-Ale mamo... -szepczę nachylając się w jej stronę, aby Adamsonowie nie usłyszeli -ja nie lubię kawioru..
-W sobotę jakoś jadłaś.. -marszczy groźnie brwi, posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie -i nie szepcz w towarzystwie, to nie kulturalne..
-Już mi się przejadł.. -mruczę. Czy moje życie już zawsze będzie tak wyglądać?
-Sophia, a jak Twoje plany co do studiów?
Odwracam głowę w stronę Pani Cleo. Już mam odpowiedzieć, gdy moja matkavzabiera głos. Wiem, że to nie ja odpowiem, zawsze to rodzice decydują za mnie.
-Sophia będzie studowiać na Harvardzie. Idzie w ślady taty. -mówi z dumą.
-Jeśli oczywiście się dostanę.. -mruczę.
-Dostaniesz.
Tak, cóż.. rodzice już mi wybrali przyszłość. Nie mam nic do gadania.
-Oh, to rewelacyjnie! Ja też się wybieram do Harvardu! -nie, błagam......
-Naprawdę Nelson? To super! -moja mama puszcza mi oczko.
Boże, gorzej chyba być nie może. Czuję jak robi mi się niedobrze.
-Ta, super. -zdobywam się na fałszywy uśmiech.
-Stello! -Pan Adamson woła swoją kucharkę, która dosłownie po trzech sekundach wparowuje do jadalni.
-Przynieś jeszcze białe wino.
-Oczywiście.
Nelson co chwilę na mnie spogląda, życzliwie się uśmiechając. Może i jest przystojny i miły, ale się zbyt narzuca.
-Mamo, podasz sok?
Pytam jednocześnie z Codym, moim bratem.
-Ah te bliźniaki.. -zaśmiał się cicho Nelson.
Zerkam na niego, udając, że mnie to również bawi, lecz tak naprawdę zaciskam szczękę.
-Naprawdę dziękujemy za zaproszenie, Edwardzie. Było wspaniale. -moja matka ściska dłoń Pana Adamsona, a jego żonę przytula. To samo mój tato.
-Dobranoc Sophia. -żegnają mnie uprzejmym uśmiechem.
-Sohpia! Czekaj! -Nelson podbiega do mnie, by się pożegnać. Wyciąga w moim kierunku dłoń. Ughh... ja również wystawiam swoją, by mógł ucałować jej wierzch.
Co za dżentelmen...
-Słodkich snów.
-Cody! Albo jedziesz ze swoją siostrą, albo w ogóle.
Mój brat negocjuje z mamą, co do przyjęcia u jego kolegi. Cody nie chce mnie zabrać, lecz mama mu karze.
Siedzę przy stole, słuchając ich rozmowy. Ja już nie mam głosu w tej rodzinie?
-Ugh.. no dobrze! Ale ona nawet go nie zna..
-W takim razie go pozna i koniec gadania, młodzieńcze.
Kobieta wychodzi z kuchni, wiedząc, że zwyciężyła.
Cody przenosi na mnie wzrok, a ja jedynie wzruszam ramionami i unoszę brwi.
-A Ty nie jedziesz? -pytam matki.
-Nie, ale pozdrówcie babcię ode mnie. -mruczy, nawet nie podnosząc na mnie wzroku. Uzupełnia papiery ze swojej pracy, zresztą jak zwykle.
Udaję, że mnie to nie rusza i uśmiecham się, choć i tak nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi.
-Dzień dobry.. -szeptam do pielęgniarki, która zmieniała kroplówkę.
-Obudziła się,lecz ponownie zasnęła. -również odszeptuje, by nie obudzić babci.
-Dawno temu? -zasiedlismy na krzesłach przy łóżku.
-Śpi już jakieś osiem godzin..
-Okej.
Wychodzi z sali, zostawiając nas w ciszy, a jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu jest odgłos pikania sprzętu medycznego i szybkie bicie mojego serca.
-A do kogo planujesz w ogóle jechać na to przyjęcie?
-Do.. dobrego kolegi -oparł, uśmiechając się lekko.
-Znam go? -marszczę brwi. Oby Nelsona tam nie było..
-Raczej nie.. -stwierdzam, że mój brat coś ukrywa, gdy w tym momencie ktoś chwyta moją dłoń.
Znam ten dotyk..
-Babciu.. -odwracam głowę, by przywitać ciepły, nieprzytomny wzrok starszej kobiety.
-Oo, moje słoneczka. -jej słaby głos sprawia, że jedna z łez wydostaje się z oka i spływa, aż do ust. -Tęskniłam za Wami.
Automatycznie się do niej przytulamy, a ona nas delikatnie ściska. Dla nas jest to delikatne, lecz to jest najmocniej jak potrafi.
Szczególnie ten fakt mnie dobija.
-Babuniu.. -Cody szepta. Spoglądam na niego i widzę, że powstrzymuje łzy.
-Jak się czujesz? -pytam, gdy nas od siebie odsuwa.
-Teraz już dobrze, ale śnił mi się jakiś chłopiec.
-Jaki chłopiec..?
Razem z bratem marszczymy brwi i posyłamy sobie zdziwione spojrzenia.
-Miał piękne serce, ale zabłądzoną duszę..
-Ookeej, Ty może ogranicz te leki-zaśmiałam się.
-Przykro mi, dzieciaki, ale czas wizyt już się skończył -pielegniarka nam oznajmiła -pożegnajcie już babcię i wracajcie do domu.
-Pa, babciu.. -przytuliłam ją mocno, lecz nie na tyle, by złamac jej kości.
-Pa pączusio.
Zachichotałam, na to jak mnie nazwała. Ja byłam pączusią, a Cody pączusiem.
-Jeszcze tu przyjedziemy! -uśmiechnęłam się, wychodząc z sali.
Gdy mój brat również wyszedł, obróciłam się w jego stronę, a on rozszerzył ramiona i już po chwili się w nich zatopiłam, mocząc jego ulubioną bluzę łzami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz