycać? -Też mam małe doświadczenia medyczne.
Jego słowa mnie uspokajają, lecz wciąż jestem zawstydzona. Ciągle zerka na mój biust, za każdym razem uśmiechając się pod nosem.
I z każdym kolejnym czuję, jak ...coś... się wbija coraz mocniej w moje udo.
I kolejny raz ubolewam nad tym, że mnie nie pocałował.
***
* ("Niepewnie biorę go do ręki") wybaczcie, ale musiałam to zaznaczyć XD
Boskoo :D
OdpowiedzUsuń